Żeby cokolwiek

"Vernon Subutex" - reż. Wiktor Rubin - Teatr J. Słowackiego w Krakowie

W "Vernonie Subuteksie" Wiktora Rubina puenta jest inna niż w "Żonach stanu". Choć diagnoza o sile kobiet pozostaje w mocy, twórcy w powszechną rewolucję chyba już nie wierzą. Wychodzenie na ulicę nie przynosi oczekiwanych efektów. No więc co dalej?

Najpierw jest trochę tak, jakby się pomyliło teatry. "Vernon Subutex" Wiktora Rubina to precyzyjnie zastawiona pułapka. Test na oczekiwania publiczności. Na Dużej Scenie Teatru im. Słowackiego w Krakowie grany jest teatr zgoła mieszczański. Nowoczesny, z jeżdżącymi mansjonami wyposażonymi w atrybuty współczesności, ale jednak dość mieszczański. Tytułowy Vernon Subutex (Krzysztof Zarzecki) - bankrut wyrzucony przez komornika na bruk, przechadza się między jeżdżącymi elementami scenografii, zamieszkiwanymi przez kolejnych bohaterów udzielających mu na chwilę schronienia. Mieszczańskie wnętrza, w nich prawdziwi mieszczanie, czy jak kto woli klasa średnia. Niektórzy z awansu, inni pielęgnujący mieszczańskie tradycje od pokoleń. Niektórzy kiedyś grali muzykę, marzyli o utopii, o życiu poza społeczeństwem, teraz powżeniali się w bogate rodziny albo znaleźli stałą pracę.

Został tylko Subutex, który prowadził sklep z płytami. Kultowy "Rewolwer" (na scenie jest to całe instrumentarium obsługiwane na żywo przez Krzysztofa Kaliskiego). Żył z dnia na dzień, przyjaźnił się z muzykami. Jakoś było. Do czasu, gdy umarł Alex Bleach - gwiazda muzyki, idol pokolenia, który jednocześnie utrzymywał Subuteksa. Mógł on uprawiać swoje hobby, sprzedając płyty, dopóty dopóki finansował go Bleach. "Rewolwer" żadnych dochodów nie przynosił. Jak zresztą żaden sklep z płytami w erze Spotify. Jedyne, co Subuteksowi zostało, to kilka kaset z nagranym wywiadem z umarłym artystą. Ma nadzieję, że da się coś na tym zarobić. Z jedną torbą trafia na ulicę i rozpoczyna się jego odyseja po mieszkaniach byłych znajomych.

Paryscy mieszczanie - i w powieści Virginie Despentes, którą zaadaptowała Jolanta Janiczak, i na scenie Słowaka - to społeczność mocno zhierarchizowana. Tak, mamy społeczeństwo klasowe i trochę nieistotne jest, czy jesteśmy akurat w Paryżu, czy w Krakowie. Mechanizmy budowania hierarchii społecznych i konsekwencje ich działania są podobne. Mieszkania, które kolejno odwiedza Subutex, mówią najwięcej o ludziach, którzy w nich mieszkają. Topografia miasta ustala hierarchię, a ceny idą w setki tysięcy euro.

Kiedy to się właściwie stało? Bohaterowie "Vernona Subuteksa" z całą pewnością nie pamiętają Paryża z czasów "Społeczeństwa spektaklu" Deborda, to raczej pokolenie ich dzieci - czterdziestoparolatkowie, którzy być może jako ostatni załapali się jeszcze na gospodarczą hossę. Do początku XXI wieku jakoś szło, wciąż można było z gońca zostać menagerem. Możliwe były niebywałe kariery. Później cały ten układ się spetryfikował i kto się nie załapał - wypadał z obiegu. Tej struktury nie da się rozbić. Hierarchie zostały ustalone i nie ma już możliwości negocjowania własnej pozycji. I co mają dziś powiedzieć na to prekariusze?

To jednak nie jest łatwa krytyka klasy średniej, ludzi, którzy kiedyś w coś wierzyli, a teraz - kiedy udało im się umościć na drabinie społecznej - nie chodzi im już o nic. Nie, Rubin pokazuje bowiem istniejące hierarchie jako źródło władzy. I przemocy, którą wytwarza klasa posiadająca, by swoją władzę utwierdzić. "Nie ma nic gorszego dla kobiety, niż pójść do łóżka z kimś o klasę niżej" - twierdzi ojciec Marie-Ange Fardin, a jej mąż - właśnie z klasy niższej - z lubością opowiada: "Wyobraź sobie, laska, w której żyłach płynie błękitna krew, ssie mi kutasa, byłem w siódmym niebie". W seksie chodzi więc także o władzę, może nawet o władzę najbardziej, gdy w grę wchodzą rozgrywki klasowe; gdy hierarchie w społeczeństwie są nie do przekroczenia.

Aktorki i aktorzy starannie odtwarzają ten hierarchiczny układ aż do przerwy. Wciągają w świat w gruncie rzeczy obyczajówki. To nie jest teatr Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak; przynajmniej nie takiego mogliby oczekiwać ci, którzy znają ich choćby z "Żon stanu". Być może raczej spełniający oczekiwania wiernych od lat widzów Teatru im. Słowackiego. Teatru z najbardziej chyba mieszczańskimi wnętrzami w Polsce. Historia snującego się po Paryżu Subuteksa wciąga. Dobrze się to ogląda. Gładko. Zbyt gładko. Za łatwo wchodzi się w świat budowanych na scenie hierarchii i uznaje je za swoje. Zbyt łatwo można się przejąć losem eksmitowanego właściciela sklepu "Rewolwer" i kibicować mu w kolejnych próbach znalezienia jakiegoś kąta.

