Zarażeni nieczułością

"Zbrodnia i kara" - reż: Waldemar Śmigasiewicz - Teatr Powszechny w Warszawie

Proza Dostojewskiego, czasem zadziwiająco przewrotna, to kawał dobrej psychologii, wnikającej w najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Po jego "Zbrodnię i karę" chętnie sięgali wybitni reżyserzy, m.in. Andrzej Wajda i Krystian Lupa, ostatnio Grigorij Lifanov w radomskim Teatrze Powszechnym, by z powodzeniem przenieść ją na scenę.

Ukazywali złożoność świata powieści Dostojewskiego, podkreślając jednocześnie to, co u wielkiego rosyjskiego pisarza najważniejsze - człowieka jako jednostkę zamotaną we własne sumienie. Dostojewski, podczas pobytu na katordze, przeczytał w gazecie notatkę o francuskim studencie, który dla pieniędzy zabił bogatą ciotkę. Nie sama zbrodnia zafascynowała jednak pisarza, lecz to, że Lacenaire nie poczuwał się do skruchy. Spektakl Waldemara Śmigasiewicza, wyreżyserowany przez niego w warszawskim Teatrze Powszechnym, to kolejna, współczesna propozycja odczytania znanej powieści. Treść "Zbrodni i kary", z założenia powszechnie znana, nie jest tu najważniejsza. Śmigasiewicz w swojej adaptacji postawił na psychologiczne studium głównego bohatera, jego zmagania z sumieniem, inne wątki traktując marginalnie.

Ubogi student Rodion Romanowicz Raskolnikow, próbuje dowieść słuszności swojej ideologii, którą wcześniej publikuje na łamach prasy - jako jednostka wybitna ma prawo zabijać, gdyż geniusz usprawiedliwia wszystkie zbrodnie dokonane na "zwykłych" ludziach, których sam nazywa "wszami". Przekonany o słuszności tego twierdzenia zabija starą lichwiarkę, a potem, chcąc się pozbyć świadka, także jej siostrę. Morderstwo to ma być dla niego swoistym sprawdzianem jego odwagi i determinacji. Ten krok pociąga za sobą lawinę zdarzeń, które diametralnie zmienią jego życie. 

W spektaklu Raskolnikow (Marcin Perchuć) pojawia się przed widzem już po dokonaniu zbrodni, jako oprawca zmagający się z własnym sumieniem. Zbrodnia doprowadza go do obłędu i samoudręczania myślami o zbliżającej się karze. Odtwórca roli Raskolnikowa doskonale pokazuje dławiący bohatera strach, dręczące go wątpliwości, celowo przesadne doprowadzone do ekstremum napięcie emocjonalne, które nie pozwala mu zapomnieć o zbrodni. Męczą go nerwicowe zaburzenia, choroba, trawi gorączka i majaki. Właściwie od chwili pojawienia się na scenie, Perchuć jest w nieustannym stanie fizycznego i psychicznego wyczerpania. Widz zadaje sobie pytanie - czy mimo załamania psychiki i ducha, Rodion do końca całej historii wierzy w prawdziwość swej ideologii? Z jednej strony nadal chce dowieść słuszności swej teorii, ale sumienie i paraliżujący strach robią swoje. Wyrzuty sumienia przybierają postać sobowtóra bohatera (Michał Napiątek), który pojawia się by dręczyć Raskolnikowa, przypominać o zabójstwie. W rzeczywistości dręczy on samego siebie. Strach - przed prawdą, przed odrzuceniem jest coraz silniejszy. Zostaje wezwany na przesłuchanie w sprawie długów, niezapłaconego weksla. Obojętny doktor Zosimow (Jarosław Gruda), Marfa (Anna Moskal) i malarz Mikołaj (Maciej Więckowski) nie chcą słuchać jego tłumaczenia, próbują jak najszybciej załatwić sprawę i pozbyć się natręta. Nie ma dla nich znaczenia, czy Raskolnikow zrobił coś złego, czy nie. Nawet jeśli chodziłoby o zabójstwo, to nie ich sprawa. Poradzi sobie? Pomoc oferuje mu dziecięco szczery przyjaciel Razumichin ( Michał Sitarski). Jednak, ubogi student prawa, nie jest tak do końca oddany Rodionowi. Michał Sitarski kreuje postać o chwiejnym charakterze, jego oddanie podszyte jest dwuznacznością i fałszem. Komu chce pomóc - sędziemu śledczemu policji petersburskiej, Porfiremu Pietrowiczowi, wprawnie manipulującemu psychiką podejrzanego o zabójstwo Raskolnikowa, czy przyjacielowi? Spektakl Śmigasiewicza, to także analiza uczuć inspektora Porfirego (Kazimierz Kaczor) i obraz jego subtelnej gry psychologicznej. Nie dysponuje on niepodważalnymi dowodami zbrodni, poza tym odczuwa coś w rodzaju szacunku czy sympatii dla intelektu i osobowości zabójcy, dlatego usilnie próbuje uzyskać przyznanie się winowajcy. Na koniec sam odwiedza Raskolnikowa w jego izdebce i przedstawia mu kolejne stadia oraz meandry żmudnego procesu osaczania podejrzanego i otwarcie stwierdza: "Pan zabił". Proponuje Raskolnikowowi przyznanie się do winy dla zachowania resztek godności i z potrzeby ekspiacyjnego "przyjęcia cierpienia". Ale jest jeszcze nadzieja, którą przynosi Sonia, kobieta upadła, a przy tym czysta i niewinna. Głęboko wierząca, pokazuje mu swoisty drogowskaz, w postaci ewangelicznej przypowieści o wskrzeszeniu Łazarza. Biblijny Łazarz bierze swoje łoże i wstaje. Czy Rodion zdoła również podnieść się i wziąć na barki ciężar winy i odpowiedzialności? Zrozumie swój błąd? Nie ma w przedstawieniu tematu odkupienia, zesłania na Sybir. Ostateczne wyznanie bohatera nie ma najmniejszego znaczenia, trafia w próżnię. "Kara" jest tu bowiem męczarnią wyrzutów sumienia człowieka, który poniósł moralną klęskę. 

Czy motywy zbrodni i kary nie dotyczą nas, współczesnych? Jakie jest źródło moralności, co ją wyznacza? Religia, społeczny osąd, czy nasze wewnętrzne przekonania? Podatni na piękne idee, nie dostrzegamy w nich zła. Codziennie bombardowani przez media doniesieniami o popełnianych przestępstwach, często przez ludzi stawiających się ponad prawem, w "imię wyższych celów", zarażamy się nieczułością, uodporniamy na moralne zasady.

Anna Czajkowska
Teatr dla Was
8 maja 2012

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia