Zmartwychwstanie Judasza

"Judaszaweł" - reż. Bartosz Żurowski - Teatr Współczesny w Szczecinie

"Czy rozumiecie, co wam uczyniłem?" - pyta Jezus, a ja, rozglądając się po malusieńkiej i wypełnionej po brzegi widowni Malarni, próbuję zgadnąć, czy ktokolwiek w tej właśnie chwili, nie na głos, lecz w sercu swoim, rzeczywiście odpowiada na to pytanie. Pytanie pytań, jeżeli na poważnie chcemy rozmawiać o chrześcijańskich korzeniach naszej cywilizacji. Jeżeli pragniemy z sensem sięgać do jej fundamentów, do tekstów, które były u jej początków, czyli do Ewangelii. Wydaje się, że taką właśnie dyskusję proponuje nam Bartosz Żurowski, autor i reżyser "Judaszaweł" w Teatrze Współczesnym w Szczecinie.

Trudno, żeby było inaczej, skoro tekst sztuki i sam spektakl powstał przy współpracy z Festiwalem Nowe Epifanie. Ta interdyscyplinarna, poszukująca nowych zjawisk artystycznych i nowego języka impreza, w swej jubileuszowej, dziesiątej edycji, postanowiła raz jeszcze sproblematyzować postać Judasza. Powiedzieć, że jest to figura w dziejach interpretacji Dobrej Nowiny kontrowersyjna, to nic nie powiedzieć. Wiąże się z nią szereg zasadniczych i niełatwych pytań. Niektóre z nich z przekonaniem powtarzam w ślad za organizatorami Nowych Epifanii: "Dlaczego odstąpił od tego, w co wierzył? Dlaczego zachowały się różne wersje zdarzeń? Jak rozumieć polecenie Jezusa wypowiedziane do Judasza na chwilę przed zdradą: Co chcesz czynić, czyń prędzej (J 13, 27)?".

W spektaklu "Judaszaweł" Żurowski podejmuje te i wielu innych kwestii. Bez zbędnego na całe szczęście patosu, bez nie wiadomo jakich pretensji, z poczuciem humoru, wnikliwością, dystansem i ironią przeprowadza swój własny egzegetyczny eksperyment.

Niektórzy wynikiem owego eksperymentu z pewnością będą oburzeni, uważając, że reżyser przesłania Nowego Testamentu nie zrozumiał. Więcej, postanowił bezczelnie sprofanować święte treści. Autorzy, przeczuwając podobne reakcje, już na wstępie, czyli w notce programowej, uprzedzają: "Osoby o wyjątkowo obraźliwych uczuciach religijnych, które ciężko znoszą naruszanie dogmatów i kanonu, być może nie powinny wystawiać swojej wiary na próbę konfrontacji". Inni widzowie z nie mniejszym zacięciem będą roztrząsać, co autor dopisał, dokleił i sparafrazował. Jakie analogie przeprowadził, z czym otwarcie porównał, na które konteksty położył nacisk, a które starannie ominął. I będą mieli co analizować. Na przykład konfrontację ze słowem i postawą Pawła z Tarsu, który - powiedzmy od razu, że w świetnym wykonaniu Macieja Litkowskiego - zostanie wywieziony na scenę w wymyślonym przez Maayan Strauss krześle-wózku sklepowym. Zamiast głowy będzie miał globus, czyli cały świat w sensie ścisłym. W jego słowach usłyszymy bolesne wątpliwości dotyczące przyszłości dzieła jego życia, które, chcąc nie chcąc, musiał przekazać w ręce kolejnych pokoleń.

Nie zabraknie też w spektaklu odwołań do apokryficznej Ewangelii Judasza. Nie będzie nawet wielkim nadużyciem interpretacyjnym (chociaż będzie pewnym uproszczeniem) teza, że to właściwie jego oczami oglądamy świat przedstawiony. Z jego osobą związane są kolejne cykle, kolejne powroty do początku, do tych zapętlonych i zsamplowanych na różne sposoby rekonstrukcji poszczególnych Ewangelii. Da się je czytać jako koszmarne sny, czyśćcowe lub piekielne majaczenia, w które, niczym zwierzę w klatkę, złapany i zamknięty został grający apostoła-zdrajcę Michał Lewandowski. Tak czy owak ten, któremu oficjalna narracja każe milczeć, zniknąć, samounicestwić się, pozostawiając po sobie wygodną w eksploatacji egzemplifikację obłudnika i sprzedawczyka, będzie miał szansę przybliżyć innym własną interpretację znanych wydarzeń.

W ślad za Judaszem i Maria Magdalena skorzysta z możliwości zabrania głosu, wskazując, jak się wydaje, na dość ważny dla Żurowskiego wymiar krytyki feministycznej. Bez większych ceregieli, ta "kłopotliwa" dla uczonych w Piśmie osoba, postawi szanownemu męskiemu towarzystwu niewygodne pytanie o miejsce i rolę kobiet w hierarchii mitu o początkach chrześcijaństwa, a więc też, siłą rzeczy, o rolę kobiet we współczesnym Kościele. Magdalena Myszkiewicz, nie będzie godzić się na wielce symptomatyczne i wymowne zredukowanie jej do roli służącej, do pani od sprzątania. I od przygotowywania przestrzeni do kolejnego wyjścia apostołów Piotra i Łukasza, którzy, uroczyście powitawszy publiczność, będą próbowali powtórzyć wybrane sceny z kolejnych Ewangelii. Zajmą się, jak to nazywają, "symboliczną rekonstrukcją". Na rolę Jezusa w swoim teatrze w teatrze, wybiorą Beatę Zygarlicką. To ona, niczym przypadkowo wyciągnięty z widowni widz, niczym nagle zwerbowana do głównej roli inspicjentka, z doczepioną brodą i w jakby z szopki szkolnej pożyczonym ubranku, wypowie cytowane na początku słowa. Będzie wcieleniem Jezusa wątpiącego, niezdecydowanego, znacznie bardziej "ludzkiego", niż zazwyczaj go się przedstawia.

W eksperymentach przeprowadzanych w przestrzeni dość umownej, niemalże wyzutej z detali i podporządkowanej prostej liniowej geometrii, największy opór świętym "badaczom" stawi sam oryginał. Oni zaś chętnie, niekiedy wręcz z nieskrywaną lubością, założą kolejne kostiumy-maski. Od stroju ortodoksyjnego Żyda począwszy, na papieskiej sutannie kojarzącej się z serialem Paolo Sorrentino "Młody papież" skończywszy. Nie powstrzyma to jednak pojawiających się tu i ówdzie w trakcie całej rekonstrukcji zgrzytów, niedociągnięć i luk. Dzięki czemu uzmysłowimy sobie, że po pierwsze kanon nie zawsze był kanonem; po drugie - nawet w swej ustabilizowanej i uświęconej tradycją formie, wyjęty z ram owej tradycji i wyeksponowany, z miejsca wzbudzał pytania i kontrowersje. Dobitnie to pokaże widzom, iż po dwóch tysiącleciach historii chrześcijaństwa, Słowa Jezusa, oczyszczone ze skorupy komentarzy i "jedynie słusznych" interpretacji - tak wygodnie dosłownych i niedosłownych w zależności od potrzeb egzegetów - są dla nas, chociaż nie jesteśmy skorzy do tego się przyznać, równie niezrozumiałe, tajemnicze, niepokojące i niezgłębione, jak były niezrozumiałe, tajemnicze, niepokojące i niezgłębione dla apostołów. Że stanowią, i stanowić muszą - jeżeli mają być żywe! - otwartą ranę. Jej metaforycznym znakiem jest znajdujące się w tylnej ścianie sceny wycięcie. Przypomina kształtem rybę. Ale też ściekającą łzę. Może to - niech dopuszczę się tu nadinterpretacji - płacz po Rybie?

Jak twierdzi Judasz w scenie pełnej metafizyczno-astronomicznych spekulacji: "Eon Ryb dobiega końca". Kończy się pewna epoka. Należałoby więc się zastanowić, co i dlaczego warto z niej zachować. Między innymi, a może przede wszystkim, dotyczy to inwentarza podręcznych i powszechnie znanych mitów i narracji. Rzecz jasna, spektakl Bartosza Żurowskiego tych kwestii nie rozstrzyga w definitywny sposób. Jednak spektakl, jeżeli dać mu szansę, potrafi naprowadzić na całkiem niebanalne refleksje. Chociażby, że poważne czytanie Ewangelii nie jest dziś możliwe bez uwzględnienia w pełni upodmiotowionej perspektywy wielu wcześniej bagatelizowanych postaci. Takich jak Maria Magdalena i Judasz, który wciąż jeszcze czeka na swoje symboliczne zmartwychwstanie.

Henryk Mazurkiewicz
e-teatr.pl
28 maja 2019

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia