Zamykając na chwilę Tesco

"Józef i Maria" - reż. Paweł Szkotak - Teatr Polski w Poznaniu

Dyrektor teatru postanowił wystawić Józefa i Marię na małej, kameralnej scenie, jaką jest Galeria. Dlaczego tam? Czemu ma służyć ten gest kompresji, redukcji, zwężenia? Dlaczego reżyser ustawił zaledwie czterdziestoosobową publiczność naprzeciwko dwójki aktorów?

„Tekst jest możliwy do zrealizowania tylko dzięki aktorom, którzy dają tym bohaterom swoje doświadczenie, swoją wrażliwość, swój talent” – przekonuje Paweł Szkotak. „Nie zasłaniamy się przed widzami dekoracją, ani żadnymi innymi rzeczami, których można używać na scenie. W bliskim kontakcie cała prawda aktorska i ludzka jest możliwa” (R. Rakowski, Premiera w Teatrze Polskim: Czy „Józef i Maria” zaczarują starość?, http://www.mmpoznan.pl/364619/2011/3/24/premiera-w-teatrze-polskim-czy-jozef-i-maria-czaczaruja-starosc?category=kultura).

A zatem rezygnacja z rozmaitych dobrodziejstw dzisiejszego zmedializowanego teatru ma pomóc w lepszym kontakcie aktora z odbiorcą. Ma wyostrzyć nasze zmysły, wzbudzić w nas potrzebę czujniejszej obserwacji. Taka estetyczna kuracja to świetny pomysł, bo przecież zmęczeni postępującym uzależnieniem od elektroniki zapominamy, że teatr najlepiej sprawdza się wtedy, gdy daje nam frapujący wgląd w życie jednostki. Najwyraźniej więc według reżysera opowieść Turriniego jest na tyle zniuansowana, że trzeba ją pokazać z bliska, nie ulegając przy tym efektownym, ale często płaskim sugestiom scenariuszy mediów audiowizualnych.

Bohaterami spektaklu są starzy ludzie, którzy przypadkowo spotkali się w zamkniętej na czas Bożego Narodzenia galerii handlowej. Portier (Zbigniew Waleryś) i sprzątaczka (Irena Dudzińska), ludzie z peryferii, z marginesów społeczeństwa konsumpcjonistycznego. Bez szansy na spędzenie miłych świąt w gronie bliskich czy rodziny. Z początku odnoszą się do siebie nieufnie. Z dystansem. Ale przecież doskonale wiemy, że w ten wigilijny wieczór długo nie będą grać niedostępnych i samowystarczalnych. W takich chwilach ciała lgną do ciał, trzeba z kimś pogadać, wypić, opowiedzieć swoją przeszłość. Jednak zanim aktorzy wyczarują przed nami znakomitą zdialogizowaną powiastkę, przed publicznością zmaterializuje się symbol naszych czasów, który ironicznie wskaże kulturowy kontekst historii. Na scenie zrobi się bardzo nastrojowo. Pogasną światła, zapłoną świąteczne ozdóbki, z głośników wysączy się Cicha noc. Do mikrofonu podejdzie Mówca (Michał Kaleta w garniturze) i zacznie nawoływać do świątecznych zakupów, przyciągając uwagę klientów okazyjnymi cenami. „Jak w Tesco” – szepnęła mi do ucha koleżanka. I właśnie ta głośna, skuteczna retoryka reklamy popchnie widzów w stronę starych, biednych, samotnych bohaterów. Po chwili (pysznie rozegranej!) dyskurs agresywnego marketingu wygaśnie, Garnitur odejdzie, a my zostaniemy sam na sam z Józefem i Marią, którzy zaczną ze sobą rozmawiać. Kiedy ucichną w końcu media, posłańcy świata reklamy, posłuchamy, co rzeczywiście słychać u innych ludzi.

Zagaduje Józef. Maria udaje niezainteresowaną. Kto się od razu przyzna, że nie wie, co ze sobą począć w tym „magicznym czasie”? Że rodzina go nie chce, że nie ma rodziny? I to jeszcze w samym środku galerii handlowej, która skutecznie reprodukuje wzorce zachowań i wobec tego stanowczo poucza nas, jak powinniśmy spędzać życie. Jak się wyłamać spod tego kolorowego i uśmiechniętego dyktatu? Jednak potrzeba rozmowy o tym, co uporczywie boli od lat, jest silniejsza. Trzeba wyrzucić z siebie żal, frustrację, poczucie klęski. Pojawia się alkohol, więc spotkanie nabiera nawet rumieńców. Widzowie poznają strzępki biografii.

W gruncie rzeczy jest to ucieczka w przeszłość. Do lat trzydziestych, czasem czterdziestych. Okres powojenny, paradoksalnie, to epoka ostatecznych rozczarowań, tak prywatnych, jak i społecznych; więc mało o nim. Bohaterowie zrzucają maski starych ludzi i pokazują inne oblicza. Młodsze, młodzieńcze. On był socjalistycznym działaczem, społecznikiem. Zawsze w grupie. Walczył z faszyzmem, chciał naprawić świat, grywał w teatrze. Otarł się o śmierć. Dziś czuje się jak „ostatni Mohikanin”, „ostatni towarzysz”. Podczytuje „Prawdę”, przypomina tu i tam, że Bóg „bezwzględnie nie istnieje”, rzuca gromy na współczesny kapitalistyczny porządek. Waleryś wspaniale wciela się w tę postać. Nie ośmiesza Józefa, nie sakralizuje go. Walczy o jego „pełnowymiarowość”, umiejętnie wygrywając przy okazji komiczne akcenty.

Dudzińska ma inne zadanie. Musi wydobyć z zahukanej, zaniedbywanej przez syna babuleńki, kobietę która chce pochwalić się całkiem żwawą przeszłością. Tańczyła w variétés w Albanii. „Byłam piękną kobietą” – twierdzi ośmielona alkoholem. Potem już było gorzej. Mąż, zazdrosny Bawarczyk, znęcał się nad nią. Syn, żyjący w cieniu żony, radykalnie ogranicza z nią kontakty. „Nie przychodź na święta, bo będą kwasy” – mówi do niej. Tak przynajmniej relacjonuje nam zraniona kobieta, czasami wy krzykując jego imię: „Will, czy ty słyszysz mnie?”. W pewnym momencie okazuje się, że to właśnie Maria, wbrew wszystkim smutkom, jest ciągle pełna życia. Próbuje nawet nakłonić gderliwego Józefa, żeby i on wykrzesał z siebie trochę ognia, ale idzie to opornie, stary socjalista woli celebrować swoje traumy. Kiedy ona, niesiona entuzjazmem, ciągnie rozmowę w stronę przyjemności życia codziennego, on uporczywie wraca do swojej rozpolitykowanej przeszłości ideowej.

Ale to nie jest rozmowa. Bohaterowie monologują. Siedzimy blisko nich, więc dokładnie widzimy, jak bardzo rozmijają się ci zmęczeni samotnością ludzie. Jak dalece zaklinowali się w swoich odrębnych światach. I chyba nawet erotyczne gesty nie zmienią tego stanu rzeczy. Zatem nie tyle działają, co mówią, że działają. Tu trzeba wspomnieć o bardzo wymownej decyzji reżysera, który polecił aktorom wypowiadać didaskalia. Co jednak ważniejsze, aktorzy często poprzestają na opowiedzeniu, jakie czynności podejmują bohaterowie. „Maria kładzie nogę na kolanie Józefa” – mówi Dudzińska, ale nie robi tego, o czym mówi, że robi. Nie widzimy tego, tylko słyszymy. Co więc dzieje się na scenie? Jak to rozumieć?

Komentatorzy spektaklu podkreślają, że podnosi on palącą kwestię, jaką jest wykluczenie przez naszą kulturę fenomenu starości. No cóż, można i tak. Józef i Maria skarżą się przecież, że młodzi często demonstrują wobec nich niechęć czy nawet pogardę. Sam reżyser podrzuca tego rodzaju trop. Na konferencji prasowej stwierdził: „Dramat mówi o problemie starzenia się. W naszym świecie, opętanym przez szaleństwo młodości i urody, Turrini daje nam przekaz, że nie wszyscy są piękni i młodzi, a każdego z nas czeka starość. Na szczęście nigdy nie wiadomo, jaka niespodzianka nas czeka za następnym zakrętem życia” (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,810-48,9303495,Poznan__Premiera_sztuki__Jozef_i_Maria__Petera_Turriniego.html).

Nie poprzestawałbym jednak na tym moralistycznym przesłaniu. Wydaje mi się, że „przesłanie” jest paskudniejsze. Człowiek to swoisty kolaż nawyków, odprysków historii, zarówno tej wielkiej, jak i tej jednostkowej; patchwork idiosynkrazji, istota, która z upływem czasu pogrąża się nieuchronnie w swojej monadyczności i w związku z tym nie potrafi porozumieć się z innymi, zrozumieć świata. Przesadzam? Ale mnie strasznie w tym świetnym spektaklu zabolało, że ta sympatyczna dwójka nie mogła pogadać sobie swobodnie, bez pośpiechu, z sympatią, tak jak – na przykład – bohaterowie z Kawy i papierosów Jarmuscha. Dostali szansę, ale z takich czy innych powodów nie wykorzystali jej. Nie mogli? Pewnie nie. A może nie postarali się? Może Józef nie zdołał wychynąć z własnego apodyktycznego umysłu i w efekcie wszystko zepsuł?

Spektakl kończy się równie wymownie, jak się zaczął. Józef i Maria siedzą na krześle, słodko do siebie przytuleni. Drzemią, śnią, marzą? Ikony niewinności. Ale za nimi stoi Pan Tesco i rozrzuca jakieś białe okruszki, śnieżynki, piórka. Dlaczego tak? To ironia? Zgryźliwa sugestia, że tylko we śnie historia może się dobrze zakończyć? Że tylko we śnie nasi przyjaciele przytulą się i na dłużej pozostaną w tej serdecznej pozycji?

Jakiś czas temu Andrzej Sosnowski w rozmowie z Julią Fiedorczuk wspomniał słynną dziewczynkę z zapałkami. „Ona wychodzi na miasto w sylwestra – przypomniał – i nie może sprzedać ani jednej zapałki, bo kogo obchodzi jej cieniutkie zapałczane badziewie w sylwestra, kiedy mamy full opcji i światła, ponieważ wszędzie są kolosalne bale i ognie bengalskie” (Dziewczynka z zapałkami i bez (parrhésia), [w:] Trop w trop. Rozmowy z Andrzejem Sosnowskim, red. G. Jankowicz, Wrocław 2010). I tak myślę o tym spektaklu. Jego reżyser zrezygnował na chwilę z „ogni bengalskich” (którymi zachwycamy się na co dzień w mediach) i tym samym udowodnił, że owo „zapałczane badziewie” czasem lepiej oświetla dyskretny świat ludzkich emocji. „Siada więc – powiada dalej Sosnowski – w ulicznym kącie, powolutku zamarza na śmierć i krzesze te swoje małe, wizyjne płomyki po to, żeby jej było przez chwilę może nieco cieplej”. Otóż to. Małe, wizyjne płomyki. To teatr? Przynajmniej czasami, bardzo proszę.

Michał Larek
Teatr
25 sierpnia 2011

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia