Zapiski ignoranta

SAM ZE SOBĄ …

Dosyć tego snobizmu literackiego! Wyrzekam się go! A kysz! A kysz! Wolę zostać okrzyczany ignorantem. Lękam się, bo często bywa, że pretensjonalność rodzi pretensjonalność. Najlepszym przykładem jest mój ulubiony Paweł Głowacki. W programie do „Savannah Bay" Marguerite Duras (o tym tekście będzie mowa przede wszystkim, a mniej o spektaklu) zamieścił mądry artykuł, ale w popremierowym felietonie (Polskie Radio, Dwójka), już delikatnie otarł się o pretensjonalność.

Dla przykładu takie zdanie: „Anna Polony przez godzinę filigranowo tańczy z piaskowymi słowami". Lub: „(...) matuzalemowa Madeleine jest samą niepewnością, bezradnym błąkaniem się, na moment skostniałym w szczelinie między wypukłymi zwierciadłami z tyłu sceny". A sprawa jest prosta. Anna Polony zachwycającą aktorką była, jest i będzie zawsze, dopóki jej stopa dotyka sceny. Potrafiłaby nas oczarować lekturą książki telefonicznej, co dopiero tekstem Duras.

Przeczytałem wiele recenzji ze spektaklu „Savannach Bay" w Narodowym Starym Teatrze, w reż. Józefa Żuka Opalskiego. Znakomita większość pisana jest na kolanach przed twórcami i spektaklem (tego nie podważam!), i (niestety!) przed autorką. Ale jedna recenzja wymyka się zachwytom, jakimi obdarzana jest powszechnie Marguerite Duras. Elżbieta Morawiec na portalu Teatrologia.pl (Polska Kompania Teatralna) pisze o autorce: „Zasadniczo jej powieści są to dla mnie romanse, powiedzmy, pościelowe, którym „nowofalowość" dodaje pozornej głębi – czego klasycznym przykładem jest nieszczęsna „Hiroszima...", ze świetną skądinąd rolą Emmanuelle Rivy. Niestety dramat „Savannah Bay" przy pozorach przeciwnych ma wszelkie cechy, delikatnie mówiąc, literackiej pretensjonalności całej twórczości autorki." I dalej: „Miłość silna jak śmierć? Nie, raczej egzaltacja śmiercią, której nie powstydziłby się Przybyszewski. A zdaje się, że madame Duras mierzyła co najmniej w teatralnego Prousta." Żuk nie zgadza się ze słowami Morawiec. To dla mnie zrozumiałe. Jest reżyserem spektaklu, więc jak mógłby krytykować literaturę, którą się zajął. Czyżby znakomita niegdyś recenzentka zdobyła się na akt odwagi i pokazała pazur przewrotnego myślenia? Nie wiem jakie kierowały nią powody, kiedy pisała recenzję. Nie wiem też czy zawsze osądzała tak marnie twórczość Duras, czy też zmieniła zdanie dopiero teraz. Tak czy owak rozbudziła we mnie przekorę i wydobyła polemiczną zadrę. Za mało znam inne dzieła autorki, ale sztuka „Savannah Bay" nie wzbudza mojego entuzjazmu.

Uczono mnie, że działania sceniczne powinny być konkretne. Ktoś wchodzi z lewej lub z prawej, inny siada lub wstaje, patrzą na siebie lub odwracają wzrok. Drobne elementy zachowania (w pełni sprawdzalne) tworzą łańcuch, poszczególne ogniwa specyficznie ułożone i powiązane przez reżysera i aktorów, przez ich talent i wyobraźnię dają widzom komunikat, przekazują pytania lub odpowiedzi, czasami rodzą wątpliwości. Tworzą się interpretacyjne kody, ale nigdy z niewiedzy i niekończących się znaków zapytania nie powstanie w miarę czytelna interpretacja, nawet jej zarys. To samo dotyczy aktorów, którzy powinni wiedzieć co grają. Odzywa się tutaj znana twórcza triada: co?, po co? i dla kogo? Odzywa się jeszcze jedno prawo sceny: nie powinno się grać analizy wprost. To dlatego zawsze uważałem, że tekst wyreżyserowany przez autora traci istotny wymiar. Niech reżyser, przy całym szacunku dla tego co zostało napisane, doda coś od siebie, spojrzy inaczej. Wówczas dzieło stanie się bogatsze.

To była dygresja. Rzekłbym, na wskroś modernistyczna. Takimi zasadami kiedyś kierował się teatr i takie mi wpajano. Dzisiaj ten misterny stelaż znaczeń i zależności runął. Dygresja nie dotyczy bezpośrednio „Savannah Bay", stanowi raczej tło dla moich myśli. W przypadku Duras odnoszę wrażenie, że wszyscy się trochę pogubili i mają wątpliwości w jaką szufladkę włożyć dzisiaj jej sztukę. Ukryty we mnie adwokat diabła podpowiada: „w żadną, bo to pretensjonalny tekst dla snobów!". Czy można uznać za sukces, że widzowie nie wiedzą o czym pisze Marguerite Duras i każdy rozwiązuje literacką zagadkę po swojemu, każdy tworzy swoją własną koncepcję interpretacyjną? Przecież to nie kryminał, ale efekt zagmatwanego utworu, który grany jest na scenie. Zjawisko niebezpieczne również dla aktorów. Brak jakiegokolwiek kontekstu znaczeniowego utrudnia ocenę ról.

Powie ktoś, że jest to bardzo nowoczesne spojrzenie na teatr, tak mi dalekie i obce! Paradoksem jest, że – z tego co wiem – Żukowi również. Paradoksem jest również to, że Żuk (świadomie lub nieświadomie) wyreżyserował przedstawienie zgodne z obecną modą i trendami, w którym absolutnie wszystko jest niejasne, a widz powinien stać się współkreatorem znaczeń. Być może to tłumaczyłoby moje wątpliwości. Tłumaczyłoby, gdyby ... Marguerite Duras napisała sztukę dla dzisiejszego teatru!

Biorę prysznic i wracam do swoich światów, i do mojej skali wartości, bo dalej nic mi się nie zgadza. Wracam również do Żuka takiego, jakiego znam z dawnych realizacji. Czuję, że trzeba pomyśleć o awangardowości „Savannah Bay" używając innego klucza. Ale o tym za chwilę.

Żuk Opalski należy do reżyserów (rzadki okaz w dzisiejszych czasach), którzy starają się jak najlepiej odczytać intencję autora (intentio auctoris) i być mu wiernym na dobre i na złe. Podobnie zawierzył Duras. Ale co z niej odczytał? Same znaki zapytania. Same zaprzeczenia w przedrostkach: niepamięć, niewiedzę, niepewność, nieprawdę, nieodwracalność, nieobecność, niewspominanie, niemożność, niedopowiedzenie. Wyreżyserować tego wszystkiego nie mógł, bo nie sposób. A jeśli tekst ma swoje konotacje filozoficzne, to też nie poddają się łatwo zabiegom reżyserskim.

Prześladuje mnie pytanie co powinien zrobić odpowiedzialny wobec autora reżyser w opisanej sytuacji? Jeśli dostaje tekst sprzeczny i niejasny? Czy powinien pokusić się o realizację własnej wizji utworu? Dać choćby wskazówkę interpretacyjną? Czy też pozostawić widzów w kompletnej niepewności. Być może warto pamiętać, że nowa powieść („nouveau roman") czy Nowa Fala („la Nouvelle Vague"), oba te artystyczne kierunki – i literacki, i filmowy – z którymi kojarzy się twórczość Marguerite Duras to przeszłość sprzed 60. i więcej laty. Nie ocucone zimną wodą ze współczesnego źródła pozostaną przyziemione, nie odfruną. One kiedyś, w stosunku do wówczas obowiązującego modelu teatru, mogły uchodzić za awangardowe. A dzisiaj? Czy także? Czy dawna awangardowość Duras może współgrać z naszym ponowoczesnym mainstreamem?

Zastanawiam się jak to się stało, że będąc przekonany o teatralnej miałkości tekstu „Savannah Bay", któryś dzień z rzędu myślę o przedstawieniu na Małej Scenie Narodowego Starego Teatru? Niewątpliwie jest to zasługa Żuka, który sobie tylko znanymi sposobami potrafił mnie przekonywać, że obcuję ze sztuką genialną, jednocześnie uruchamiając mój sprzeciw i przekorne poszukiwanie kontrargumentów. A nie jest to łatwy przeciwnik. On za dużo wie, żeby zbyć go prostym „nie podoba mi się, bo nie".

To również zasługa aktorek. W przypadku Anny Polony (Madelaine), sprawa jest zrozumiała. Ona, będąc wybitną artystką, wie jak grać trudno sprawdzalne teksty, nieraz już z podobnym materiałem miała okazję się zmierzyć, tworząc arcydzieła. Potrafi po mistrzowsku wykorzystać swój doskonały talent, swoje ogromne doświadczenie, aby prywatną niepewność aktorki przemienić w kreatywną niepewność postaci. Jest rozedrgana, nadpobudliwa, gestycznie i mimicznie niezmiernie wyrazista. Oglądając Annę Polony nie trzeba zadawać pytań o sensy literackie. Pozostaje się pod wrażeniem jej kreacji. A Alicja Wojnowska (Młoda Kobieta)? Tu problem jest znacznie bardziej złożony. Alicja Wojnowska gra (poza dwoma, trzema momentami) bardzo ostro i w tonie, i w spojrzeniu. Może najmniej pewna jest w geście. Chce najwyraźniej pobudzić pamięć Madelaine, zmusić ją do mówienia prawdy.

Ich relacja jest swoistą wiwisekcją dokonywaną przez młodą na starszej pani. W jakim celu, co chce osiągnąć? Odpowiedź nie jest dla mnie ani prosta, ani oczywista, a w zrozumieniu nie pomaga mi robocze założenie twórców, że Młoda Kobieta jest osieroconą wnuczką Madelaine. To niby można wywieść z tekstu sztuki (podobnie jak wiele innych rozwiązań), ale świat Marguerite Duras pozostaje dla mnie nadal hermetyczny i nieopowiedziany, a konstatacje o prawdzie, nieprawdzie, wyobraźni itp. pozostają na krawędzi pseudofilozoficznego banału...

Ciekawe jak długo będę jeszcze myślał o tym zdumiewająco intrygującym przedstawieniu? Jak długo będę prowadził niekończący się dialog sam ze sobą? Czyli ... jest o czym!

luty, 2021

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
27 lutego 2021

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...