"Zemsta" ze wstępem

"Zemsta" - reż. Mariusz Pilawski - Teatr Mały w Manufakturze

Teatr Mały ratuje honor łódzkich scen w Roku Fredrowskim, wystawiając Zemstę. Inscenizacja Mariusza Pilawskiego odnosi się do narodowej klasyki z należnym szacunkiem, a jednocześnie zaznacza dystans do znanej (prawie) wszystkim historii. Najważniejsze jednak, że nie gubi uroków Fredrowskiej komedii - naturalności wiersza, świetnie nakreślonych postaci, nieśmiertelnych bon motów.

Spektakl w zamierzeniu skierowany do młodzieży gimnazjalnej, powinien też zadowolić bardziej wyrobioną publiczność. Gdyby jeszcze zespół dysponował trochę większą sceną...

Premierowe przedstawienie rozpoczęło się od krótkiego wstępu ze strony reżysera. Mariusz Pilawski mówił m.in. o wozie Tespisa, którym podróżowali pierwsi aktorzy. Jak się okazało, nie był to przypadek. Po zgaszeniu światła i zapaleniu reflektorów zobaczyliśmy ubranych w "cywilne" stroje aktorów, którzy od strony widowni wchodzą na scenę zastawioną starymi kuframi, fotelami, pulpitem ze starymi księgami. Na ścianach wiszą portrety i rodowe herby, dopełniając atmosfery dawności. Czy wędrujący przez kraj i przez historię jego kultury artyści dotarli do starej komnaty w Kamieńcu, czy może do jakiegoś regionalnego muzeum sarmatyzmu? Aktorzy od niechcenia przerzucają karty rozłożonej księgi, odczytując pierwsze słowa Zemsty. Powoli wchodzą w rolę, czego znakiem jest choćby zakładanie szlacheckiego pasa kontuszowego. W końcu pojawia się Papkin i akcja rusza z kopyta.

Trzeba przyznać, że grający Papkina Witold Łuczyński wykonał dobrą robotę (także jako kompozytor muzyki do spektaklu). Jest zabawny w swych przechwałkach, brawurowo operuje zarówno gestem i mimiką, jak i intonacją, ale nie wygłupia się, nie szarżuje. Raczej budzi sympatię niż denerwuje megalomanią. Świetna rola.

Niewiele ustępuje Papkinowi Podstolina, czyli Loretta Cichowicz. Wykreowana przez nią postać dojrzałej świadomie posługuje się swoim urokiem, czasami przeceniając swoje możliwości. Tak jak Papkin o swym męstwie, ona jest przekonana o swym zabójczym sexapilu. Jej amory (tak jak w przypadku Mickiewiczowej Telimeny) mają drugie dno - trzeba się zabezpieczyć na starość, choćby intercyzą. Aktorka przydaje postaci autentycznej zmysłowości, momentami nawet występności. Nie jest to wulgarne, ale sposób, w jaki mówi słowa: Wielki wagi jest interes jegomości, każe się domyślać drugiego dna w jej obecnych relacjach z - nomen omen - Wacławem.

Pilawski ładnie skontrastował tę postać z niewinnością Klary (Ewelina Kudeń-Nowosielska) - urocza scena rozmowy pary młodych, leżących sobie w drewnianej skrzyni niczym w jakimś jacuzzi z epoki i delikatnie dotykających się palcami... stóp. Dobrze jest też rozwiązana rozgrywająca się jedynie w warstwie dźwiękowej scena bójki przy murze i przesłuchiwanie podpitych murarzy - tu znakomity Marek Kołaczkowski (grający także Dyndalskiego). Przesłuchujący robotników cyniczny Rejent grany jest przez Marka Lipskiego trochę jak Tartuffe Moliera, zaś Cześnik Igora Polaka to kreacja oparta na dobrej technice, niczym jednak nie zaskakująca. Generalnie aktorstwo pozostaje na dobrym poziomie, za szczególnie cenną wypada uznać umiejętność wypowiadania wierszowanych fraz Fredry w sposób naturalny. Piękno wiersza hrabiego Aleksandra udało się autorom uwypuklić, rzadka to umiejętność w teatrze multimedialnych projekcji.

Trochę zabrakło mi puenty nawiązującej do początku przedstawienia. Czy wyczytany z księgi morał o zgodzie będzie aktualny, gdy aktorzy wyjdą z roli? Czy mury runą, czy zostaną odbudowane?

Piotr Grobliński
www.reymont.pl
26 września 2013

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia