Zatańczyć śmierć na śmierć

"1914" - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

W RAMACH JEDNEGO WIECZORU ZAUFAĆ młodemu artyście, przedstawić klasykę współczesności, zrekonstruować arcydzieło, które 80 lat temu zachwyciło publiczność po obu stronach Atlantyku. Takich cudów dokonuje Polski Balet Narodowy pod dyrekcją Krzysztofa Pastora w gmachu Teatru Wielkiego-Opery Narodowej, gdzie propozycje operowe nie składają się w spójną całość, a najlepsze inscenizacje zawdzięczamy koprodukcjom z udziałem twórców doceniających odrębność tej najtrudniejszej z form scenicznych.

Tak będzie. Warszawska opera zyska renomę dzięki wyśmienitym spektaklom baletowym.

Na tryptyk "1914" wybierałam się z duszą na ramieniu, bo wcześniejsze "akademie na cześć" nie udawały się nawet członkom ambitnego PBN. Tragedia Wielkiej Wojny wciąż nie jest "nasza" - konflikt, w którym procentowo zginęło przeszło dwa razy więcej żołnierzy niż w II wojnie światowej, zwykliśmy raczej kojarzyć z klęską zaborców i odrodzeniem polskiej państwowości. Coś się jednak zmieniło: zaczęliśmy sobie uzmysławiać tamten koniec świata, współczuć narodom, które straciły kwiat swojej młodzieży, by kilkadziesiąt lat później pogrążyć się w kolejnym szaleństwie - być może wskutek krótkowzroczności tych, którym udało się przeżyć. Koszmar I wojny skłonił nas do refleksji nad wielopostaciową naturą dzisiejszych konfliktów, których ofiarą coraz częściej padają ludzie niepowiązani z rzemiosłem wojskowym.

Tym tropem poszedł Robert Bondara, tworząc swoje "Nevermore...?", ciąg luźno skojarzonych osobistych narracji, złączonych klamrą przez wątek Warlorda (znakomity Carlos Martin Perez), odwołujący się do postaci wietnamskiego generała-psychopaty, rozkochanego w kwiatach i pięknej muzyce. Opowieść pierwsza, tańczona do dźwięków "Clapping Musie" Reicha, oddaje beztroskę czasów pokoju, druga, z klarowną i funkcjonalną ilustracją muzyczną Prasąuala - samotność jednostki rzuconej w wir wojny, trzecia, z "Lux Aeterna" Szymańskiego w tle - gorzką zadumę nad skutkami tragedii. W tej odrobinę niespójnej choreografii za wiele było odwołań do sztuki Bausch, Keersmaeker i Cherkaouiego,były też jednak fragmenty wstrząsające, choćby solo Pawła Płoskiego, okaleczonego w wypadku tancerza hip-hopu.

"Msza polowa", choreografia Jiri'ego Kyliana dla Nederlands Dans Theater (1980), wypadła nieco poniżej oczekiwań. Być może z powodu niemrawego wykonania "Polni mśe" Martinu pod batutą Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, które zamiast porwać mężczyzn do tańca, wyraźnie ich deprymowało. Niewykluczone też, że zazgrzytał kontekst - chodzi przecież o aneksję Kraju Sudeckiego, dalekie pokłosie Wielkiej Wojny, nieskładające się w całość z pozostałymi ogniwami tryptyku.

Piorunujące wrażenie wywarł za to "Zielony pokój" Kurta Joossa (1932), legenda niemieckiego Tanztheater, zrekonstruowana na podstawie zapisu kinetograficznego systemem Labana. W tym dziele, inspirowanym średniowiecznym "Lubecker Totentanz", zogniskowały się wszystkie lęki sierot po Republice Weimarskiej, odzwierciedlone w tragediach żołnierzy, dziwek, uciekinierów, owdowiałych i porzuconych kobiet. Podkreślone w TW-ON upiorną kreacją Robina Kenta, którego Śmierć wygląda jak szkielet centuriona, a porusza się niczym futurystyczny robot.

Natura nie znosi próżni. Tęsknotę za prawdziwą operą zapełnia mi prawdziwym baletem. Dobre i to.

Dorota Kozińska
Tygodnik Powszechny
2 stycznia 2015

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia