Zbigniew Herbert

Najwięcej dla Herberta zrobiła amerykańska tłumaczka
Używany wyrywkowo, redukowany do tego czy innego cytatu, listu otwartego, ostrej oceny - Herbert pasował w zasadzie każdemu, tyle że każdemu z innego powodu i w innym momencie. Ale tak naprawdę Herbert nie pasuje nikomu. Michnikowi, kiedy ten budował wśród polskiej inteligencji swoją maszynę personalnego kultu; prawicy, kiedy Herbert zerwał z Michnikiem i pokłócił się z Miłoszem; księżom, kiedy wierni wypełniali świątynie, w których w latach 80. recytowano, wystawiano i śpiewano Herberta. W całości jednak nikomu Herbert nie pasuje Dla naszych neosarmatów w tych rozstrzygających dniach, kiedy ich patriotyzm zwarł się w ostatnim śmiertelnym boju z Europą, poezja Heberta jest w zasadzie bezużyteczna. Dzięki jego "Rozważaniom o problemie narodu" wiedzą co prawda, że "ten okrwawiony węzeł powinien być ostatnim, jaki wyzwalający się potarga", ale jednocześnie sam Herbert targał go często i skutecznie. Jego "Wawel" ("Patriotyczną kataraktę na oczach miał ten co cię zrównał z gmachem marmurów... Akropol dla wydziedziczonych/ i łaska, łaska dla kłamiących") czy "Wspomnienie września" ("Śpiewano w megafonach/ anachroniczną piosenkę/ o Polakach i bagnetach... i po każdej zwrotce/ ogłaszano listę żywych torped/ które notabene/ przez sześć lat wojny/ szmuglowały słoninę/ żałosne niewypały") zdradzają pewną kłopotliwą prawdę. Poeta, który bardzo kategorycznie zakazywał żartować z patriotycznych świętości Miłoszowi, kiedy zostawał sam na sam z czaszką Jorika, ironizował z polskich snów o potędze na sposób, który Zdzisław Krasnodębski w swojej późnej fazie mógłby uznać za "pracę dla Niemców". Z kolei Michnik za największą zbrodnię, szczególnie u inteligenta, uważa niedostatek miłości do samego siebie. A Herbert w latach 90. gwałtownie się w Michniku odkochał. Także polski Kościół lat ostatnich miałby z Herbertem problem. Wystarczy przypomnieć deklarację wyznaniową, którą poeta złożył Jackowi Trznadlowi w "Hańbie domowej": "Ja jestem rzymski katolik, ale bardziej rzymski niż katolik". Spośród aniołów najbardziej podobał mu się Szemkel, który miał w sobie najmniej z metafizycznego milicjanta, skoro wbrew wyrokom Bożej sprawiedliwości szmuglował potępione dusze, i to nawet nie z czyśćca do raju, co jeszcze można by jakoś podciągnąć pod ortodoksyjne Boże Miłosierdzie, ale "między otchłanią a niebem". Autor na haku Trudno się dziwić, że kogoś takiego wszyscy chcą używać, ale nikt nie zgodzi się brać za niego odpowiedzialności. Kryć jego grzechów, słabości, akceptować go tak, jak się akceptuje przyjaciela. Raczej bezwarunkowo. I nic dziwnego, że sąd nad poetą zaczął się kilkanaście lat przed śmiercią Herberta, kiedy udzielił on wywiadu Jackowi Trznadlowi do "Hańby domowej". Oczywiście, że wtedy przesadził. Wygłosił brutalny pamflet na środowisko literackie PRL jako gromadę zdrajców. Bez określenia własnego miejsca w tym pejzażu, co mogło sugerować, że można było stalinizm przeżyć i wyjść z niego jako praktykujący literat bez żadnej, nawet najmniejszej plamy na honorze. Gontarczyk i Cenckiewicz - kto wie, czy niewychowani na tamtym wywiadzie Herberta - do tej pory szukają nieskazitelnych bohaterów wśród Polaków żywych i sławnych. I zza każdej bohaterskiej fasady prędzej czy później wychodzi im Bolek. Blefujący wysoko Herbert został szybko sprawdzony. Jakiś czas po ukazaniu się "Hańby domowej" pewien historyk literatury z Instytutu Badań Literackich opublikował tekst, w którym precyzyjnie wyliczono poecie udział w stalinowskim konkursie poetyckim, publikacje w PAX itd. IBL nie wyprodukował w swojej historii zbyt wielu tekstów politycznie lustrujących biografie poetów, nie do tego służył. Ale skoro Herbert sam się prosił, skoro to on rzucił rękawicę, w odpowiedzi otrzymał pierwszy delikatny policzek. Po 1989 roku Herbert nie znalazł się po stronie szlifierzy marmuru, ale zagalopował się w rejony "Tygodnika Solidarność", "Arki" i "Arcanów", prawicy... Instytucji słabych i rozpadających się, środowisk skłóconych. Raczej kwartalników niż gazet codziennych, raczej partii z Konwentu św. Katarzyny, niż tych, których ludzie niemalże z automatu obsadzali ministerstwo kultury. W kraju, którego domyślnym ustrojem społecznym jest feudalizm, stabilny jest tylko salon, a Herbert go obrażał. Antysalon, który oczywiście obiecał, że się Herbertem zaopiekuje - nim, jego twórczością, jego wizerunkiem - był pełen frustratów kłócących się ze sobą, podejrzewających wzajemnie o najgorsze zbrodnie, którzy ze swoich zobowiązań wywiązać się nie mogli albo nie mieli zamiaru. Herbert stał się w ostatniej dekadzie swego życia gwiazdą antysalonu, ze wszystkimi tego dla siebie konsekwencjami. Żadnego szlifowania marmuru, żadnej obstawy pozwalającej z biografii uczynić hagiografię. Wręcz przeciwnie. Wiosną 2000 roku dziennikarki "Gazety Wyborczej" Anna Bikont i Joanna Szczęsna w ramach kontynuacji polityki innymi środkami pojechały do Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i zacytowały mu fragmenty rozmów starającego się o paszport na Zachód Herberta z oficerem SB, uzyskując w odpowiedzi słowa: "Nic o tym nie wiedziałem. Zawsze uważałem Herberta za przyzwoitego człowieka...". Kilka lat później młody dziennikarz z tygodnika "Wprost", trafiając na te same stenogramy paszportowych rozmów Herberta z SB, wydane już w porządnym, filologicznym i niezaangażowanym opracowaniu, wycytował co smaczniejsze kawałki i wręcz zasugerował w prawicowym tygodniku agenturalność Herberta. Z kolei opublikowany w noworocznym numerze "Gazety Wyborczej" na przełomie 2000 i 2001 roku wywiad Jacka Żakowskiego z wdową po Herbercie był chyba największym zawodowym osiągnięciem w dorobku tego dziennikarza. Wywiad potwierdzał pogłoski o długoletniej psychicznej chorobie poety, żona dystansowała się też do politycznych wyborów męża, w swojej poczciwości próbowała je unieważnić. Każdy dziennikarz śledczy czy publicysta tygodnika opinii oddałby duszę diabłu za taki wywiad. Ale tylko jeden miał wtedy bliskie kontakty z Mefistofelesem. Jednak nie oznaczało to bynajmniej, że Żakowski miał później zacząć przeprowadzać regularne wywiady z wdowami lub wdowcami po największych polskich pisarzach. To było tylko ostrzeżenie dla polskiego światka literackiego, subtelny świst bata - pomyślcie o swoich grzeszkach, depresjach, używkach, chłopcach i kochankach. Albo będziecie oprawieni w marmur, albo w... byle co. Potem pojawił sie "Pan od poezji", książka Joanny Siedleckiej. Hołd też nie w polskim stylu, z długimi zwierzeniami zakochanej nieszczęśliwie w Herbercie kobiety, z przejmującym portretem człowieka co najmniej trudnego. Przez cały ten czas prawicowe środowiska i media, ponieważ nie potrafiły obronić marmurowego wizerunku Herberta, w odpowiedzi na każdą rysę próbowały w odwecie stłuc posąg Czesława Miłosza. Poeta zużyty A gdzie w tym wszystkim poezja? Powoli się gubiła. Postbrulionowa awangarda poetycka osądziła Herberta już pod koniec lat 80. Jarosław Marek Rymkiewicz delikatnie dawał do zrozumienia, że autor "Pana Cogito" to bardziej moralista niż geniusz poezji czystej. Pojawili się miłośnicy Szymborskiej, a także fani Różewicza, który rzeczywiście jest wielkim poetą, tak wielkim, że jego dziełem wcale nie trzeba przykrywać dzieła Herberta. Cały ten harmider próbowali uspokajać poczciwi poloniści tłumaczący, że Herbertowi powodziłoby się lepiej, gdyby się tak nie angażował i nie był politycznie wykorzystywany. I wreszcie, przy okazji Roku Herbertowskiego, dostaliśmy ważny i symptomatyczny tekst Andrzeja Horubały, którego autor odmładza się w dobrze odmierzonym geście ograniczonego obrazoburstwa. Horubała, w wystąpieniu zaprezentowanym podczas okolicznościowej "Debaty Herbertowskiej", a następnie przedrukowanym w "Rzeczpospolitej", powiedział głośno, że Herbert był najsłabszym poetą w swoich najbardziej popularnych wierszach. Tych, które w latach 80. uczyniły z niego wieszcza - w "Przesłaniu Pana Cogito", w "Potędze smaku"... A później było już w zasadzie tylko gorzej. Problem w tym, że w latach 80., kiedy Horubała wydawał podziemny biuletyn "Wola" i sam był zaangażowanym drugoobiegowym polonistą, pewnie ani on, ani żaden z jego przyjaciół tej trudnej prawdy swemu ludowi nie wyszeptałby nawet do ucha. W ówczesnym kulcie Herberta jako użytecznego wieszcza był wyjątek - drugoobiegowy kwartalnik "brulion" już wtedy opublikował słynną dyskusję redakcyjną, podczas której zaproszony Tadeusz Komendant proponował utworzenie Ligi Obrony Poezji Polskiej przed Zbigniewem Herbertem, a młodzi redaktorzy bardzo się tym pomysłem entuzjazmowali. Skoro jednak kult Herberta jako patriotycznego wieszcza był w latach 80. kultem zbiorowym, może wypadałoby pożegnać Herberta nieco poważniej. Zamiast zgrywać młodziaka, podsumować także własną młodość, z jej potrzebą patosu i prostych etyczno-politycznych rozróżnień. To my sami zużyliśmy Herberta w latach 80., więc trochę głupio krytykować go teraz za to, że się zużył. Odpoczynek od Polski W Roku Herbertowskim wydarzyło się jednak coś, co poezji Herberta naprawdę pomaga. Tyle że nie w Polsce, ale w Ameryce. Jest to ukazanie się "Wierszy zebranych" Zbigniewa Herberta po angielsku, w zupełnie nowym przekładzie Alissy Valles. Okładkę tej książki można zobaczyć zarówno w witrynie poważnej księgarni uniwersyteckiej w chicagowskim Hyde Parku, jak też wypełnionej rozgorączkowanym tłumem sieciówce Barnes and Noble na Manhattanie. A wszędzie na honorowym miejscu, pomiędzy tomami Audena, Eliota, Berrymana... Pośród największych światowych poetów, czyli na miejscu, na którym w Polsce nie umieściłby Herberta ani Tadeusz Komendant, ani wielbiciele Różewicza czy Świetlickiego... A jednak właśnie do przebywania w towarzystwie Berrymana, Audena czy Eliota Herbert ma prawo. Dzięki wprowadzeniu go do angielszczyzny, współczesnej łaciny, czytają go ludzie, którzy nawet nie wiedzą, skąd wzięły się w jego zdyscyplinowanych, gorzkich wierszach obrazy istot cierpiących na tle rajskich pejzaży i klasycznej architektury. Amerykańscy czytelnicy rozumieją te wiersze jako zapis uniwersalnego cierpienia, uniwersalnej niesprawiedliwości, uniwersalnego upadku. W ten sposób dziesięć lat po śmierci poety wiersze Herberta zostają uwolnione od historycznego i politycznego kontekstu. Od kultury i języka, które same przechodzą kryzys, dlatego nie mogą poezji Herberta dzisiaj w niczym pomóc, dostarczyć żadnej ciekawej kontynuacji czy interpretacji. Mogą ją tylko zabić. Obojętnie szlifując marmur czy pisząc na Herberta pamflety.
Cezary Michalski
Dziennik
30 lipca 2008
Portrety
Zbigniew Herbert

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...