Zastąpić rajem piekło historii

"Akropolis. Rekonstrukcja" - Wrocławski Teatr Współczesny

Jak to możliwe, by Grek umiejętnie dokonał inscenizacji jednego z najtrudniejszych dzieł Wyspiańskiego - utworu wypływającego z polskiej świadomości, dotykającego narodowego sumienia, prowokującego dyskurs o polskiej tożsamości? Michael Marmarinos rozpracował "Akropolis" Wyspiańskiego, podobnie jak kilka lat temu Estończyk Elmo Nüganen wspaniale wyreżyserował "Ślub" Gombrowicza w Teatrze im. Horzycy w Toruniu. Najwidoczniej w takich wypadkach dystans bywa pomocny.

Dla polskich inscenizatorów dzieła Gombrowicza, Wyspiańskiego, Witkacego, czy Różewicza są olbrzymim wyzwaniem, do którego niejednokrotnie reżyserzy dorastają latami. Rozdrapywanie niezagojonych ran, górnolotne, skomplikowane rozważania, prowokujące do myślenia dialogi, pytanie o to, kim dziś jesteśmy - jak trudno przebrnąć przez morze wątpliwości piętrzących się przez inscenizatorem dzieł polskich dramaturgów-prowokatorów wie tylko ten, kto choć raz podjął trud przeniesienia na scenę któregoś z ich dramatów. Być może kluczem do sukcesu - paradoksalnie - jest dystans, który pozwala na selektywny dobór treści, na wyłonienie z tekstu najistotniejszych problemów. Michael Marmarinos (który z wykształcenia jest neurobiologiem!) od lat reżyseruje spektakle w różnych krajach Europy oraz bada zagadnienie tożsamości narodowej - jeśli udało mu się opracować teoretyczny schemat budowania mentalności narodu, wyodrębnić jego najistotniejsze elementy, być może twórcy łatwiej pracować na tekście, z którym nie jest emocjonalnie i ideologicznie związany. Niewątpliwie jednak reżyser dokonał olbrzymiego wysiłku intelektualnego, by zrozumieć, czym dla nas jest „Akropolis” oraz sceniczna realizacja tego dramatu autorstwa Jerzego Grotowskiego i Józefa Szajny, o której dziś studenci teatrologii uczą się z podręczników, która stała się już częścią naszej historii. Marmarinos stworzył sceniczne arcydzieło - bez odrobiny patosu i artystowskiego zadęcia sprowokował rozmowę o polskim Akropolis, udowodnił, że możemy o tym rozmawiać językiem naszej codzienności, że polskość jest pojęciem, z którym powinniśmy się mierzyć i którego nie należy się bać.  

Widzowie przez kilka minut prowadzeni są teatralnymi korytarzami, choć wejście z foyer prowadzi wprost na widownię - przywołanie toposu wędrówki przygotowuje nas jednak do podróży w czasie. Wreszcie docieramy na scenę, która tonie we mgle - ubrani w czarne, obcisłe stroje aktorzy siedzą zanurzeni w wodzie, stopniowo „wyłaniając się z mroku dziejów”. Na proscenium znajduje się płytki, prostokątny basen - siedzące w nim przemoczone postaci szepczą fragmenty „Akropolis” Wyspiańskiego. Zasiadamy w fotelach, które znajdują się w trzech różnych miejscach, usunięto bowiem dwa pierwsze rzędy, które zostały przeniesione na scenę, więc spektakl oglądać można z trzech różnych perspektyw. Chwilę potem znajdujemy się już w katedrze na Wawelu, by w narodowym grobowcu przeżywać indywidualne dramaty bohaterów, by odczuwać cierpienie kobiety niestrudzenie poszukującej zaginionego kochanka, będącej niezmiennie „na niego i jego miłość pamiętną”. Błąkające się po katedrze anioły mierzą się z ludzkim wymiarem swojego istnienia - spotkanie z miłością, namiętnością, emocjami towarzyszącymi stanom porzucenia, opuszczenia, osamotnienia staje się wyzwaniem, któremu bardzo trudno sprostać, nawet będąc istotą nadprzyrodzoną. Po pewnym czasie następuje przejście od indywidualnego doświadczenia do badania świadomości zbiorowej - pod koniec pierwszego aktu na scenę wjeżdża mapa Polski byśmy wspólnie z aktorami zastanowili się, czym był Akropol dla Greków i co jest polskim Akropolis. Z ust widzów padają najróżniejsze sugestie. Tłum zdecydowanie nie godzi się na Częstochowę i Warszawę, wśród kandydatów na najważniejszy punkt na mapie zbiorowej pamięci pojawia się Krzemieniec, Lwów, Gniezno, a nawet Toruń, Gdańsk, czy Auschwitz. Aktorzy znikają, kwestia pozostanie otwarta - tego wieczoru każdy z nas opuści teatr z pytaniem, z którym będzie musiał się zmierzyć w pojedynkę.

W drugim akcie na trzech gigantycznych ekranach oglądamy fragmenty inscenizacji Grotowskiego i Szajny sprzed prawie 50 lat - aktorzy na scenie starają się odtworzyć ruchy swoich poprzedników. Tym aktem reżyser „Akropolis. Rekonstrukcja” pokazuje, że patrzy na historię Polski z perspektywy XXI wieku - słynna inscenizacja jest już częścią przeszłości, podobnie, jak wykorzystana w spektaklu muzyka z minionego wieku, która stała się ważnym elementem naszej tradycji (słyszymy m.in. „Wiersze Baczyńskiego” Ewy Demarczyk, „Tę ostatnią niedzielę” Mieczysława Fogga, czy nieśmiertelny szlagier „Deszcze niespokojne”). Połączenie z przedstawioną w trzecim akcie historią wojny trojańskiej pozwala na wpisanie naszej tradycji w szerszy kontekst, na ukazanie Polski jako ważnego miejsca na mapie Europy i świata. Mitologiczne postaci schodzą z gobelinów i obrazów wiszących na Wawelu, by udowodnić, że nie są martwe, że historia wciąż żyje, a tradycja jest konstrukcją dynamiczną, zaprzeczeniem skostniałego schematu. Oczyszczający taniec, do którego zostają zaproszeni widzowie pod koniec przedstawienia, pozwala na chwilowe pozbycie się balastu, wyzwolenie spod jarzma przytłaczającej historycznej refleksji i zanurzenie w atmosferze beztroski. Reżyser bezbłędnie wyczuł pragnienia publiczności, która potrzebowała takiego oczyszczenia.

Duże wrażenie robi aktorstwo, które w spektaklu Marmarinosa wprost oszałamia. Wykorzystanie do granic możliwości giętkości ludzkiego ciała (reżyser od lat prowadzi badania nad możliwościami ludzkiego ciała oraz nad działaniem centralnego układu nerwowego) oraz wyegzekwowanie od całego zespołu maksymalnego zaangażowania zaowocowało godną podziwu lekkością, z jaką recytują fragmenty wiekopomnego dzieła mając maksymalnie wykrzywione członki, zastygając w niewygodnych pozach. Przez większą cześć spektaklu aktorzy chodzą po scenie boso, by na końcu całkowicie zrzucić odzienie i nago powrócić do wody, z której wyszli. Historia zatoczyła koło. Twórcy przedstawienia udowodnili, że to kultura nakłada na nas kolejne warstwy, ubiera w kolorowe stroje, lecz człowiek w stanie czystym nie istnieje, jest abstrakcyjnym bytem, symbolizującym stan wyjściowy sprzed rozpoczęcia procesu enkulturacji.

Wbrew tytułowi inscenizacja Marmarinosa nie jest rekonstrukcją - to przedstawienie opierające się na dialogu z przeszłością, na próbie praktycznego sprawdzenia, na ile pewne elementy tradycji wciąż w nas żyją, na ile wymagają rewizji i reinterpretacji. Woda, która towarzyszy nam przez cały spektakl, to nie mitologiczna rzeka zapomnienia, to raczej źródło życia, zbiornik narodowej pamięci. Grecki reżyser wyzwał na pojedynek wszystkich Polaków, pokazał, że próba zmierzenia się z zakorzenionymi w nas mitami, odpryskami historii, nie musi być walką z ciężkim do udźwignięcia balastem, może stać się powodem odczuwania satysfakcji płynącej ze świadomości tego, kim jesteśmy. Przepełnione radością i pozytywnymi emocjami zakończenie przedstawienia stoi w jawnej opozycji do inscenizacji z 1962 roku (u Grotowskiego i Szajny pojawiał się piec krematoryjny, wydarzenia rozgrywały się bowiem w Auschwitz), stając się wskazówką dla wchodzącego w życie pokolenia Polaków. Grecki reżyser zrezygnował z brnięcia w martyrologicznej brei na rzecz pozytywnego, pełnego wiary spojrzenia w przyszłość - jedynej konstruktywnej metody działania. Znalezienie złotego środka między szacunkiem dla historii, a wiecznym rozpamiętywaniem, wydaje się być jedyną sensowną drogą, jaką powinniśmy dziś podążać. Nadszedł czas, by czymś zastąpić piekło historii. Rozwiązanie może się okazać proste - grecki pisarz Nikos Kazantzakis podpowiada: „w ręku masz pędzel i farby. Najpierw malujesz raj, potem do niego wchodzisz”. Do dzieła.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
25 lutego 2010

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia