Zanurkuj w Sumienie

"Saszka. Sen w dwóch aktach" - reż. Wojciech Urbański - Teatr Współczesny w Warszawie

W warszawskim Współczesnym tura trudnych życiowych pytań. I wzruszający Borys Szyc. I jeszcze parę spraw.

Gdy dwa lata temu Szyc na tej samej scenie już za chwilę miał pokazać swego Hamleta, miałem przeczucie, że w końcu zasłużenie doczekał się przełomu w karierze. Wcześniej w rolach mógł przebierać, jak chciał, jednak wówczas dostał szansę, na którą chyba szykowało go wielu, dostrzegając w nim niemal wzorzec pokoleniowego buntownika, w sam raz na miarę najważniejszego teatralnego zadania. Do tego potrzeba było utrwalonego już wizerunku (trochę zgranego, może czasem zbyt łatwo chwytanymi przez aktora rolami filmowymi), ale i osobowości autsajdera, który jeszcze nie przebił się na stronę absolutnej niezależności. Także aktorskiej.

W tamtym "Hamlecie" Macieja Englerta aktor ukazał się więc taki, jakim go sobie zaplanowaliśmy, jednak nie tylko. Widać było, że walczy, że wręcz z dziecięcą zawziętością rzuca się w kolejne, coraz trudniejsze tonacje tej roli. Może nawet próbując nadrobić w wyobraźni widzów deficyt swego wizerunku, chwilami miotał się, by wybrać najlepsze rozwiązania (podobno zresztą Hamleta próbował pół roku). To była niezależność zdobyta subtelnie, przez ciągłe potyczki z samym sobą i - przede wszystkim - przez niepewność aktorskiej sytuacji i tego, jak siebie w niej odnaleźć.

W pamięci wyrył się Szyc w najważniejszym monologu świata; półleżąc podparty o kolumnę na scenie Współczesnego, niemal tyłem do widowni wypowiadał te słowa przecież i dla metateatralnej frajdy. Wszyscy musieli je usłyszeć.

Choć na scenie przy Mokotowskiej jeszcze trzy lata przed Szekspirem pokazał Płatonowa u Agnieszki Glińskiej. Kłopot w tym, że nie wszyscy dali się przyciągnąć, gdyż temat

pod tytułem Czechow nie wybucha na plakacie jak fajerwerk i jakoś nie pasuje do plotek oraz anegdot kolportowanych poza światem teatralnym. Ale to wówczas Szyc udowodnił już wszystko, tyle że nie tak liczni byli o tym absolutnie przekonani. Pewnie dlatego w tej niepewności pozostał i - jak się okazało -dobrze, że pozostał. Bez niej Hamlet byłby może nazbyt bezczelny i oczywisty. Coraz więcej ich na naszych scenach.

Powidoki zdarzeń

Dla najnowszej postaci przygotowanej przez Szyca punkty odniesienia są czytelne. Przypomina to trochę sytuację, jakby wielki aktor łowił znaczenia i odszukiwał w pamięci dwie dotychczasowe role giganty. W "Czekajcie na nas długo" Białorusina Dmitrija Bogosławskiego (rocznik 1985 i deszcz wyróżnień m.in. w Rosji za ten właśnie tytuł), wystawionym u nas jako "Saszka", materiał do pogrania schematami, poigrania z własnym emploi aż się prosi o wykorzystanie. I Szyc, by

wywalczyć sobie prawa do kogoś nowego, rozbija i Hamleta, i Płatonowa na drobne kawałki. Bierze dokładnie tyle, ile chce, i dorzuca do Saszy kolejne skojarzenia. Na możliwie każdym poziomie. Bo i u Bogosławskiego relacja ojciec-syn przypomina zobowiązanie, jakie należy wypełnić bez względu na to, w którym momencie przyjdzie to uczynić. Z tym że w Hamlecie natychmiast uruchamiają się patos, walka z całym światem. A biedny Saszka chce tylko wiedzieć, zdawałoby się, rzeczy podstawowe. To dramat świadomości nienasyconej, bo niby jak ją nasycić, gdy jest już za późno.

Duński książę mógł uratować honor w skali makro. Sasza nie dostanie już nic, może z wyjątkiem guli w gardle narosłej od wzruszenia. Kiedy dowie się, że jego samego już nie ma, kiedy tylko powraca, by uporządkować rodzinne sprawy, niepogodzony z własną śmiercią i niepogodzony ze śmiercią ojca.

Piekielnie trudno to grać, by nie zdradzić dziwnego statusu postaci do końca. Jednak Bogosławski zręcznie gubi podsuwane wcześniej tropy. Z początku wygląda ten dramat na spotkanie na kozetce u psychoanalityka. Przegląd familijnych zaszłości i próbę obrony zasad. Oto brat, ostoja tradycji, i cztery siostry, w tym trzy pogubione, chciwe. Dom wystawiony na sprzedaż. Nie ma ojca, zatem nawet nie ma czego specjalnie unieważniać. A ten jeden Saszka się miota i wychodzi przed szereg. Gdy spotyka w snach/wizjach ojca (Janusz Michałowski), już się domyślamy, że za chwilę chyba wykona wydany przez niego rozkaz. Nic z tego. Raczej Sasza sam się zadręcza, szukając odpowiedzi w powidokach zdarzeń. Przeczuwa jednak, że nic nie da się już uzyskać. Zostanie po staremu, a szarpanina tylko ośmieszy.

Kto tutaj jest czyim sumieniem? Czy to przyjaciel Albert (Sławomir Orzechowski), powiernik wspomnień, trochę psychoanalityk, który być może też przychodzi z drugiej strony? Obserwując dialogi Orzechowskiego i Szyca, dostrzegam najrzadszą z rzadkich zdolność (i wiedzę, aktorską wiedzę) splatania roli z samych zwątpień, zawahań, wpółokazanych gestów. To powolne drążenie sensu słów, kiedy już do powiedzenia nie zostało dokładnie nic, jest tylko wzajemne współczucie. Ale z głębi wyrywa się skowyt. W spojrzeniach jedynie daje się go wyszukać. Dwóch wielkich aktorów. Nie mam pojęcia, jak zdobywa się tak diabelskie doświadczenie.

A może część z Saszki skryła się w ojcu i dlatego tak trudno mu przebić się do jego myśli? Tak umyka przecież wątek rozmowy,

gdy tak idealnie jest się do siebie podobnym. Janusz Michałowski, niby-przewodnik w tej opowieści, zna prawdę od początku, powoli zatem przybliża Saszkę do nieuchronnej mety. Oswaja, lecz nie daje odpocząć. W "Hamlecie" też był ojcem dla Szyca, także duchem. Wtedy widzieliśmy w nim dystans, powagę, poznaną prawdę o ludziach; dziś czułość i wiedzę o życiu, no i odpychające pytanie, czy da się ją przekazać. Fenomenalne rozwinięcie fragmentu sprzed dwóch lat. Choć nie wystudiowane z premedytacją. To po prostu druga strona tej samej relacji.

Nie mieszcząc się w sobie

Jeśli jednak ktoś domagał się Szyca buntownika i chciałby go widzieć jako idealistę z ochoczo przyznanym sobie prawem do błędów, jak u Płatonowa, niech skupi się na detalach. Pamiętam, jak znakomity krytyk Jacek Sieradzki w swoim opisie tamtego spektaklu zauważył, że Czechowowski tekst dotyczy "ludzi, którzy się w sobie nie mieszczą". Podważany, niepewny sens własnej egzystencji u Bogosławskiego ma co prawda zupełnie inny wymiar (Saszce wystarczyłaby być może odpowiedź na jedno pytanie?), jednak i tak pozwala przeciwstawić się zastanemu porządkowi. Bo jak to jest, do cholery, że niektórym skraca się szansę na porządny haust życia? Od początku w Szycu taki protest się burzy. I jak zawsze świetnie się ogląda ten moment, gdy startuje, by pięściami wygrozić wszystkim dookoła, i nagle rezygnuje, przyznając - pewnie najmocniej sobie - oczywistą rację, że jako człowiek zawsze może powrócić jedynie do punktu wyjścia. Do środka siebie. W Platonowie w tych chwilach rodziły się rozczarowanie i obojętność na to, co się stanie. W Saszce przebija rozpacz. Jasne, Bogosławski psychologizuje i wpycha swoje postacie do więzienia ich umysłów, lecz nie wiem, czy moment dojścia nie kończy się tym samym. Najważniejsze, że Szycowi pozwala to na tak niebywale wiele.

Trochę umyka w świetnej reżyserii Wojciecha Urbańskiego (to jego czwarte samodzielne przedstawienie, ale też wcześniej asystował Mai Komorowskiej, Agnieszce Glińskiej i Wieniaminowi Filsztyńskiemu) wątek teologiczny. Wygląda na to, że modlitwa jest dla Saszki ratunkiem, zaczepieniem i wymuszeniem zgody na niechciany los. Zresztą czemu się tu dziwić, zwykłe gadanie z Bogiem, od dostojewszczyzny przecież Bogosławski nie ucieknie.

Jednak i tak Urbański odczytuje ten dramat jako idealną partyturę, by punkt po punkcie pozostać wiernym każdej sytuacji. Jak na ostatnie standardy daje niezły przykład skrajnie skrupulatnej reżyserskiej roboty. Chwilami nawet chirurgicznej precyzji w opanowywaniu niełatwej przestrzeni Teatru Współczesnego: trudno tutaj się do widza zbliżyć, ale i równie trudno od niego uciec. Chyba tylko raz udało się ją radykalnie przebudować - właśnie w "Hamlecie".

I nie odsłania Urbański wszystkich kart. Przyznaje autorowi prawo do wszechwiedzy, oczywistej w konstrukcji tego tekstu. Bo jak te rozgrywki podświadomości poskładać, nie wskaże ani Sasza, ani - znów: być może -jego alter ego Albert, ani nawet sam ojciec Saszki. Dlatego dramat Bogosławskiego więcej podpowiada i sugeruje, i pewnie niejeden psycholog miałby z niego niezłą pożywkę. Teatralna kostka Rubika, bez możliwości ułożenia. Jeśli w lekturze chwilami drażni, to na scenie każe sobą manipulować. Choć to mniej ważne. Ważne, że zagarnia nas do świata trudnych pytań. Dramatu takiej rangi ostatnio potrzeba.

Pocieszenia również nie będzie, chyba że za pocieszenie uznać pewność tego, iż wszyscy się kiedyś spotkamy. Ale z jakim rachunkiem na koncie? Jakikolwiek by był, będzie już nie do skorygowania.

Autor jest także redaktorem Internetowego Tygodnika Idei "Nowa Konfederacja" (www.nowakonfederacja.pl)

Przemysław Skrzydelski
W Sieci
19 lutego 2014

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...