Zmiany bez uzasadnienia

"Tosca" - reż. Barbara Wysocka - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Najnowsza premiera "Toski" na scenie Opery Narodowej w Warszawie rodzi pytanie o zmiany w stosunku do litery libretta. Trzeba powiedzieć, że z operą Giacomo Pucciniego współcześni reżyserzy mają nie lada problem. Zwłaszcza ci, którzy koniecznie pragną wyeksponować swoje ego poprzez dokonywanie zmian w libretcie. Bo w partyturze - na szczęście - nie mogą już popisywać się ingerencją w tkankę muzyczną dzieła. Przynajmniej jak dotąd. A to, co reżyserzy wyczyniają z librettem, nadaje się na wieloczęściowy serial w rodzaju gorzkiej komedii.

"Tosca" opowiada o wielkiej miłości, zazdrości, polityce, w którą mimo woli zostają wciągnięci główni bohaterowie opery - malarz Mario Cavaradossi (w tej roli Mickael Spadaccini) i jego narzeczona, śpiewaczka, Floria Tosca (Ewa Vesin). Temperatury operze dodaje trzeci z głównych bohaterów, prefekt policji baron Scarpia (Krzysztof Szumański). Postać z gruntu przepojona złem, wręcz demoniczna, cyniczna, niewahająca się przed użyciem najgorszych tortur wobec Cavaradossiego zaaresztowanego za ukrywanie zbiegłego więźnia politycznego Angelottiego (Jasin Rammal-Rykała). Co zresztą czyni ze szczególnym zaangażowaniem, wszak Scarpia pała niepohamowaną, wręcz chorą żądzą uwiedzenia Toski, narzeczonej Cavaradossiego. Świetnie, zarówno wokalnie, jak i aktorsko poprowadzona rola Scarpii przez Krzysztofa Szumańskiego.

Wydawałoby się, że eksperymentowanie współczesnych reżyserów na operze Pucciniego raczej nie wchodzi w grę, ponieważ Luigi Illica i Giuseppe Giacosa, autorzy libretta (według sztuki francuskiego pisarza Victoriena Sardou) podali konkretny czas i konkretne miejsca akcji rozgrywającej się w Rzymie w czerwcu 1800 roku. Ta opowieść o wielkiej miłości ma w tle konkretne wydarzenie historyczne, czyli bitwę wojsk Napoleona z armią austriacką pod Marengo. Ponadto akcja każdego z trzech aktów opery toczy się w konkretnych miejscach Rzymu, które są historycznie znaczące, także pod względem fabuły utworu.

Ale jak się okazuje, dla dzisiejszych reżyserów (najczęściej nie są to twórcy specjalizujący się w operze, lecz w innym gatunku teatru, głównie w dramacie) nie ma takiego dzieła, którego nie można by przerobić po swojemu. Tyle że efekty takich dokonań najczęściej są mierne i pojawia się pytanie: po co? Właśnie takie pytanie adresuję do reżyser Barbary Wysockiej, autorki warszawskiej inscenizacji "Toski" w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej.

Pani reżyser, nie wiedzieć czemu, uwspółcześniła rzecz, przenosząc akcję z roku 1800 na lata siedemdziesiąte XX wieku. Zupełnie bez sensu. Ze spektaklu nie dowiadujemy się, z jakiej przyczyny ta zmiana została dokonana. Nie ma tu żadnej motywacji tłumaczącej ten zabieg. Ani artystycznej, ani żadnej innej. W tej sytuacji artyści śpiewają co innego, a co innego widzimy na scenie, na przykład w libretcie jest mowa o wygranej bitwie armii Napoleona, która zbliża się do Rzymu, gdy tymczasem na scenie mamy lata siedemdziesiąte XX wieku. Poza tym Tosca (jak i pozostali wykonawcy) ubrana jest współcześnie, Cavaradossi robi jej zdjęcia aparatem fotograficznym, w wyposażonej współcześnie siedzibie prefektury policji miga ekran włączonego telewizora, itd., itd.

Nie rozumiem też, dlaczego został zmieniony finał: Tosca, zobaczywszy, iż jej narzeczony Cavaradossi został zastrzelony, a więc podstępny Scarpia okłamał ją i żandarmi za chwilę ją pochwycą, popełnia samobójstwo, ale nie rzuca się z murów Zamku św. Anioła, tak jak to jest w libretcie, lecz strzela do siebie z pistoletu. Takie zmiany, które nie tłumaczą się ani artystycznie, ani pod względem interpretacji intelektualnej, niweczą sens, jaki nadał operze jej twórca.

Na szczęście strona wokalna, muzyczna spektaklu jest bez najmniejszego zarzutu. Ewa Vesin, dysponująca pięknym, mocnym sopranem o wspaniałym brzmieniu, znakomicie oddaje charakter i tragizm postaci Toski, świetnie prezentując przy tym niezbędne zadania aktorskie. Także tenorowa partia Cavaradossiego w brawurowym wykonaniu Mikaela Spadacciniego, w tym zwłaszcza finałowa słynna aria Cavaradossiego "A gwiazdy lśniły", będąca jego pożegnaniem z młodym życiem (wszak za chwilę zostanie wykonany na nim wyrok śmierci), wykonana jest pięknie, głęboko, przejmująco. Wszyscy wykonawcy (piszę o drugiej obsadzie) prezentują wyrównany poziom artystyczny. Pochwały należą się również doskonale poprowadzonej przez Tadeusza Kozłowskiego orkiestrze.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
4 marca 2019
Portrety
Barbara Wysocka

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...