Zimna kawa

„Koszt życia" - reż. Grzegorz Chrapkiewicz - Gdyńskie Centrum Kultury

„Koszt życia" nie jest spektaklem o niepełnosprawnych. To spektakl o ludziach, którym trudno się porozumieć i którzy pogrążają się w swojej samotności, rozgoryczeniu i bezradności. Niepełnosprawność jest tylko jednym z ograniczeń, z którymi wszyscy musimy się zmagać.

Tekst polsko-amerykańskiej autorki Martyny Majok zatytułowany – w polskim przekładzie Szymona Wróblewskiego – „Koszt życia" i nagrodzony w 2018 roku nagrodą Pulitzera jest obecnie wystawiany w Polsce w Teatrze Śląskim w Katowicach i na scenie Gdyńskiego Centrum Kultury. Trójmiejski spektakl wyreżyserowany przez Grzegorza Chrapkiewicza miał swoją oficjalną premierę 4 października.

„Koszt życia" opowiada dwie równoległe historie, które splatają się dopiero w ostatniej scenie. Każda z dwóch opowieści dotyczy osobnego duetu. Pierwszy z nich tworzą Eddie (Gracjan Kielar), czyli kierowca ciężarówki, który stracił swoją pracę, bo pijany wsiadł za kółko oraz jego była żona Ani (Aleksandra Derda-Kupper), prawie zupełnie sparaliżowana po wypadku samochodowym. Drugi duet kreują Karolina Bacia (Jess) i Konrad Michalak (John). Jess to młoda kobieta, córka emigrantki, haruje po nocach w barze, chwyta się każdej pracy, dlatego też trafia do Johna, który jest zamożnym absolwentem Harvardu cierpiącym na porażenie mózgowe i szuka kogoś do opieki.

Cały spektakl zbudowany jest na pewnej symetrii. Najbardziej widoczne jest to w samej konstrukcji przedstawienia: dwie historie dwóch par, które opowiadane są na przemian, niejako symultanicznie. Oba duety tworzą osoba cierpiąca na niepełnosprawność (Ani, John) i osoba zmagająca się z trudnościami finansowymi (Jess i Eddie). W obu przypadkach widoczny jest wyraźny dystans między postaciami, który stopniowo się zmniejsza, ale nie zostaje pokonany. Dodatkowo w obu przypadkach pojawia się – niewprowadzona co prawda na scenę, ale obecna w wypowiedziach – trzecia postać, która jest powodem nieoczywistej zazdrości.

Pierwsza i ostatni scena stanowią przemyślaną klamrę kompozycyjną całego spektaklu. Na samym początku Eddie sączy drinka i obiecuje postawić go również temu, kto wysłucha jego „nudnego pierdolenia". Można to odczytać jako przewrotne odwołanie do dzieł antycznych, w których autor przed rozpoczęciem właściwej akcji dramatu przepraszał widzów za niedoskonałości swojego ułomnego dzieła. Ostatnia scena zaś łączy losy dwóch duetów biegnące, aż do ostatniego momentu oddzielnie. Wygląda ta scena następująco: do mieszkania Eddiego przychodzi Jess, żeby się ogrzać, ponieważ, jak się okazuje, jest bezdomna i śpi w samochodzie. Następuje kruche porozumienie między tymi borykającymi się z poważnymi problemami postaciami, ale jest to porozumienie pełne nieufności, strachu i wycofania. Proponują sobie zimną kawę i zimną pizzę – w gdyńskim spektaklu brak ciepła nie jest tylko metaforą, ale nabiera konkretnego i banalnego wyrazu.

„Koszt życia" przedstawia prozaiczny świat, pozbawiony patosu, efektywnego bohaterstwa i wielkich słów. Postacie mówią językiem prostym, często wulgarnym, pełnym złości. Lecz wszędobylska szarość i smutek przełamane są światłocieniem ostrego żartu, gorzkiego humoru, bezsilnego śmiechu. Trudna sztuka balansowania na granicy wyciskacza łez i nietrafionego żartu jest prowadzona z dużą zwinnością i wdziękiem. To wyważenie i zarysowanie w wyraźnym szkicu szarej codzienności jest dla mnie największa zaletą tego spektaklu.

Koszt życia to pojęcie wywodzące się z ekonomii (zdaje się, że tytuł oryginalny „Cost of living" wskazuje na ten kontekst bardziej wyraźnie niż polski przekład), a oznaczające wysokość niezbędnych wydatków na zapewnienie podstawowych potrzeby w danym mieście, regionie, czy kraju. Czym staje się ta kategoria wobec bohaterów gdyńskiego spektaklu? Do dwóch z nich to pojęcie można zastosować w jego podstawowym znaczeniu ekonomicznym: ich problemy z zaspokojeniem swoich fundamentalnych potrzeb – takich jak potrzeba bezpieczeństwa, odpoczynku, czy mieszkania – stają się fundamentalnym czynnikiem wpływającym na ich wybory. Dla pozostałych dwóch postaci, postaci zmagających się z niepełnosprawnością, to koszt trudniejszy do jednoznacznego określenia. Może to trud z jakim muszą sobie poradzić w codziennym życiu pozbawieni części swojej niezależności i zmuszeniu do korzystania z pomocy innych...

Gra aktorska w gdyńskim spektaklu wypada dobrze, choć może braknie jej czasami pewnego błysku i zadziorności. Przekonująco gra Gracjan Kielar postać wcale niejednoznaczną. Natomiast Karolina Bacia chociaż na scenie wygląda świetnie, to trudno dopatrzeć się w niej zmęczenia i przepracowania, jakie mogłoby towarzyszyć postaci przez nią granej. Można wysunąć kilka takich drobnych uwag, ale całość zagrana jest bez zgrzytu. Ani i John nie zostali przedstawieni jako osoby wyidealizowane w swoim bólu. Nie są zrezygnowanymi jednostkami pozbawionymi pragnień i złości – w „Koszcie życia" wszyscy bohaterowie mają rys prozaicznego i nudnego heroizmu, rozgoryczenia, potrzeby bliskości i strachu.

Michał Cierzniak
Dziennik Teatralny Trójmiasto
11 października 2019

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia