Ze śmietanki masło jest

"Złap mnie, jeśli potrafisz" – reż. Jakub Szydłowski – Teatr Muzyczny w Łodzi

Złap mnie, jeśli potrafisz brzmi na wskroś komediowo. Niektórym kojarzy się pewnie także z filmem o tym samym tytule, gdzie główna rolę gra Leonardo DiCaprio. Obie myśli poniekąd słuszne - spektakl jest oparty na scenariuszu rzeczonego filmu i ma do pewnego stopnia konwencję komediową. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom - ten musical ma drugie dno.

Fabuła sztuki skupia się wokół Franka Williama Abagnale (postaci prawdziwej, można nawet przeczytać biografię) - sympatycznego chłopaka, który w młodym wieku ma już na koncie fałszowanie czeków i dokumentów, a także podszywanie się pod prawnika, pilota i lekarza. Spektakl odkrywa przed nami jego historię, ale także historię śledczego, który za wszelką cenę stara się ująć oszusta. Musical ma poziom wyrównany - trochę dialogów, trochę piosenek; trochę śmiechu i trochę łez. Ogromnym plusem jest także to, że zrozumiałe jest około 80% tekstów piosenek, co niestety w łódzkim teatrze muzycznym nie jest pewnikiem.

Z całą pewnością na uwagę zasługuje scenografia Mariusza Napierały i Zuzanny Kubicz, która bardzo różna jest od typowej scenografii musicalowej. Nie jest ani monumentalna, ani nadmiernie rozbudowana, ani wizualnie "ciężka". Przeciwnie - minimalistyczna, funkcjonalna, lekka w konstrukcji, a przy tym płynnie się zmieniająca. To ostatnie szczególnie ważne, bo dzięki temu na scenie nie widać ekipy technicznej, która potrafi wytrącić publiczność z rytmu spektaklu. Największe wrażenie robią schody w różnych konfiguracjach i scenach - świetnie pasują do klimatu Złap mnie, jeśli potrafisz. Na prawdę czuć tu powiew świeżości.

Jeśli musical to zabraknąć nie może paru słów o głosach. Pierwsze skrzypce gra oczywiście duet głównych bohaterów - Marcin Franc w roli Franka oraz Krzysztof Cybiński w roli Carla, inspektora policji. Panowie błyszczą nie tylko muzycznie, ale też aktorsko i każdy z nich czyni swojego bohatera bardzo prawdziwym, ale też fundamentalnie innym. Franc jest na scenie elektryzujący - to showman i cała publiczność jest jego już od pierwszej sceny. Z Cybińskim jest inaczej - jego Carl jest dużo bardziej skryty, subtelny. Widz potrzebuje czasu by go docenić, ale gdy "chwyci" to "trzyma" aż do ostatniej sceny. Na uwagę zasługuje też Anna Federowicz w roli Brendy. Ona także przekonuje do siebie widza kawałek po kawałku, aby w końcu zdobyć go całego w piosence "Fly, fly away". Nie wierzę, że ktoś mógłby przyjść nad nią niewzruszony. Aktorsko dobrze prezentuje się także Janusz Kruciński w roli ojca Franka. Niestety aktora bardzo trudno zrozumieć kiedy śpiewa. Nie umiem stwierdzić czy jest to kwestia jego techniki czy raczej akustyki i nagłośnienia, nie mniej jest to irytujące tym bardziej, że generalnie Kruciński kreuje swoją postać naprawdę ciekawie. Nie dość miejsca, by pochwalić wszystkich - cała ekipa radzi sobie wyśmienicie zarówno aktorsko, muzycznie jak i tanecznie.

Długo zastanawiałam się jak zatytułować tę recenzję. Ucieczka? Bo to tak naprawdę jest historia chłopca, który zaczął uciekać i nie może się zatrzymać. Ale nie tylko on ucieka - to samo robi jego ojciec, Brenda, a nawet Carl. Uciekają przed tym co żadnemu człowiekowi nie jest obce, przed problemami, ale uciekają w różne rzeczy - jedni fizycznie, drudzy w alkohol, inni w pracę. Schematy? Bo warunkują one życiorysy niemal wszystkich bohaterów. Frank podąża za ojcem - chce być jak on i popełnia te same błędy. Carl i ojciec Franka śpiewają wspólnie utwór "Little Boy, Be a Man", który dowodzi pułapki myślowej każdego rodzica, w którą jest on wepchnięty jeszcze przez swoich rodziców - i tak koło się toczy, bez początku i końca. Nawet Brenda, która początkowo zdaje się postacią przekraczającą schematy swojej rodziny, a przynajmniej się z nimi nie godzącą ostatecznie sama też w nie wpada. Tożsamość? Bo Frank nie wie kim jest - ucieka, zmienia, szuka. Ale nie wie także jego ojciec, nie wie nawet agent Carl, a matka głównego bohatera stwierdza nawet, że w życiu każdego człowieka nadchodzi moment, gdy ten spojrzy w lustro i się nie rozpozna. Samotność? Bo to spektakl o okropieństwie samotności, ale i o jej potrzebie. Pozory? Oczywiście dlatego, że Frank ciągle udaje kogoś kim nie jest. Dlatego, że jego rodzice opowiadali historie o ludziach, którymi od dawna nie są, może nawet nigdy nie byli. Ale przede wszystkim dlatego, że "Złap mnie, jeśli potrafisz" nie jest tym na co wygląda.

Ostatecznie zdecydowałam, że "Ze śmietanki masło jest", choć pozornie może mniej zrozumiałe, lepiej pasuje do klimatu spektaklu, bo chociaż niesie on w sobie dużą dawkę smutku i bardzo poważnych rozważań to jednak jego wydźwięk jest pozytywny - napawa widza pewnego rodzaju nadzieją na nowy początek; na to, że zawsze można znaleźć odpowiednią osobę; na to, że na każdego kto poczuje się w święta samotny czeka ktoś w budce telefonicznej.

Paulina Kabzińska
Dziennik Teatralny Łódź
30 października 2023

Książka tygodnia

Białość
Wydawnictwo ArtRage
Jon Fosse

Trailer tygodnia