Zielono, niebiesko

„Ginczanka. Przepis na prostotę życia" Piotra Rowickiego, reżyseria Anna Gryszkówna, Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Skomplikowany jest pandemiczny żywot niektórych spektakli. Pojawiają się na chwilę na żywo, potem znikają na długo, wreszcie wracają online, co na szczęście nie zawsze przerywa ich sceniczny żywot. W tak sposób po długim czasie zobaczyłem wreszcie „Ginczankę" z krakowskiej Łaźni Nowej i doznałem bez mała olśnienia. Bo wydawało mi się, że sporo wiem o aktorskich możliwościach Agnieszki Przepiórskiej. Tymczasem okazało się, że wcale jej nie znałem.

Przez wiele lat Agnieszka Przepiórska była ni mniej ni więcej tylko aktorką wędrowną. Na początku swej drogi na chwilę pojawiła się na alternatywnej scenie w Sopocie, na nieco dłużej zakotwiczyła w Wałbrzychu, a potem już jeździła jak Polska długa i szeroka od Bielska Białej po Koszalin, grając przede wszystkim w przedstawieniach Piotra Ratajczaka. Popularność przyniósł jej Pożar w Burdelu, gdzie grała prezydent miasta HGW, a który pączkował w różne poboczne projekty, by wymienić tylko koncerty Żelaznych Wagin, po czym niestety wyzionął ducha. Przepiórska musiała odnaleźć się na nowo, co doprowadziło ją do Krakowa, dokładniej zaś do zespołu Teatru Słowackiego, gdzie jest dzisiaj na etacie. Wcześniej jednak zdarzyła się „Ginczanka" i wyznaczyła zupełnie nowy pułap możliwości aktorki.

Każdy, kto śledził Przepiórską, tym sukcesem nie powinien jednak być zaskoczony. Teatr jednej aktorki był bowiem zawsze jednym z najważniejszych pól jej działania, dwa wyreżyserowane przez Ratajczaka monodramy „I będą święta" oraz „Tata nie wraca", przygotowane w warszawskim Teatrze Konsekwentnym, zagrała wielokrotnie w całym kraju. Pokazała w nich, że doskonale czuje nerw współczesnej kobiety na skraju załamania, że znakomicie żongluje emocjami widowni, mając ją w ręku, zawsze po swojej stronie. Musiała wreszcie znaleźć nić porozumienia z dramaturgiem Piotrem Rowickim, bo jego słowa wypowiadała jak własne.

„Ginczanka. Przepis na prostotę" podpisało dwie trzecie dotychczasowego tercetu, bo Piotra Ratajczaka zastąpiła w roli reżysera Anna Gryszkówna. Bardzo cenię prace Ratajczaka, ale w tym przypadku to dobra zmiana. Zwykle mam za nic hasła w stylu „teatr kobiecy", dzielę sztukę jedynie na dobrą i złą. Wydaje się jednak, że akurat ta bohaterka – przedwcześnie dojrzała dziewczyna, poetka, która nade wszystko chciała żyć pełnią życia – stała się lepiej widoczna, gdy spojrzały na nią dwie kobiety.

Zuzanna Polina Gincburg żyła pomiędzy. Była córką rosyjskich Żydów, braną za Cygankę, czuła się Polką i nade wszystko właśnie Polką chciała być. Wychowana przez babcię w Równem robiła za anioła na wystawie prowadzonego przez nią składu aptecznego, była adorowana przez Józefa Łobodowskiego, którego jednak odrzuciła, decydując się na wyjazd do Warszawy, zachęcona dobrym odbiorem jej wierszy przez samego Juliana Tuwima. Uchodziła potem za jego protegowaną, bywając w Małej Ziemiańskiej poznała ówczesne środowisko literackie, ciesząc się między innymi zainteresowaniem Witolda Gombrowicza. Badacze powtarzają, że przez tamten światek była jednak odbierana przedmiotowo, stanowiła błyskotkę, trofeum dla zdobywcy. Ginie w tym obraz kobiety, chcącej pisać i żyć na własnych zasadach. Z wielkim powodzeniem przywraca go spektakl Gryszkówny i Przepiórskiej.

Aktorka nie próbuje upodabniać się do swej bohaterki, pojawia się na scenie w przedwojennym tenisowym stroju, z rakietą i niewielką walizką w rękach. To będą jej jedyne rekwizyty, cały monodram granych jest bowiem bez dodatkowych „podpórek". Upięte jasne włosy, równie jasne spojrzenie, chociaż – jak mówi Zuzanna Przepiórskiej – jedno oko ma zielone, drugie niebieskie. W jednym jest radość, w drugim smutek – jednocześnie. Tak właśnie biegnie krakowskie przedstawienie, dzięki świetnemu aktorstwu uciekając co chwila w przeciwstawne nastroje.

Początek z odgrywaniem dziecięcych zabaw i babcinych komend jest niemal komediowy. Potem przychodzi fantastycznie oddane przez aktorkę zachłyśnięcie życiem i Warszawą. Do tego imperatyw pisania, w mgnieniu oka stającego się życiowym przeznaczeniem. Słyszymy kilka wierszy Ginczanki, a daleka od śladu egzaltacji interpretacja Przepiórskiej, mówiącej tak, jakby poezja była w krwioobiegu bohaterki, sprawia, że chcemy sięgnąć po więcej. To zresztą jeden z atutów spektaklu z Łaźni Nowej – można go uznać za początek znajomości z Zuzanną Poliną Gincburg, potem rozwijać ją już we własnym zakresie.

Z czasem tonacja widowiska szarzeje, aby przejść w czerń, lecz nigdy się z nią do końca nie stopić. Ginczanka została rozstrzelana w wieku 27 lat, była więc ciągle młodą dziewczyną. I taka pozostaje bohaterka Agnieszki Przepiórskiej – jest kobietą, której koleje życia, a potem wojna każą przedwcześnie dorosnąć. Ginczanka z Łaźni Nowej długo ma w sobie jasność wiary w świat, przeciw wszystkim i wbrew wszystkiemu. Potem nabiera twardości, dojrzewa do oporu, czego efektem może stać się największe poświęcenie. W ostatnich scenach Przepiórska nawet przez moment nie udając Ginczanki niemalże stapia się z nią, płacze na scenie jej łzami.

„Przepis na prostotę życia" utrzymany jest więc między zwyczajnością a poezją. Od Agnieszki Przepiórskiej nie sposób oderwać wzroku, Anna Gryszkówna robi wszystko, by nie odwracać od niej uwagi, reżyseria nadaje kształt przedstawieniu, ale jest absolutnie służebna wobec aktorstwa. Przepiórska zaś gra – przynajmniej do tej pory – rolę życia. Z uśmiechem i ze łzami. Z jednym zielonym, drugim niebieskim okiem.

Jacek Wakar
Dziennik Teatralny
11 czerwca 2021
Portrety
Anna Gryszkówna

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...