Zbójeckie kasety wideo

"Odyseja" - reż. Krzysztof Garbaczewski - 3. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia

Świetna "Odyseja" Krzysztofa Garbaczewskiego, zaprezentowana w konkursie festiwalu Boska Komedia, to propozycja intelektualnie intrygująca, efektowna wizualnie i sprawnie wyreżyserowana. Garbaczewski zmierzył się z greckim eposem, znajdując dla niego odmienny punkt widzenia. Nie dokonał streszczenia monumentalnej opowieści, nie pokazał przygód Odysa, jego walki z losem, co mógłby sugerować tytuł. Nie próbuje także zaprezentować współczesnej recepcji dzieła - choć spektakl jest osadzony w czasach aktualnych, nie skupia się na tym, co dziś ona oznacza

Jest to raczej „wariacja na temat Odysei”, gdyż na powrót tytułowego bohatera spod Troi oczekujemy wraz z jego rodziną. Główną postacią jest tu Telemach – syn Odysa, zniecierpliwiony nieobecnością ojca, walczący z kompleksem autorytetu rodzica, szukający dla siebie miejsca. Grany przez Pawła Smagałę bohater to przedstawiciel naszych czasów, normalny chłopak, którego przerasta sława ojca – nieumiejący zmierzyć się z presją, miotający się, choć za wszelką cenę próbujący pokazać swą siłę. Postać Telemacha jest tu głęboko psychologicznie skonstruowana i przemyślana – poranione wnętrze skrywa się pod twardą powłoką.

Telemach jako jedna z „ofiar” wyprawy Odyseusza próbuje pod nieobecność ojca dorosnąć, znaleźć w życiu sens i – przede wszystkim – zrzucić z siebie piętno rodzicielskich relacji. Erotyczne napięcie między synem a matką pogłębiają ich związek, choć Garbaczewski stara się unikać w nich jednoznaczności – to jednocześnie intymne naprężenie, jak i potrzeba odczucia ciepła matki przez zagubione dziecko. Telemach to także wychowanek współczesnej popkultury – spektakl zaczyna się gniewnym zrzuceniem ze sceny sterty kaset wideo. Liczne filmy walki, akcji i przygodowe pełnią tu rolę na kształt „książek zbójeckich”. Odrzucając je w najwyższym wzburzeniu Telemach jest niczym Gustaw – negacja tego, co go ukształtowało uświadamia mu jego tragiczną sytuację. Miał przecież być happy end, a kolejne dni i lata oczekiwania oraz adoratorzy matki, których w końcu godzi się przyjąć zdają się temu przeczyć. Metafora filmu czy gry komputerowej jest z resztą stosowana konsekwentnie. Kapitalna scena przywitania ojca i syna odbywa się przy użyciu dwóch innych aktorów-awatarów, sterowanych przez słowne wskazówki rzeczywistych bohaterów. Rzucane słowa są niczym joystick i generują rzeczywistość filmową – a przynajmniej wypełniającą nasze wykreowane poprzez film oczekiwania względem takiej sceny – niedowierzanie, niezgoda, w końcu następujące rozpoznanie, przytulenie, wyznanie miłości. Dwójka prawdziwych bohaterów skwituje to tylko podaniem dłoni. Ciekawie również poprowadzona jest scena strzelania z łuku, która ma wyłonić prawdziwego Odysa. U Garbaczewskiego nie ma żadnej broni – jest za to stos kaset wideo. Kto zdoła je wszystkie podnieść, wygrywa. Kto bowiem utrzyma wszystkie te wykreowane przez kulturę obrazy, znaczy, że umie udźwignąć mit.

Wraz z Telemachem powrotu Odysa oczekuje Penelopa – wierna i mądra małżonka. Początkowo jawi nam się jako melancholijna wersja Pana Jowialskiego – siedzi przy stole i od niechcenia recytuje kolejne aforyzmy. To starsza, zmęczona oczekiwaniem, poczciwa kobieta. Garbaczewski wprowadza jednak jeszcze jej dwie młodsze wersje – zwielokrotnienie postaci Penelopy nie tylko podkreśla upływ czasu i ogrom oczekiwania, ale jest także źródłem komizmu. Przywitania Penelopy z Odysem nie doświadczymy. Kobiety bowiem schodzą tu na dalszy plan. „Odyseja” to świat typowo męski, tylko mężczyźni mają prawo do żalu po stracie, tylko oni mają prawo wydawać rozkazy. Ta zmaskulinizowana perspektywa zostaje podkreślona przez ostatni długi monolog narzeczonej Telemacha. Ubrana w olbrzymie ciało, które po jakimś czasie zrzuca ze złością. Dla mężczyzny jest bowiem tylko tym, co zewnętrzne, ma być, zaspokajać żądze i kochać. Nie ma znaczenia, czy jej żądze również zostaną zaspokojone. Wprowadzenie pod koniec sztuki kobiety podkreśla krytyczne podejście do tego antycznego patriarchatu. Widz zdaje sobie sprawę, że został przez reżysera tak poprowadzony, iż jego uwaga i empatia całkowicie skupiła się na mężczyznach, zaś o kobietach i ich żalach – podobnie jak rodzina, reszta świata, a nawet kultura – nie pamiętamy.

Sceny z oczekującą rodziną przeplatane są fragmentami wykładów na temat „Odysei” prowadzonych przez dwóch „performatywnych profesorów”. Jeden z nich tłumaczy, że Odys to największy na świecie krater. Rozumiemy wówczas dlaczego na środku sceny znajduje się długi wykopany rów pełen ziemi (skądinąd wielokrotnie w ciekawy sposób wykorzystywany). Podkreśla to także temat spektaklu – pustkę, oczekiwanie, kreowanie rzeczywistości poprzez jej negację. Życie oparte na nie-bycie, opowieść o bohaterze nieobecnym, oczekiwaniu, pustce, żalu.

Scenografia Garbaczewskiego jest gęsta – zarówno fizycznie, jak i znaczeniowo. Scena aż zdaje się być za ciasna dla całej grupy aktorów, jednak nie ma na niej żadnego chaosu – każdy fragment został znakomicie wykorzystany. Mamy wrażenie, że przestrzeń jest niesamowicie głęboka, jakby pokazywała nam tylko przedsionek rozgrywanych zdarzeń. Kolejne scenograficzne piętra nawarstwiają się, podobnie jak kolejne odsłony interpretacji. Wielość użytych środków i rozwiązań inscenizacyjnych świetnie oddaje gęstą atmosferę oczekiwania, bezzasadnych motywów postępowania, bezsilnych działań. Stwarza wrażenie ciągłego ruchu i akcji, jakby chciano zagłuszyć pustkę domu, w którym brak gospodarza.

Magdalena Urbańska
Dziennik Teatralny Kraków
6 grudnia 2010

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia