"Zemsta" w tłumaczeniu na język migowy

"Zemsta" - reż. Krzysztof Jasiński - Teatr Polski w Warszawie

W niedzielę 10 marca byliśmy świadkami niezwykłego wydarzenia - na dużej scenie Teatru Polskiego w Warszawie odbyło się przedstawienie w tłumaczeniu na język migowy. Jak powiedział Andrzej Seweryn, dyrektor teatru, był to eksperyment na skalę Polski. I moim zdaniem - udał się znakomicie!

Spektakl na język migowy tłumaczyła Karina Akseńczuk. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak trudno tłumaczyć na żywo taki dramat jak Zemsta, i do tego w tak szalonej inscenizacji. Tłumaczka siedziała przed sceną, akcja dramatu rozgrywała się cały czas za nią, a ona skupiona i zasłuchana przekładała tekst na gesty. Widzowie musieli jednocześnie patrzeć na scenę i "czytać" tłumaczenie. Wymaga to pewnej wprawy - podobnie jak podczas oglądania filmu czy spektaklu z napisami, zwłaszcza jeśli napisy znajdują się pod albo nad ekranem (albo nad sceną, jak bywa w teatrach operowych albo podczas festiwali, kiedy prezentowane są przedstawiania zagraniczne).

Niestety nie mogłam zostać na spotkaniu z twórcami przedstawienia po spektaklu, szkoda, bo wtedy zapewne mogłabym się dowiedzieć czegoś więcej na temat techniki tłumaczenia. W jaki sposób tłumaczy się teksty rymowane? I podawane na żywo, czasem w tak zawrotnym tempie, że ledwo można było nadążyć Jak za pomocą gestów oddać piosenkę?

Na premierę Zemsty 10 marca zostali zaproszeni przedstawiciele organizacji, które zajmują się działaniem na rzecz osób głuchych i współpracą z nimi, między innymi delegaci z Polskiego Związku Głuchych - zarówno Zarządu Głównego, jak i Oddziałów Regionalnych, Instytutu Głuchoniemych, Stowarzyszenia Tłumaczy Polskiego Języka Migowego, licznych fundacji i stowarzyszeń dla osób głuchych, a także wychowankowie wielu ośrodków szkolno-wychowawczych dla głuchych z całej Polski. Na widowni siedzieli więc obok siebie głusi i słyszący (na początku myślałam nawet, że to może ze względu na niedosłyszących ta okropna muzyka na początku przedstawienia jest taka głośnia). Bardzo wzruszająca scena rozegrała się podczas braw: obok burzliwych oklasków części widowni były i "oklaski" głuchych, którzy nie klaszczą, tylko unoszą ręce do góry i kręcą dłońmi. Naprawdę widok był tak niecodzienny, że aż zapierał dech A kiedy jeszcze aktorzy podczas ukłonów odwdzięczali się oklaskami dla słyszących i brawami dla głuchym, niektórym łza zakręciła się oku Fantastyczny pomysł i oby takich więcej w naszych teatrach (można już przecież znaleźć w kilku teatrach spektakle z audiodeskrypcją)!

Wróćmy jednak do samego spektaklu. "Zemsta" Krzysztofa Jasińskiego to szósta sceniczna wersja tej komedii w historii Teatru Polskiego w Warszawie, zrealizowana z okazji 220 rocznicę urodzin autora, "by z dumą odnowić nieprzemijającą żywotność tego dzieła i przypomnieć, że z okien sielskiego dworu Aleksandra Fredry nadal dobrze widać Polskę, a z prawdą o nas jest jak z ogniem: grzeje, ale i palić potrafi zarazem. Pierwsza "Zemsta" w Teatrze Polskim została pokazana w 1919 roku w interpretacji Aleksandra Zelwerowicza. Później reżyserował ją dwa razy Kazimierz Dejmek, a potem Andrzej Łapicki i Jarosław Kilian.

Inscenizacja Krzysztofa Jasińskiego opiera się na aktorach, to ich popisy zawłaszczają rozgrywającą się w szalonym tempie akcję. Daniel Olbrychski jako Cześnik ma w sobie dużo z Kmicica i Azji, bohaterów których grał w adaptacjach Trylogii, jest zapalczywy i pełen wigoru, bardzo przekonujący jako kandydat na męża pięknej i młodej Podstoliny. W rolę wesołej wdowy wcieliła się Joanna Trzepiecińska, stworzyła kobietę emanującą seksapilem, świadomą swoich zalet, próbującą znaleźć sobie jak najlepszą pozycję w świecie zdominowanym przez mężczyzn Pewnie wolałaby młodego Wacława (w tej roli Paweł Krucz, aktor o chłopięcym obliczu, ale kiedy trzeba potrafiący pokazać muskuły), ale musi zadbać o sprawy majątkowe, miota się więc między Cześnikiem a Rejentem. Rejenta (jak w filmie Andrzeja Wajdy) zagrał znakomity w tej roli Andrzej Seweryn - tu w peruczce przypominającej łysiejącego klauna. Reżyser postawił na wydobycie wszystkich żałosnych i tragikomicznych aspektów tej postaci i świetnie się to udało. Zresztą obaj rywale są w inscenizacji Jasińskiego mocno przerysowani, nadęci i przekonani o własnej świetności, przy czym obie postaci budzą sympatię. Widzimy, do czego prowadzi nadymanie się - jeden nieopatrzny ruch i balon pęka Grubą kreską jest również prowadzony Papkin, bohater, który nie potrzebuje, żeby go ośmieszać, bo sam robi to doskonale. Krzysztof Jasiński wybrał na Papkina Jarosława Gajewskiego - i nie mógł trafić lepiej! Gajewski jest najlepszym Papikinem, jakiego można było sobie wymarzyć (niezapomniany Lucky z "Czekając na Godota" w reż. Antoniego Libery czy wytwórca kiełbas Mistrz Karol Adolf z "Nart Ojca Świętego" w reż. Piotra Cieplaka, oba spektakle z Teatru Narodowego w Warszawie). Gajewski w roli Papikina śmieszy, tumani, ale i przestrasza Kto z nas nie bywa takim Papkinem

Zaskoczył mnie w tym przedstawieniu sposób, w jaki Krzysztof Jasiński poprowadził wątek Wacława i Klary (Lidia Sadowa). Wreszcie biedna Klarcia - fant, którym przerzucali się mężczyźni w swoich rozgrywkach majątkowych - pokazała, że może i nie ma praw, ale wie czego chce i mimo niesprzyjających okoliczności poradzi sobie. Wykorzysta wszelkie dostępne możliwości i nie pozwoli sobą powodować. Bardzo podobała mi się Lidia Sadowa w roli Klary - młoda silna kobieta, która zna swoje atuty i "nie zawaha się ich użyć". Podobnie zresztą jak Joanna Trzepiecińska w roli Podstoliny - kobiety Jasińskiego nie są tłem dla postaci mężczyzn! Mam wrażenie, że i pozostali bohaterowie dramatu: Dyndalski (wspaniały Stefan Szmidt), Śmigalski (dawno nie widziany Adam Biedrzycki), Perełka (Antoni Ostrouch) i Mularze (Henryk Łapiński i Bogdan Potocki) mimo że budzący wesołość swoim zachowaniem, zostali pokazani z szacunkiem. Nie bawi nas to, że pełnią funkcje służących, których często pokazuje się jako głupią tępą masę z racji pozycji społecznej. To ważny znak - szacunek dla człowieka, bez względu na jego status czy wykształcenie

Całe przedstawienie jest zresztą pełne różnych znaków, a ich rozszyfrowywanie stanowi dodatkową zaletę "Zemsty". Reżyser zdaje się też mrugać do nas, jakby chciał, żebyśmy spróbowali popatrzeć na siebie z dystansem, na nasze prywatne spory i konflikty, ale także na podziały na poziomie społecznym, religijnym czy politycznym. Zachęca do zabawy i zejścia z koturnów i mównic, pokazuje właściwą perspektywę, choć jednocześnie w finale przyznaje, że do zgody trzeba dobrej woli obu stron, a o to tak strasznie dziś trudno

Podobało mi się to przedstawienie, lżejsze, "młodzieżowe", przypominające trochę telewizyjne czy kabaretowe show, świetnie wpisujące się we współczesny pęd, natłok informacji i potrzebę szokowania. Przy czym na szczęście genialny tekst Fredry nie zgubił się pośród fajerwerków, znakomita Fredrowska fraza brzmiała z całą mocą (również dzięki znakomitym aktorom), choć momentami musiała walczyć z okropną i za głośną muzyką, przypominającą jakiś upiorny przerywnik muzyczny, hałas, jakich coraz więcej wokół nas Brr

Marzena Dobosz
http://teatruglodna.blogspot.com
10 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia