Zdaję się na niespodzianki losu

Rozmowa z Magdaleną Zawadzką

Magdaleny Zawadzkiej, damy polskiej sceny nikomu nie trzeba przedstawiać. Choć zagrała dziesiątki ról, które przysporzyły jej nagród i sympatyków, wciąż czeka na nowe wyzwania zawodowe, bo aktorstwo jej nie nudzi, a popularność nie męczy.

Nie ma jednak zamiaru o nic walczyć ani zabiegać. Woli zaufać losowi i przyjąć niespodzianki, jakie dla niej ma, bo życie pisze najlepsze scenariusze. Inaczej nie poznałaby blasku sławy i smaku miłości, jaka połączyła ją na 35 lat z Gustawem Holoubkiem.

Właśnie minęło 45 lat Pani pracy artystycznej, a Pani wciąż gra nowe rolę - i to jakie, podczas gdy wiele aktorek z niecierpliwością czeka na telefon z propozycją. Ma Pani poczucie, że los Pani sprzyja, czy to po prostu efekt talentu i uznania, na które zapracowała Pani ponad 150 rolami?

- Chyba wszystko to razem sprawia, że wciąż dostaję propozycje, ciągle pracuję i mam poczucie, że jestem potrzebna. Trudno mi rozstrzygać dlaczego jestem aktywna zawodowo, podczas gdy wielu aktorów na próżno czeka na propozycje, ale jestem szczęśliwa, że tak się dzieje.

Więcej w Pani życiu przypadku czy determinacji w realizacji pomysłu i planu na przyszłość?

- Nic ma we mnie życiowej przebojowości jaką podziwiam u innych osób. Podporządkowuję się decyzjom losu, bo życie jest mądrzejsze od nas. Możemy wiele planować, a jednocześnie dostać straszną lekcję od życia, więc nic opłaca się za wszelką cenę do czegoś dążyć. Tak naprawdę sami nigdy nie wiemy, co jest dla nas dobre, a życie doskonale wie, w jakim kierunku nas pchnąć. Zawsze ilekroć czegoś chcę. to nie walczę o to z całych sił, tylko czekam na obrót spraw. Czasem to się zdarza, czasem nie. ale zawsze dobrze na tym wychodzę.

Zatem warto poddać się losowi i zaufać temu, co mamy zapisane?

- Tak. zwłaszcza że dla mnie najważniejsze jest życie, a wszystko wokół - w postaci zawodowych smutków, niepowodzeń, radości i sukcesów - jest dodatkiem, ważnym, ale nie najważniejszym.

Co najbardziej fascynuje Panią w aktorstwie?

- Niespodzianka. Najwięcej radości daje mi nieoczekiwane propozycje, o których bym nie marzyła, które wydawałyby mi się nieodpowiednie dla mnie, a okazują się idealnie trafione. W ogóle lubię niespodzianki od życia, zwłaszcza te miłe, ale trzeba być przygotowanym na każdą, bo w życiu nigdy nie tkwimy cały czas na szczycie, lecz na przemian wspinamy się i schodzimy.

Ma Pani w dorobku mnóstwo ról - wielkich, a przy tym różnorodnych, by wspomnieć tylko Kleopatrę, Basie Wołodyjowską, Lady Makbet Ofelię, Żabusię, gombrowiczowską Iwonę, Muszkę i Lulu w "Skizie". W jakim gatunku czuje się Pani najlepiej? Woli Pani grać w historycznym kostiumie, czy wcielać się we współczesne postacie?

- Nic potrafię lego określić, ale ponieważ ostatnio zagrałam dużo ról współczesnych, to marzy mi się ciekawa rola kostiumowa, najlepiej w filmie. Chciałabym w len sposób uciec od problemów, które dotyczą nas tu i teraz, w stronę problemów uniwersalnych, ale ubranych w inny entourage. Fascynujące jest móc opowiedzieć o ponadczasowych sprawach, korzystając z możliwości, jakie daje kostium czy inny sposób wystawiania się. Chętnie zagrałabym też w Teatrze Telewizji, w którym jeszcze nic tak dawno występowałam bardzo często. Nie wiem, jaka jest przyczyna odwrócenia się ode mnie reżyserów filmowych i telewizyjnych, ale specjalnie się nad tym nie zastanawiam. Robię swoje, gram w czterech warszawskich teatrach i czerpię z tego satysfakcję.

Większym wyzwaniem jest wcielać się we frywolne trzpiotki, w tonacji komediowej, czy grać dramatyczne role kobiet doświadczonych przez los, przechodzących metamorfozę?

- Sądzę, że najciekawsze dla aktora są role, które mają w sobie jakiś rozwój. Poza tym wszystko ma swój czas. Był okres, kiedy grałam zalotne trzpiotki, teraz wcielam się w inne postacie - pewnie dlatego, że minęło 45 lat, odkąd zaczęłam pracować w zawodzie. Jednak nic stopniowałabym, co jest trudniejsze albo lepsze. Chodzi o to, co chce się zagrać i jaki ma się pomysł by wyrazić emocje danej postaci. Czasami może się wydawać, że rzecz jest błaha, tymczasem, zgłębiając rolę, można odkryć w niej wiele tajemnic, które czynią postać niejednoznaczną, a tym samym trudniejszą do zagrania. Te psychologiczne poszukiwania, "grzebanie" w motywacjach i efektach postępowania bohaterów sprawiają, że praca aktora jest niezwykle inspirująca i wciąż zaskakująca.

W świadomości społeczeństwa silnie zapisała się Pani jako Basia Wołodyjowska. Wielu aktorów buntuje się przeciw szufladkowaniu i utożsamianiu z jedne rolą. Jak Pani podchodzi do tego powszechnego uwielbienia dla Basi?

- Rzeczywiście, ta rola wciąż żyje w świadomości widzów pewnie dlatego, że stale jest powtarzana w telewizji, Może gdyby częściej pokazywano inne filmy z moim udziałem, przestano by mnie kojarzyć tylko z tym filmem. Oczywiście, nie mam tej sympatii nikomu za złe, cieszę się, że moja rola tak zapadła w serca widzów, bo udział w "Panu Wołodyjowskim" był dla mnie dużym wyzwaniem, ale to odległa przeszłość i cieszyłabym się, gdyby zwrócono uwagę na moje późniejsze i obecne role.

Wiele aktorek podkreśla, że teraz jest czas na młode, wschodzące gwiazdy i właściwie nie ma ról dla dojrzałych aktorek. To słuszna teoria?

- Istotnie, dojrzałych aktorek, mających ambicje - zresztą słusznie - jest dużo, a ról tak niewiele, że nie mogą sobie pozwolić, by w nich przebierać. Nie dostaję propozycji ról filmowych, ale nie tracę czasu na zastanawianie się, dlaczego tak jest, bo i tak nie znajdę odpowiedzi.

Jak podchodzi Pani do upływu czasu jako kobieta - a to dla nas często drażliwy temat - i aktorka, która czeka na propozycje ról?

- Czas pędzi, ale nie tylko ja to czuję. Widzę, że współcześnie nawet dzieciom czas ucieka, czego ja ze swojego dzieciństwa nie pamiętam. Życie niesamowicie przyspieszyło za sprawą tego, co dzieje się wokół. Mam wrażenie, że kręcimy się w wirze, który nie zależy od nas. Nie mam wpływu na upływ czasu, natomiast mam poczucie, że go nie zmarnowałam ani zawodowo, ani życiowo, bo miałam i mam bardzo ciekawe życie. I to jest najważniejsze - żeby nie myśleć, że coś się zaprzepaściło. Ja tak nie myślę, wprost przeciwnie - jestem bardzo zadowolona z tego, co było mi dane przeżyć i doświadczyć.

Za czym Pani najbardziej tęskni, myśląc o tym, co minęło bezpowrotnie?

- Za moim mężem, który odszedł. Najbardziej tęsknię za moim domem i życiem z nim. Niestety wszystko, co z nim związane, zawodowo i prywatnie, już nie wróci, i choć umieranie jest nieuniknione, to trudno się z nim pogodzić. Ja cały czas się staram.

Czy książka "Gustaw i ja" była sposobem na zachowanie wspomnień i pamięci o mężu na dłużej?

- Tak. Chciałam w ten sposób zatrzymać na zawsze to. co było i już nie wróci, a jednocześnie przedłużyć mu życie, bo człowiek umiera naprawdę wtedy, gdy nikt o nim nie pamięta. Pomyślałam, że jeśli zwielokrotnię tę pamięć o czytelników, to przetrwa dla przyszłych pokoleń. Jeżeli żaden barbarzyńca nie zarządzi podpalania książek, to przetrwają i zawsze będą przypominać o wspaniałych ludziach.

Jaki obraz ma Pani przed oczami, gdy myśli Pani o latach przeżytych z Gustawem Holoubkiem?

- Obraz szczęścia, pogody, dobra, które towarzyszyły mi na każdym kroku. To nie żaden konkretny kadr, zapamiętana scena, sytuacja, ale właśnie permanentne poczucie bezpieczeństwa, z codziennym uśmiechem i wyrozumiałością. Nie wyobrażam sobie życia bez poczucia humoru, optymizmu. A właśnie taki był mój mąż - pełen radości, jaką mają w sobie młodzi ludzie.

Ludzie dobierają się w pary na zasadzie podobieństw lub przeciwieństw. Jak było w Pani przypadku?

- Byliśmy do siebie bardzo podobni, pod pewnymi względami wręcz tacy sami. Nie wyobrażam sobie, bym mogła być z kimś diametralnie różnym. Przeciwieństwa niosą ze sobą konflikty, a tych bym nie zniosła. Lubię załatwiać sprawy kompromisowo. Unikam jak ognia kłótni i sprzeczek, które na długo zostają w człowieku i zostawiają poczucie żalu. Staram się żyć tak, żeby do nich nie doprowadzać.

Czy nić porozumienia dotyczyła zarówno spraw codziennych, błahych, jak i tych ważnych, zupełnie serio? Mieli Państwo podobną filozofię życiową?

- Właściwie taką samą, tyle że ja byłam bardziej postrzelona. Przez to, że byłam dużo młodsza, było we mnie dużo słomianego ognia, a mąż był w naszym związku moderatorem, który umiał zdystansować się do wielu spraw niewartych zaangażowania. Ja we wszystko wchodziłam na sto procent, ale to przywilej nie tylko młodości, lecz także osoby, która wie, że ma obok siebie opokę i przyjaciela. Mając koło siebie takie oparcie, można wszystko.

Byli Państwo razem w życiu i na scenie. Wspólny zawód i miłość do aktorstwa cementowały związek? Przenosili Państwo pracę do domu, czy sprawy zawodowe zostawały za progiem?

- Wydaje mi się, że wspólna praca i pasja umacniają związek, ale trzeba znać granice. W naturalny sposób rozmawialiśmy o sprawach zawodowych, wspólnych spektaklach, mogliśmy wzajemnie liczyć na radę i wsparcie drugiej strony, ale pamiętaliśmy, że dom jest przede wszystkim naszym azylem i zewnętrzne sprawy, które wprowadzaliśmy w jego progi, ograniczaliśmy do minimum.

Wielokrotnie pracowała Pani z mężem. Czy przez to Państwa związek miał w sobie coś z relacji nauczyciel - uczeń?

- Nie. Całe życie podziwiałam męża za to, jakim był artystą, człowiekiem i wielką osobowością, ale ani przez sekundę nie czułam się w naszej relacji uczennicą. Zresztą nigdy nie stwarzał poczucia wyższości.

35 lat Pani małżeństwa jest najlepszym przykładem, że związek kobiety po przejściach i mężczyzny z przeszłością może się udać. Gdy się Państwo poznali, Gustaw Holoubek był dojrzałym mężczyzną i wybitnym artystą, a Pani młodą aktorką, stawiającą pierwsze kroki w zawodzie. Każda przepaść jest do pokonania, gdy pojawia się prawdziwe uczucie?

- Absolutnie tak. Pod warunkiem że dwoje ludzi umie to uczucie szanować i pielęgnować. Często decydują o tym bardzo drobne gesty: przytulenie, uśmiech, podanie posiłku, wspólne rozmowy, prezent albo kwiatek wręczony bez okazji. Codzienne życie małżeńskie nie składa się z samych fajerwerków, ale właśnie z drobiazgów, tego kto komu zrobi śniadanie, kto pozmywa lub zainicjuje wspólne wyjście. To te urocze niespodzianki, które tak lubię w życiu.

Związek jest również sztuką kompromisów?

- Zdecydowanie. Negocjacje i kompromisy są w życiu bardzo potrzebne. Kompromis jest niewskazany tylko wtedy, gdy zagraża konstrukcji człowieka, jego indywidualności. Jeżeli całą sobą czuję, że działam wbrew sobie, nie mogę ulegać, tylko muszę walczyć o siebie, a jeśli trzeba - ruszyć do ataku.

Jak zapadło Pani w pamięć pierwsze spotkanie z mistrzem, wybitnym artystę, który należał do śmietanki polskiej sceny? Już wtedy były iskry czy raczej onieśmielenie i trema?

- Z mojej strony nie było mowy o iskrach, w ogóle nie brałam pod uwagę, że pan Holoubek mógłby się mną zainteresować. Zresztą byłam mężatką, a on był żonaty. Początkowo nie zwracałam na niego uwagi jako na mężczyznę, byłam po prostu szczęśliwa, że będę z nim grała dużą rolę w ważnym przedstawieniu ,,Życie jest snem". Natomiast ja też, mimo młodego wieku, miałam swoje osiągnięcia, nagrody dowody uznania publiczności i nie czułam się jak szara mysz. Choć w porównaniu z dorobkiem Gustawa to było niewiele, dla mnie znaczyło to bardzo dużo. Miałam poczucie, że się rozwijam, pnę do góry i nie muszę być w zawodowym cieniu. Przy pierwszym spotkaniu zobaczyłam uroczego, przemiłego człowieka, którego darzyłam ogromnym szacunkiem ze względu na role, które grał. Byłam ciekawa naszej współpracy przy pięknej sztuce. Nic ponad to.

Pamięta Pani, kiedy wielki Gustaw Holoubek przestał być aktorskim wzorem i kolegą z pracy, a stał się w Pani oczach atrakcyjnym, fascynującym mężczyzną?

- To następowało powoli. Nie jestem skłonna do zrywów od pierwszego wejrzenia, uczucie dojrzewało we mnie z każdym dniem, wraz z wydarzeniami, gestami i słowami, które coraz bardziej zwracały ku niemu moją uwagę, o co zresztą bardzo zabiegał. Potem w małżeństwie wciąż adorował mnie czułymi gestami, uprzejmościami, podarkami.

Co w dzisiejszych czasach decyduje o klasie kobiety, które ujęła Pani mistrza Holoubka i zdobywa sympatię widzów?

- Wierzę, że cały czas bardzo liczy się dobre wychowanie, które - niestety - coraz rzadziej spotyka się w obecnych czasach, w których mamy do czynienia raczej z gloryfikacją chamstwa, brutalności i niegodnych człowieka zachowań. Dzięki wyniesionym z domu zasadom można iść przez życie z podniesioną głową, być wśród ludzi i umieć się znaleźć w każdej sytuacji.

Współczesna dama to nie utopia?

- W każdej epoce są osoby, które mają klasę, i są prostaczkowie. To podział niezależny od czasów. Bycie damą nie sprowadza się do noszenia kapelusza, robienia min i opowieści o pochodzeniu. Wielka dama potrafi ugotować i zawinąć rękawy, żeby wyszorować podłogę. Wielkie damy w historii to kobiety wszechstronne, które były skłonne do poświęceń i potrafiły odnaleźć się w każdych okolicznościach.

A jakie cechy podziwia Pani u mężczyzn?

- To samo; klasę, hołdowanie wartościom i dżentelmenerię. Marzę, żeby we współczesnym świecie było jak najwięcej miejsca dla ludzi, którzy mają zasady i morale, mimo że dziś robi się wszystko, żeby zniszczyć i zdewaluować autorytety. Człowiek potrzebuje autorytetu, choćby to był kolega z podwórka. Od dziecka szukamy wzorców i im więcej ich jest, tym lepiej dla nas wszystkich i dla rozwoju własnych osobowości.

Częściej myśli Pani o przeszłości czy przyszłości?

- Przede wszystkim o teraźniejszości. Przeszłość jest zamkniętym rozdziałem, który noszę w sobie, we wspomnieniach, zapisałam w książce, ale żyję teraźniejszością, bo przyszłość w zasadzie jest niewiadomą. Mogę jedynie pomarzyć o tym, co mnie czeka, ale żyję tym, co dotyczy mnie na co dzień, bo tylko to jest namacalne i pewne.

Na czym polega według Pani sceniczna dojrzałość?

- Na tym, że się umie grać na scenie. Talent, wrodzone predyspozycje, iskra boża - to wszystko jest darem od losu, którego nikt nas nie nauczy. Ale jest jeszcze solidny warsztat, którego opanowanie jest kluczem do pełnego i przekonującego wyrażenia siebie przez rolę. W filmie może zagrać właściwie każdy, kto zostanie dobrze obsadzony w roli i poprowadzony przez reżysera. Aktorstwo teatralne to zupełnie inny poziom - tu trzeba umieć mówić z odpowiednią dykcją i natężeniem głosu, nosić kostium, ruszać się odpowiednio do osobowości i kreowanej postaci, myśleć całościowo o roli. Tylko wtedy przyciągnie się uwagę widzów, a to przecież najważniejsze. Można grać tak, że ludzie wyjdą z teatru znudzeni i zmęczeni, albo tak, że publiczność zapomni o rzeczywistości i znajdzie się w iluzorycznym świecie.

A dojrzałość w miłości? Jest kolejnym etapem ewoluującego uczucia czy stałym stanem niezależnym od wieku i stażu związku?

- Miłość i dojrzałość wymykają się definicjom. Miłość to wspaniałe uczucie, które może być wielkie i dojrzałe od samego początku, od najwcześniejszej młodości. Są pary, które znają się od przedszkola i przez całe życie kochają się, wzrastając w uczuciu, które zakiełkowało w piaskownicy. Oczywiście po drodze więź, która łączy dwoje ludzi, utrwala się, ewoluuje, ale jest ponad wiekiem i czasem.

Ma Pani poczucie, że z każdą nową rolą uczy się Pani czegoś i jest Pani lepsza na scenie?

- Nie wiem, czy jestem lepsza, ale na pewno z każdą nową rolą się uczę. Mam doświadczenie, ale to, jak z niego skorzystam przy pracy nad nową rolą, jest za każdym razem niewiadomą, bo każda rola to wyzwanie. Zagrałam wiele różnorodnych ról i wieloma partnerami i reżyserami, i każda coś wniosła, a ja w każdą wkładam całe serce, dając z siebie wszystko. Nigdy nie traktuję pracy lekceważąco, zawsze przykładam się do niej tak samo, dlatego nie mogłabym wskazać roli ulubionej czy przełomowej dla rozwoju mojej kariery.

Za chwilę wchodzi Pani na scenę, by wcielić się w amerykańską ikonę kinematografii Bet-te Davis w spektaklu "Gwiazda i ja".

- Tak, chociaż muszę trochę zaprotestować, bo robiliśmy wszystko, żeby to nie była konkretna Bette Davis, lecz postać będąca kwintesencją gwiazdy w najgorszym tego słowa znaczeniu, skupiająca w sobie typowe dla niej cechy. Chciałam wcielić się w postać, która gra nie tylko na scenie, lecz także w życiu, wciąż ma fochy i wiele pretensji, a przy tym jest tak egocentryczna, że nie widzi niczego wokół siebie. Jest masa aktorek, którym się wydaje, że są pępkiem świata i które podkreślają to na każdym kroku swoim zachowaniem, podczas gdy można być wielką gwiazdą - rozpoznawalną, cenioną za swój dorobek, ale w życiu pozostawać człowiekiem pełnym pokory i skromności.

Pani lubi blaski sławy? Popularność jest miłą stroną zawodu?

- Dla mnie bardzo. Nigdy nie miałam poczucia, że rozpoznawalność jest krzywdząca. Wprost przeciwnie, wyrazy sympatii i serdeczne reakcje na moje występy, z jakimi się spotykam, zawsze bardzo mnie cieszyły.

Chciałaby Pani - jak Bette Davis - poczuć hollywoodzki blichtr i splendor wielkiego świata?

- Oczywiście, że chciałabym to poznać, np. uczestniczyć w gali rozdania Oscarów, pobyć jakiś czas w "wielkim świecie", żeby stwierdzić, czy mi się podoba.

Polski czerwony dywan to jednak nie to samo?

- To jest nasz polski dywan i idąc po nim, niewątpliwie czuję się dowartościowana.

Małgorzata Szerfer
VIP Polityka Biznes Fakt
14 maja 2013

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...