Zły dotyk wyobraźni

„Palce Chopina, stopy Marysi" - reż. Michał Łukowicz - Teatr Młody w Katowicach

Dłoniom daleko jest do stóp, a wyobrażeniom do oryginału. Co może wyniknąć ze zderzenia nieatrakcyjnie śmiesznych dłoni i najseksowniejszych stóp Internetu? A co ze spotkania nas samych z wyobrażeniem o tym, jacy chcielibyśmy być?

Autorski spektakl Teatru Młodego nie odpowiada jednoznacznie na żadne z powyższych pytań, skupia się natomiast na zobrazowaniu tego niecodziennego spotkania. Autor tekstu i reżyser Michał Łukowicz przenosi nas na komisariat policji, gdzie w oczekiwaniu na możliwość zgłoszenia przestępstwa, pewien chłopak i dziewczyna opowiadają nam o swoich tęsknotach i obawach, zawzięcie milcząc do siebie nawzajem.

Teatr Młody, zgodnie z sugestią w nazwie, jest teatrem młodym zarówno jeśli chodzi o zespół, jak i staż na kulturalnym rynku Katowic. Powstał w 2018 roku, zyskując swoją scenę dzięki akcji „lokal na kulturę", warto więc wspomnieć o otoczeniu przedstawienia „Palce Chopina, stopy Marysi".

Twórcy tego teatru udowadniają, że ukryte za bramami, kamieniczne przestrzenie centrum miasta nadają się nie tylko na punkty ksero i zakłady naprawy obuwia. W tej przestrzeni z powodzeniem odnajduje się również elitarny, bo mieszczący na swej widowni niewiele ponad 30 widzów, teatr. Zarówno wielkość (albo raczej brak wielkości) teatru oraz, co za tym idzie, konieczność zbliżenia aktora z odbiorcą, jak i charakter przestrzeni, dają szansę bardzo klimatycznego spotkania widza ze sztuką.

Z przepisową szarością śląskiej kamienicy kontrastuje różowy kolor plakatu, który od razu przykuwa uwagę. Na tym tle znajdują się spięte kajdankami z czerwonym futerkiem noga i ręka bezczelnie nawiązujące do obrazu Stworzenie Adama, co niezwykle zachęciło mnie do zobaczenia spektaklu.
Uboga scenografia stosunkowo realistycznie oddająca scenerię komisariatu na tej bardzo małej przestrzeni kojarzy się ze sceną kabaretową i w takiej właśnie konwencji najchętniej oglądałabym to przedstawienie. Na scenie jest tylko to, co niezbędne do poprowadzenia historii. Tak samo każdą występującą postać można by nazwać głównym bohaterem. Nie znajdziemy tu pobocznych postaci ani wątków, za to przedstawioną problematykę można uznać za obszerną.

Wchodząc na widownię można zobaczyć aktorów już siedzących na swoich miejscach. Aktor odgrywający rolę Jasia, Michał Ciołek, rozgląda się po widowni z miną wyrażającą znudzenie i zblazowanie. Założyłam, że wczuł się już w swoją rolę, toteż zdziwiłam się niezmiernie, gdy od początku do końca spektaklu konsekwentnie i wiarygodnie odgrywał postać niepewnego siebie i niepokojąco nieśmiałego chłopaka, nieporadnie poszukującego tej drugiej, bliskiej osoby, płci zdecydowanie przeciwnej.

Ubrany w koszulę i niedopasowane spodnie z rozpiętym rozporkiem i rozwiązanym sznurowadłem w trampkach, grzecznie siedzący i milczący ze skrępowaniem 24-letni Jaś, skutecznie pozwala nam się już od pierwszej chwili zaszufladkować do kategorii ludzi nieporadnych społecznie, z której nie wyprowadza nas przez całe przedstawienie, gdyż panicznie boi się interakcji z drugim człowiekiem, a szczególnym lękiem napawa go perspektywa kontaktu z płcią przeciwną. Lekarstwem na niepewność siebie i samotność ma się stać kurs uwodzenia, na który zapisuje się przy wsparciu swojego alter ego, w mojej opinii, zupełnie niesłusznie nazywanego lepszą wersją bohatera.

Johny, irytująco zmanierowane alter ego Jasia, odgrywane przez Jakuba Steifferta, niby męsko miota się po scenie nieestetycznie pochrząkując i krzycząc każdą kończyną swojego ciała, jaki to jest wyluzowany i „fajny". Obraża swój istniejący w rzeczywistości odpowiednik i bez przerwy mówi Jasiowi, co ma robić, żeby poderwać dziewczynę. Nie trzeba dodawać, że jest to ten typ rad, jakie daje nieumiejący stworzyć żadnego trwałego związku, mylnie przekonany, że zna się na kobietach, nie najwyższej jakości podrywacz swojemu koledze, którego uważa za niemęskiego.

Marysia (Nicoletta Dragon) również przechodzi przez życie wraz ze swoją alternatywną wersją, z którą konsultuje wszystkie decyzje. Niewiele różniąca się od Marysi Mary (Kamila Żymła), ma w swojej postawie coś z ikony kolorowych czasopism. Właściwie mogłaby być personifikacją pisma typu Cosmopolitan. Obie występują w szlafrokach i japonkach, przy czym Mary jest pomalowana a Marysia nie. Poza tym Marysia otulona jest kocem. Strój ten związany jest z tym, że, w przypływie nagłych emocji, wygenerowanych wyczytanym w czasopiśmie stwierdzeniem „raz kozie śmierć", bohaterka wybiegła w środku nocy z domu i od tego czasu tak się błąka, nie do końca rozumiejąc własną motywację.

Przyglądając się ich tzw. „lepszym wersjom" można stwierdzić, że bohaterowie marzą o tym, żeby być pewni siebie, łatwi i bezproblemowi. Najwidoczniej tak, na podstawie wiedzy wyciągniętej z obserwacji świata, Internetu i kolorowych czasopism, postrzegają ludzi uważanych za atrakcyjnych.

Pomimo stabilizacji życiowej związanej z posiadaniem dobrego wykształcenia i pracy w przypadku Jasia oraz świadomości własnej atrakcyjności fizycznej, potwierdzanej dużą liczbą wyświetleń i polubień i komentarzy jej filmików, w przypadku Marysi, obydwoje mają silne problemy z pewnością siebie i przekonaniem o własnej wartości na rynku matrymonialnym. Oboje zaś bardzo potrzebują bliskości.

Wszyscy bohaterowie są nieco przerysowani i sprawiają wrażenie raczej typów postaci niż ludzi z krwi i kości, z którymi moglibyśmy się utożsamiać. Mimo to, problemy, które mają są jak najbardziej rzeczywiste i wiarygodne, tak samo jak ich reakcje i stany emocjonalne, w przeciwieństwie do głównej osi fabularnej, która doprowadziła do spotkania bohaterów na komisariacie.

Logika głównego zdarzenia, które sprowadziło tych dwoje na komisariat, jest nieprawdopodobna. Nie potrafię przez to stwierdzić, czy całość stanowi raczej utwór komediowo-kabaretowy, próbę stworzenia absurdalnego utworu w realistycznej obudowie, czy też jest to realistyczno-dramatyczny utwór, którego pomysł nie został najlepiej dramaturgicznie przemyślany. Uznałabym go za absurdalnie zabawny, jednak obawiam się, że zarówno osoby, które doświadczyły w życiu molestowania seksualnego, jak i te, które ktokolwiek o nie w życiu niesłusznie posądzał, mogą czuć się oburzone tym, w jaki sposób przedstawiono tutaj motyw „gwałtu", a właściwie, że zupełnie bezpodstawnie użyto tego słowa.

Bohaterowie, zgłaszając sprawę, nie mają wątpliwości, że tym co się wydarzyło, był gwałt, podczas gdy w rzeczywistości mamy do czynienia jedynie z przekroczeniem strefy intymnej drugiego człowieka. W dodatku nie ma tu mowy o braku przyzwolenia na tę bliskość.

W oderwaniu od rzeczywistości motyw ten jest oczywiście zabawny, pozwala na absurdalne spotkanie bohaterów i zawiązanie akcji oraz w oryginalny sposób pokazuje samotność i niezmienną potrzebę fizycznej bliskości w świecie komunikacji na odległość i kas samoobsługowych, w którym wydaje się, że jako ludzie możemy być już niemal całkowicie niezależni od bezpośredniej interakcji z drugim człowiekiem.

Bardzo oryginalnym motywem, który zyskał moje uznanie, jest nawiązanie relacji wytworów wyobraźni Marysi i Jasia. Aż zachęca do zadawania sobie pobocznych, metafizycznych pytań, typu, czy nasza wyobraźnia może spotkać się z cudzą. Czy cudze myśli mogą dotknąć naszych? Wyobraźnia Marysi i Jasia była zdecydowanie bezpośrednia.

Natomiast profesjonalizm policjanta (granego przez Alana Turka) mógłby konkurować z profesjonalizmem najdzielniejszych zjadaczy pączków znanych z amerykańskich komedii. Zaczynając od kostiumu – t-shirt z napisem policja i czapka z daszkiem z orzełkiem nieco zbyt luźno kojarzy się z mundurem policyjnym. Dowiadujemy się, że w czasie pracy, na służbowym komputerze ogląda filmy erotyczne, czym udało mu się go zawirusować. Przychodzącego zgłosić przestępstwo, zmusza do naprawienia mu komputera. Po wszystkim wysłuchując zgłoszenia, najpierw niemal przytula rozmówcę a potem jednak rzuca nim o ścianę i zakuwa w kajdanki nie chcąc słuchać dalszych wyjaśnień. Motyw ten jest zabawny i niepokojący zarazem, wspominam jednak o nim nawiązując do opisu, który można wyczytać w folderze dotyczącym przedstawienia. Jest wiele słów, którymi można by określić tego policjanta, ale słowo nadgorliwy bynajmniej tu nie pasuje.

Podsumowując, to niewiele ponad godzinne przedstawienie z przyjemnością przyznaję, że bez wątpienia posiada potencjał, który mam nadzieję rozwinie w kolejnych przedstawieniach. Dramaturgia jest konsekwentna i ciekawa, choć motyw gwałtu zdecydowanie mnie nie przekonuje. Jednak postaci są skonstruowane ciekawie, choć być może nieco zbyt jednoznacznie. Nie wiemy, czy należy się z nimi utożsamiać, czy raczej patrzeć tak, jak patrzy się i śmieje z nie w pełni wykształconych postaci farsowych, jednak problematyka niepewności siebie, ciążącej samotności i po wielokroć ogranego, ale nieśmiertelnego motywu problemu relacji damsko-męskich, przedstawiona została przez nich wiarygodnie i jednocześnie poważnie i zabawnie. Elementy humorystyczne obecne w spektaklu to jedna z mocniejszych stron przedstawienia.

Polecam twórcom wykorzystanie zalet scenki kabaretowo-teatralnej, nie zapominając o mądrym przekazie w kolejnych przedstawieniach i życzę im powodzenia.

Sylwia Kobuszewska
Dziennik Teatralny Katowice
10 września 2019

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia