Zapolska na słodko-gorzko

"Skiz" - reż: Maria Spiss - Teatr Ateneum w Warszawe

"Czemu w teatrze właśnie jest taka posucha na kobiety, nie wiadomo; ale fakt jest faktem" - stwierdzał Tadeusz Boy-Żeleński. "[...] Otóż gdyby jakiś psychofizjolog zechciał z tej abstynencji kobiet wywodzić jakieś przemądrzałe uogólnienia w związku z naturą kobiecą, jej niezdolnością do syntezy, do konstrukcji, zagęszczenia - jest oto tryumfalny przykład Zapolskiej, aby odpowiedzieć: »Bzdury, łaskawy panie!«". Autor Mózgu i płci nazywał Gabrielę Zapolską "Molierem w spódnicy" i uważał ją za jedyny w teatrze "talent kobiecy wielkiej miary".

Zapolska, jedna z ciekawszych kobiet w historii polskiego teatru, niespełniona jako aktorka i nierówna jako powieściopisarka, w dramacie wyraziła się najpełniej. Jej świetnie skrojone komedie, dające wgląd w mieszczański styl życia i przemiany obyczajowe przełomu wieków, ciągle chyba nie straciły teatralnego potencjału. Role Felicjana Dulskiego albo pyskatej Hesi, nie wspominając o szacownej małżonce, czy świetny małżeński kwartet z Ich czworga – to istne perły. Niemniej dramaturgia Zapolskiej od lat czeka na ponowne odkrycie – nowy teatralny język, zrywający z reżyserską i scenograficzną sztampą (nieśmiertelne plusze!) i aktorskim stereotypem. Na język, którym Zapolską-dramatopisarkę odczytano by na nowo tak, jak Zapolską-powieściopisarkę odczytała na nowo Krystyna Kłosińska – z pomocą wyrafinowanego instrumentarium krytyki feministycznej, w świetnej książce sprzed kilku lat Ciało, pożądanie, ubranie. O wczesnych powieściach Gabrieli Zapolskiej. Próbą nowej teatralnej lektury autorki, interesującą, choć nie do końca udaną, było przedstawienie warszawskiego Teatru Polskiego Dulscy z o.o. w reżyserii Marty Ogrodzińskiej z 2007 roku, ze świetną rolą Grażyny Barszczewskiej jako nowoczesnej i zimnej – jak jej stalowa kuchnia – pani domu. Ambitną, choć także nie do końca udaną próbą jest również Skiz w reżyserii Marii Spiss w Teatrze Ateneum. 

Dwie małżeńskie pary – młoda, z dwuletnim zaledwie stażem, i starsza, zblazowana, ze stażem na oko dwudziestoletnim, która lekarstwa na nudę w związku poszukuje w tolerowanym obustronnie, acz trzymającym się wyznaczonych granic flircie. Muszka, dwudziestoletnia dziewczyna, jeszcze nie odkryła swojego ciała, a już jest znudzona małżeńskim pożyciem z zajętym gospodarstwem Witusiem, uważającym, że jego żona nie ma temperamentu, tylko dlatego, że nie umiał jej rozbudzić. Seksualna namiętność na pewno tej pary nie łączy, choć trudno powiedzieć, co ich łączy w ogóle. Wituś z lekceważeniem mówi o Muszce, która – co prawda bez entuzjazmu – próbuje wywiązywać się z gospodarskich obowiązków. Ona, chociaż nie dopuszcza tego do świadomości, trochę się smuci, że nie jest kochana tak, jak by tego chciała. On – słusznie skądinąd – ma ją za naiwną gąskę.

W ten gąszcz nieuświadomionych emocji, rozczarowań, żalów i niespełnień wtargną Lulu i Tolo. Wykorzystają owe niepokoje młodych, zabawią się trochę ich kosztem i wyjadą, niemniej po drodze czeka ich niespodzianka. Lulu, tolerująca do tej pory flirty męża i w ten sposób sprawująca nad nim kontrolę, dostanie swoje pięć minut w ramionach Witusia, który będzie ją porywał konno w step i uwodził na swój szorstki sposób. Przywróci to równowagę w związku Lulu i Tola, pozwalając kuzyneczce uwierzyć na powrót w siłę jej seksapilu. Dojrzała kobieta oprze się jednak jego zapałom. Tymczasem Muszka nie oprze się Tolowi, odkrywając w jego ramionach to, czego nie nauczył jej mąż. A tego, co odkryła, nie będzie chciała się wyrzec – namiętna, gotowa związać się z kochankiem, który tymczasem wraca do żony, bo boi się kataru i seksualnego apetytu młodej dziewczyny.

Wszystkim emocjonalnym zawikłaniem życia małżeńskiego Spiss dała wybrzmieć dzięki świetnej adaptacji (w godzinnym spektaklu nie ma bodaj jednego niepotrzebnego słowa), wydobywającej nieuchwytną kobiecą jakość tekstu i pozwalającej zbudować dobre role. Znów przede wszystkim kobiece. Jeśli bowiem, jak wynika z komedii, w grze w małżeńskiego taroka górą są kobiety – zwłaszcza te dojrzałe mądrością wielu lat pożycia – to na scenie też one dominują.

Przede wszystkim Lulu Haliny Łabonarskiej. Atrakcyjna, elegancka, pewna siebie, dobrze sytuowana kobieta w średnim wieku. Bardzo dzisiejszy portret. Obcisłe spodnie, wysokie obcasy, elegancki top, modnie obcięte, rozjaśnione włosy. Pewien rodzaj swobody, którego nabywa się z czasem. Błyskotliwa, dowcipna, baczna obserwatorka i cięta komentatorka tego, co dzieje się dookoła, która jeśli nie manipuluje ludźmi, to na pewno lubi bawić się w reżyserię rozmaitych zdarzeń. Ta, której się w życiu udało. Jak się jednak okaże, owa poza skrywa lęki, które trawią i te, którym się w życiu powodzi, i te, którym powodzi się mniej. O starzejące się ciało, topniejącą urodę, o skórę, włosy i zęby. O swojego mężczyznę, którego pociągają młódki. Gdy Lulu przekona się, że tym razem być może przeliczyła się i może stracić Tola – wpadnie w panikę. Za chwilę ten zamęt pogłębią jeszcze niewczesne awanse Witusia, który rozbudzi, uśpione chyba, dojrzałe ciało kuzynki. Zanim nie odzyska kontroli nad sytuacją, Lulu będzie drżeć w jego ramionach. Niemniej skiz, którym – jak się okaże – dysponuje (czyli karta pozwalająca w taroku wygrać każdą partię; Zapolska nazywa ją „przyzwyczajeniem”), pozwoli starzejącej się damie ocalić godność. Ten bardzo przekonujący psychologiczny portret Łabonarska kreśli z finezją i klasą, dominując nad partnerami. Tak zresztą, jak Lulu dominuje w tekście.

Muszka Anny Gorajskiej jest naiwna. Pyszna w swoim „cielęctwie” czy też „gąbkowatości” w pierwszych scenach z Tolem. Nie wiem, czy niewinna, jako że od początku między nią i Witusiem daje się wyczuć zniecierpliwienie, znudzenie, tajoną złość, może też – seksualną frustrację. Zainteresowanie Tola sprawia, że Muszka rozkwita – inaczej ubiera się, mówi, porusza. Tę przemianę bohaterki – od dziewczęcia, które niewiele wie o sobie i zawiłym świecie relacji damsko-męskich, do bardziej świadomej siebie kobiety, która właśnie odebrała gorzką lekcję życia – młoda aktorka przedstawia bardzo przekonująco.

Wobec efektownych ról kobiecych Tolo i Wituś wypadają blado. Bo jeśli Łabonarska i Gorajska konstruują dość subtelne psychologiczne portrety, pokazując przemiany, jakich doświadczają kobiety, to Krzysztof Tyniec i Wojciech Brzeziński kreślą swoje role znacznie grubszą kreską, wydobywając z postaci właściwie jeden ton. Tolo Tyńca to kabotyn udający artystę życia i podstarzały casanowa o histerycznym usposobieniu. Wituś Brzezińskiego, miłośnik jazdy konnej i znawca bydła mlecznego, jest równie szorstki i toporny, jak jego rywal „czarujący”. Role panów wydają się wyjęte z komedii, podczas gdy role pań – raczej z dramatu psychologicznego. Jeśli oni są z Molière’a, one z Marivaux, chociaż gwoli ścisłości należy dodać, że to pęknięcie jest już wpisane w tekst. Zapolska pisała ciekawsze, wnikliwe psychologicznie role kobiece, pozwalając bohaterkom rozwijać się i zmieniać, podczas gdy mężczyznom – w dramacie czy powieści – szansę taką daje nader rzadko.

Tyle o niewątpliwych walorach przedstawienia, nie pozbawionego wszakże pewnych mielizn. U Zapolskiej akcja toczy się w pałacyku rokoko i jego malowniczym otoczeniu – mamy odnieść wrażenie literackiej zabawy, gry pewną konwencją. Ów sceniczny cudzysłów ma też być może osłodzić płynące z tekstu gorzkie prawdy o relacjach małżeńsko-miłosnych. Tymczasem w zgrabnym skądinąd spektaklu Spiss scenografia kłuje w oczy złym smakiem. Pałacyk rokoko Łukasza Błażejewskiego zbudowany jest z ukośnych ścian, wyklejonych włoską tapetą utrzymaną w pastelowych zieleniach, przypominającą charakterystyczne okładki zeszytów firmy Pigna. Tym samym zainspirowana przez Zapolską gra konwencją przeniesiona zostaje na inne piętro. W tym rozpadającym się świecie (takie skojarzenia podsuwają chylące się ściany dworku) bawimy się nie tyle tropami literackimi, co kliszami kultury masowej.

Ta zabawa przynosi w przedstawieniu pomysły mniej i bardziej udane. Krynoliny, które damy robią z ogromnego lampionu zawieszonego nad sceną, niczym księżyc w pełni w upalną letnią noc, są efektownym rozwiązaniem sceny maskarady. Jednak fraki drukowane w ornament z tapety mniej mi się podobają, a już całkiem nie do przyjęcia jest głowa ogromnego łabędzia, w scenie balu maskowego zwieszająca się z sufitu. Jak rozumiem, mamy dzielić narkotyczne wizje – bo zamiast po wino w spektaklu Spiss obie pary sięgają po marihuanę. Niemniej, jeśli Muszka wpada w ramiona Tola, bo o jeden raz za dużo zaciągnęła się skrętem – to rozmaite psychologiczne subtelności, skądinąd wygrane w przedstawieniu, zostają unieważnione…

Agata Chałupnik
Teatr
17 maja 2010
Prasa
TEATR

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...