Złote dzieci i Krzysztof Tyniec

"Niech no tylko zakwitną jabłonie" - reż. Kościelniak Wojciech - Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie

Ten tekst powinien może nosić podtytuł "Teatralne Rewolucje Wojciecha Kościelniaka". To druga premiera tego twórcy w Warszawie, która pojawia się w zapomnianym przez młodego widza teatrze i otwiera w nim okna, by wpuścić trochę świeżego powietrza.

Najpierw był spektakl "Hallo Szpicbródka" w Syrenie, a od tygodnia Ateneum pokazuje "Niech no tylko zakwitną jabłonie". Nie jestem stałym gościem sceny przy ulicy Jaracza, tak jak nie bywałem często na Litewskiej, jedna jaskółka wszak wiosny nie czyni, ale i tak jestem dobrej myśli.

Spektakl - na wyrost nazywany przez dział literacki Ateneum musicalem - jest raczej rewią piosenek. Agnieszka Osiecka - tu nie autorka tekstów, a scenarzystka - złożyła je w zgrabną całość i poprzeplatała skeczami. Co ważne - w tym zestawie znalazły się zupełnie zapomniane niegdysiejsze szlagiery, a nie tylko oklepane piosenki umieszczane przy okazji innych przedstawień wspominających czasy tuż przed wojną i po niej. Prapremiera odbyła się na scenie Ateneum blisko 50 lat temu. W wersji oryginalnej Osiecka rozpisała sztukę na dwa akty: pierwszy wypełniają utwory przedwojenne, drugi - muzyczne świadectwa z lat tuż po wojnie i czasów rodzącego się socjalizmu. Kościelniak na szczęście mocno tekst okroił i zredukował obsadę do siódemki, w większości młodych, aktorów. Przykuwająca uwagę Olga Sarzyńska jako na wskroś współczesna Rebeka śpiewa szlagier o niespełnionej miłości jak numer z talent show. Błyszczy Joanna Kulig w monologu Mimi złożonym z prasowych sensacji. Zapowiadane przez Antreprenera (Krzysztof Tyniec) w pierwszej części obrazki z wiejskich potańcówek, sceny z filmów, kabaretowe skecze w drugiej ustępują miejsca propagandowym szlagierom, przy których szybciej kładło się cegły i pracowało przy taśmie.

Drugi akt to odbudowa i zapewnianie siebie nawzajem, że jest dobrze. Wówczas piosenki te odbierane były pewnie bardziej jako wyraz radości z końca wojny i namiastki dobrobytu a może tylko jego mirażu. Ale piosenka z promiennym tekstem "Na prawo most, na lewo most" w spektaklu Kościelniaka zaśpiewana jest całkowicie "wbrew warunkom". Wojciech Michalak śpiewa ją trzęsąc się ze strachu. Szkoda tylko, że bliżej mu do aktorskiego gagu niż do czegoś przejmującego. W tle pozostali bohaterowie przedstawienia uwieszeni na uchwytach przy poręczach tramwaju przypominają ofiary stalinowskich rozrachunków wieszane za niesubordynację wobec systemu. Podobny choć mniej bolesny dysonans - niemożliwy do pokazania 50 i 30 lat temu w kolejnej warszawskiej premierze "Jabłoni" - towarzyszy miksowi piosenek bikiniarza (w tej roli "nestor" Tyniec) zdeptanego przez chór zetempowców beztrosko śpiewający "Szła dzieweczka do laseczka".

Jak to często u Kościelniaka bywa, zegarmistrzowska precyzja jest motorem napędowym przedstawienia. Nawet jeśli ekspresowe tempo nieco zwalnia, to stanowi dobry kontrapunkt dla kolejnej galopady i ani na chwilę nie usypia czujności widzów. Przed ponad rokiem niemal identyczny spektakl Kościelniak przygotował ze studentami krakowskiej PWST. To nie autoplagiat. Jesteśmy raczej świadkami narodzin formatu w polskim teatrze muzycznym. Dyplom wydziału wokalno-aktorskiego, w co może trudno uwierzyć, przebijał tempem nawet warszawski spektakl, a piosenki "studenckie" wykonywane były o oczko lepiej niż przez niedużo, ale jednak starszych kolegów z zawodowego teatru. Ci drudzy lepsi są w etiudach aktorskich, choć muszą popracować jeszcze nad dykcją w piosenkach. Trochę się obawiam, aby bez czujnego i surowego oka reżysera i przy zapowiadającym się sukcesie frekwencyjnym przedstawienia nie dali się ponieść i nie rozluźnili ryzów przedstawienia.

Marcin Zawada
teatrmuzyczny.blog.com
25 kwietnia 2014

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...