Zgiełk panuje na szczytach

"Himalaje" - reż. Robert Talarczyk - Teatr Śląski w Katowicach

Himalaje w reżyserii Roberta Talarczyka, opowieść o życiu i śmierci Jerzego Kukuczki, to spektakl bez intymności. Cisza i bycie sam na sam z sobą, to, co himalaiści odnajdują gdzieś na stokach ośmiotysięczników, ustępuje tu przed naporem scenicznych obrazów, harmiderem słów i tłumem postaci w wiecznym ruchu. Ponoć zdarza się dziś, gdy technologia tak bardzo się rozwinęła, że na Mount Everest stoi się w kolejce. Miałem wrażenie, że jeden z krańców tej kolejki rozgrzewał się na scenie Teatru Śląskiego.

Bo Robert Talarczyk opowiedział w pierwszej kolejności o masowym i medialnym wyobrażeniu na temat Jerzego Kukuczki. Nie przez przypadek jedną z głównych postaci staje się Dziennikarka (Barbara Lubos), dręcząca kolejnych rozmówców nachalnością swoich pytań i walcząca o naszą uwagę zastanawiającą gimnastyką ruchów i mimiki. To przez relacje takich jak ona poznajemy historie samotnych zdobywców gór. Co z tych historii się ostaje w kontakcie z prawami mediów? Co jest choćby cieniem prawdy o szczytach, a co wymysłem poszukujących inności i zrozumiałego dramatyzmu dziennikarzy? Spektakl nie odcina się od tych medialnych wyobrażeń, ale też bierze je w duży nawias, jakby przyznając, że ten temat górskiej pasji przekracza wyobrażenia śmiertelników i potrzebuje jakieś zewnętrznej ramy do opowiadania.

Tą ramą staje się tu widowisko światło-dźwięk, które na scenie Śląskiego ożywia się i dogasza. Przyspiesza i hamuje. Wśród monumentalnych projekcji (raz ekrany sypią śniegiem, raz śnieżą abstrakcją) w rytm miksowanych na żywo taktów porusza się ponad dwadzieścia postaci, mnożąc kroki, zginając plecy i wykręcając karki. Kwestie swoich bohaterów mówią jakby w przelocie, jakby przystawanie było niebezpieczne.

I udaje się w ten sposób ukazać wyjątkowość samego Kukuczki (Dariusz Chojnacki), który – wyłączony z tej nieustannej cyrkulacji – zdaje się przyglądać otaczającemu go światu z boku. „Pamiętaj, każdy jest skądś!" – słyszy w jednej ze scen. „Tylko skąd ja jestem?" – odpowiada.

A to dlatego, że choć dramat przypomina z dumą, iż Kukuczka był dzieckiem Śląska, to jednak więcej uwagi poświęca się tu właśnie wyobcowaniu legendarnego himalaisty. Szybko orientujemy się, że największa medialna wrzawa wokół jego osoby wybuchła po katastroficznej śmierci (i to, co oglądamy na scenie, to najpewniej stypa po jego wypadku). Wcześniej był nieustannie w tle: czy to „bardziej medialnych" kajakarzy na telewizyjnym balu mistrzów sportu, czy – przede wszystkim – Reinholda Messnera, tego, który zdobył komplet ośmiotysięczników jako pierwszy. Co z tego, że Kukuczka wdrapał się na te same góry w krótszym okresie? Wdrapał się jako drugi.

I właśnie chęć, by raz wreszcie zdobyć złoto, nie srebro, pchnęła go – jak uważają autorzy dramatu – do wyprawy na południową ścianę na Lhotse. Naprędce organizowana ekspedycja skończy się – wiemy – tragicznie. Ale Talarczyk odsunie sam moment tragedii (nawet jeśli już w pierwszych chwilach spektaklu usłyszymy, że „pękła lina, lina drugiego sortu"). Dużo uwagi i wiele minut poświęci wpierw scenie halucynacji z braku tlenu: z majaków wyobraźni nawiedzających na wysokości siedmiu tysięcy metrów nie wyrwie Kukuczki nawet śląska mowa, jakkolwiek racjonalnie i przyziemnie by tam brzmiała.

Zadziwia w tym spektaklu, że ani na chwilę nie zostajemy z Kukuczką sam na sam. Że nie ma ciszy, że nie ma spokoju. Miałem wrażenie, że Pałyga napisał kameralny dramat, rozpisany na monologi i dwójkowe sceny, ale że nakazano go grać symfonicznie najsymfoniczniejszej z orkiestr. Efekt z tego jest wcale nieoczywisty, tym bardziej że zamierzenie realizuje się z konsekwencją i determinacją. Nie zmienia to jednak faktu, że świat Kukuczki, jak był niedostępny, takim też pozostał. Estetyzujący klucz, dzięki któremu scenę zalewają potoki lumenów projekcji, oddala nas od gór i tych, którzy po nich chodzili w czasach Kukuczki, a nie przybliża. Co uzyskuje się w zamian? Imponujące widowisko o operowym zadęciu oraz o strukturze, tonacji i dramaturgii które – już po spektaklu – przypomniały mi inną apoteozę gór, także związaną ze Śląskiem – Kościelec 1909 Wojciecha Kilara. Utwór napisany w hołdzie Karłowiczowi, ofierze lawiny w Tatrach, to też taka narastająca fala mollowych tonacji i coraz głośniejszego lamentu dysharmonii.

To też dzieło przejmujące i tworzone w górnym rejestrze emocji. Słuchane dziś emanuje tym samym zimnem, co Himalaje.

Piotr Olkusz
teatralny.pl
4 czerwca 2018
Portrety
Robert Talarczyk

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia