"Złodzieje" na karuzeli

"Złodzieje" - reż. Monika Dobrowlańska - Teatr Polski w Poznaniu

Najnowszy dramat Dei Loher "Złodzieje" opiera się na technice szopkowej. Bohaterowie pojawiają się najczęściej parami, mówią swoje kwestie i znikają na karuzeli życia, marzeń, zdarzeń

Loher fragmentarycznie pokazuje losy kilku bohaterów, które mogą, ale nie muszą się splatać. Nie są to bywalcy pierwszych stron gazet, tylko zwykli ludzie: policjant i sprzedawczyni z ambicjami, małżeństwo Schmitt żyjące swoim życiem, dziewczyna w ciąży, która nie ma ochoty na dalsze życie z ojcem dziecka, chociaż nie zna własnego, mieszkaniec domu starców wyglądający córki i syna, kobieta, która zgłasza zaginięcie męża po 43 latach od zdarzenia (wyszedł z pokoju hotelowego). Pod koniec sztuki Ira (to właśnie ta kobieta) stwierdza: "Ludzie, którzy tak jak ja żyją, jakby nie żyli. Którzy przekradają się przez swoje własne życie, ostrożnie i nieśmiało, jak gdyby nigdy nic z niego nie należało do nich, jak gdyby nie mieli prawa w nim przebywać. Jak gdyby byli złodziejami".

Te słowa opisują sytuację wszystkich bohaterów dramatu. Każdy z nich gdzieś się zagubił, stracił wektor swojego życia... Zachowuje się tak, jakby mu przestało zależeć na wspólnym życiu z drugim człowiekiem. Niestety, żadna z tych historii nie ma dobrego zakończenia. Niestety, tej przenikliwej obserwacji Iry nie widzimy w inscenizacji Moniki Dobrowlańskiej.

Reżyserka nie próbuje rozwiązać zagadek kryjących się między bohaterami, rozwikłać co to znaczy, że żyją jak złodzieje. Z uporem za to próbuje pokazać ludzką wersję idei Tomasonów zdefiniowaną przez japońskiego artystę Genepi Akasegawę jako "element architektury, który z upływem czasu stał się zupełnie bezużyteczny, ale poprzez ciągłą obecność przypomina, do czego służył". Umieszcza ich historie na karuzeli (oczywiście nieskończonej albo już okaleczonej), z której zdarzenia wypadają i nie składają się jak puzzle życia..., chociaż aż się o to proszą. Nie wiedzieć czemu, muzyka grana na żywo, trochę pozytywkowa, harmonizująca z jednej strony z karuzelą, z drugiej - drażniąca, zostaje co jakiś czas przerwana przebojami pop-rockowymi.

Aktorzy nie bardzo wiedzą, kim są: bohaterami na karuzeli życia, ludźmi na zakręcie, zatruwającymi sobie nawzajem życie, czy nośnikami udziwnionej idei. Robią, co mogą, ale im się nie udaje. Nie rozumiem, dlaczego Anna Sandowicz (Linda) rozbiera się w finale? Rozmyła się zupełnie para Tomasz i Monika Tomasonowie (Ewa Szumska i Jakub Papuga). Obronili się jedynie Schmittowie: Teresa Kwiatkowska i Wojciech Kalwat. Przejmującą, a przy tym bardzo śmieszną rolę stworzyła Teresa Kwiatkowska również jako Ira. Gdyby reżyserka znalazła wspólny mianownik dla swoich bohaterów, spektakl byłby całkiem interesujący, a na pewno głębszy. Tymczasem "Złodzieje" po prostu nużą.

Stefan Drajewski
Polska Głos Wielkopolski
15 grudnia 2010

Książka tygodnia

Wybór poezji
Wydawnictwo Ossolineum
Zbigniew Herbert

Trailer tygodnia

5. Międzynarodowy Fest...
Adolf Weltschek
W tegorocznym programie znalazło się ...