Tym, którzy jednak w to weszli, realizatorzy przygotowali brutalne wybudzenie: nagrania z udziałem bezdomnych z krakowskiego Dworca Głównego. "Nazywam się Vernon Subutex" - zaczynali/ły swoją wypowiedź, dodając, jak długo są na ulicy, by kończyć suflowaną frazą o tym, że za nagranie dostali po sto złotych i udzielają praw do wykorzystania ich wizerunków. Sto złotych! Za tyle teatr kupuje realność, sprowadza do wnętrza złoconej sali wypełnionej przecież raczej przez tych, którym się w życiu jakoś wiedzie, tych, którym się udało wejść w istniejące hierarchie. Albo nie chcieli w nie wchodzić. I co, teraz mamy się przejmować scenicznym Subuteksem? Granym przez - do niedawna - gwiazdę krakowskiego Starego Teatru? Mamy uwierzyć jego spatynowanym w garderobie ciuchom? To przecież ewidentne nadużycie i doskonały dowód na to, jak działają hierarchie, bo chyba o to w tym eksperymencie chodzi. Oto klasa kreatywna wykorzystuje wizerunek klasy niższej. Bo się zgodzili. Za stówę. Właśnie tak to działa. I nie ma tu niewinnych - uwikłani w tę grę władzy są zarówno ci, którzy film zrobili, jak i ci, którzy właśnie go oglądają. Ci pierwsi wprost się do tego przyznają. A że poczucie dyskomfortu mamy wszyscy - doskonale! W końcu kto nie kupił za stówę efektów czyjejś pracy, ze świadomością, że jest to nic innego jak wyzysk?

Subutex ląduje ostatecznie na ulicy. Akcja powieści Virginie Despentes buduje ramy przedstawienia, aktorki i aktorzy mówią tekstem z książki, lecz fabuła jest łamana teatralnymi interwencjami. Zmieniają się akcenty i opowiadana historia, która ciągnęła całą pierwszą część spektaklu, teraz staje się pretekstem dla scenicznych komentarzy. W planie fabuły wszyscy zaczynają szukać Subuteksa, bo okazało się, że kasety mają wartość. Zwłaszcza dla producenta filmowego, Laurenta Dopaleta, który wynajął detektywkę, by je odzyskać.

Dopalet. W sumie jego teatralna postać nie mogła być inna. Producent filmowy, który zamordował gwiazdę porno, który molestuje swoją asystentkę i wiele innych kobiet. Człowiek, który ma władzę i czuje się bezkarny. Seks jest w całym spektaklu osobnym wątkiem, a jedną z bohaterek jest gwiazdą porno, jednak scena z Dopaletem jako Weinsteinem puentuje temat władzy i hierarchii, które są źródłem upokorzeń. Pojawiające się w całym mieście na ścianach napisy "zboczeniec", "gwałciciel", "morderca" czy "Dopalet to skurwysyn" to ujawnienie historii opresji. Dziś w teatrze kojarzyć się to może tylko w jeden sposób. To nie jest silenie się na aktualność, Janiczak i Rubin wyciągają po prostu konsekwencje z opisu porządku społecznego, jaki w swej powieści daje Despentes.

Podobnie jest z dwoma pojawiającymi się w powieści naziolami, których scena w spektaklu została skomentowana nagraniem z 11 listopada pod Stadionem Narodowym w Warszawie. Być może znów trzeba wrócić do dyskusji o klasowych źródłach nacjonalizmu. Czy retoryka godnościowa (nie tylko w Polsce) nie jest także reakcją na przemoc ekonomiczną i retoryczną klas wyższych? Czy znowu wszystko nie rozbija się o utrwalone wcześniej struktury władzy i hierarchie?

Z tej sytuacji nie ma wyjścia. Tym bardziej że żadnej rewolucji nie będzie. W "Vernonie Subuteksie" puenta jest inna niż w "Żonach stanu". Choć diagnoza o sile kobiet pozostaje w mocy, twórcy w powszechną rewolucję chyba już nie wierzą. Wychodzenie na ulicę nie przynosi oczekiwanych efektów. No więc co dalej?

"Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu" - cytat z "Manifestu komunistycznego" pojawia się w zapowiedziach spektaklu. Subutex zostaje szamanem. Burżuazja zamieszkuje w parku. Porzuca system i hierarchie, by żyć poza społeczeństwem. We wspólnocie. Aktorki i aktorzy wychodzą przed teatr, lecz nie po to, by demonstrować, lecz po to, by na skwerze Jacka Woźniakowskiego, przemianowanego na "Rewolwer", w miejscu, gdzie wydawane są posiłki krakowskim bezdomnym, wspólnie z nimi zjeść.

Naiwne? No ba! Brzmi to jak z opowieści o hipisach, którzy też chcieli żyć poza społeczeństwem; stworzyć utopię społeczności bez hierarchii. W "Vernonie Subuteksie" utopia się rozpada, zanim jeszcze ktokolwiek zdąży ją na dobre wyartykułować - można wyjść z teatru razem z aktorkami i aktorami, ale też nikt wcale gorliwie do tego nie zachęca; nie ma mobilizacji, takiej jak w "Żonach". Bo sama myśl o utopii wprawia w zażenowanie. Ale jest też przecież wyrazem kompletnej bezradności nas wszystkich wobec opresyjnej i hierarchicznej struktury społecznej. Sytuacja, w której jesteśmy, jest jednak dość beznadziejna. Nie wiadomo przecież, czy w ogóle jest jakiekolwiek wyjście. Ale chciałoby się, żeby coś się ruszyło. Żeby cokolwiek.

Piotr Morawski
www.dwutygodnik.com
11 stycznia 2018

Książka tygodnia

Polski teatr po upadku komunizmu. Lupa, Warlikowski, Klata
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia