Zastrzyk najlepszego

"Morfina" - reż. Waldemar Raźniak - Teatr Roma w Warszawie

Niezwykle oryginalny wydaje się pomysł przybliżenia sylwetki żony Michaiła Bułhakowa i jej miłości do pisarza na podstawie pamiętników oraz... piosenek Agnieszki Osieckiej. Opowieść Jeleny zostaje uchwycona w intrygujący i zachwycający sposób. Pełni dodaje Morfinie czarujący głos Anny Czartoryskiej

Ciemność. Wybrzmiewają pierwsze takty utworu Dobranoc Panowie. Z jednej strony sceny pojawia się jasna struga światła, ale to nie jest zapowiedź nadejścia bohaterki. Ona wyłania się z przeciwnego końca, ubrana w za duży, męski płaszcz. Pod nim ma jedynie satynową koszulę nocną. Włosy opadają na ramiona, stopy są bose. Niepewnie, powoli wchodzi na scenę, która przypomina salon. Jest w nim szezlong, skromna toaletka z lustrem i wieszak. Niemal wszystko pokryte jest czarnym, futrzanym materiałem, nawet podłoga. Kobieta śpiewa coraz bardziej przejmująco, wykonuje subtelne, płynne elementy choreograficzne. Chwilę później ta sama kobieta zaczyna opowiadać historię swojej znajomości z rosyjskim pisarzem. Jelena Bułhakowa wspomina trudne, ale silne uczucie, które było między nimi, przywołuje stalinowskie czasy, w których przyszło im żyć, chorobę męża i bezskuteczne próby wyjazdu z Rosji. Niezwykle poruszające stają się wspomnienia o ostatnich dniach życia Miszy, kiedy Jelena nie odstępowała go na krok, uśmierzając ból męża morfiną i spisując dyktowane przez niego ostatnie zdania Mistrza i Małgorzaty. Śmierć nie przerywa tej opowieści, tak samo jak nie przerywa ich miłości. Odejście Bułhakowa to koniec jego choroby, cierpienia i pracy nad swoją największą powieścią, ale Jelena nieustannie czuje jego obecność, rozmawia z nim w snach.

Anna Czartoryska podjęła się niełatwego i ryzykownego zadania. Bo Morfina to z założenia dialog kobiety dojrzałej i po przejściach. Mało wiarygodnie może wypaść monodram młodziutkiej aktorki. Ale nic z tego. Narracja, którą prowadzi Czartoryska jest przepełniona skrajnymi uczuciami, doskonale oddaje emocje bohaterki. Wszystko przeplatane jest ponadczasowymi piosenkami Agnieszki Osieckiej, Jonasza Kofty i Marka Grechuty, przy muzyce na żywo, pod kierunkiem Andrzeja Perkmana. Czartoryska nadaje utworom nowe brzmienia i nową interpretację. Jest w tym jak zawsze dokonała. Czaruje i pieści głosem. Nie boi się eksperymentów z tonacją. Hipnotyzuje wykonaniem Dookoła nic się nie stało i wbija fotel utworem Krzyczę przez sen. Scena przy toaletce, kiedy bohaterka próbuje rozczesać swoje włosy, ciągnąc je i wbijając w nie grzebień sprawia, że widzimy w niej próbę samookaleczenia. Przepełniona niezwykłym ładunkiem emocjonalnym sekwencja staje się jedną z najlepszych scen spektaklu.

Morfina jest dla mnie realizacją doskonałą. Dopracowany jest w niej każdy ruch, gest, słowo. Niezwykła siła i determinacja była w Jelenie, kiedy walczyła o każdy dzień swojego męża, a później o wydanie jego literackiej spuścizny. Dzięki twórcom przedstawienia dotykamy siły tej niełatwej miłości, wzruszamy się, a czasem może też identyfikujemy z losami bohaterów. Tym cierpieniem i siłą Czartoryska wypełnia całą przestrzeń.

Jest po prostu zachwycająca.

Tylko w ten sposób rodzi się w teatrze kawałek czegoś magicznego.

Dagmara Olewińska
Teatr dla Was
12 grudnia 2011

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia