Zmodyfikowane pożądanie

"Balladyna" - reż. Krzysztof Garbaczewski - Teatr Polski w Poznaniu

Laboratorium. Zbudowana "czwarta", metalowa ściana. Jednak nie znajdujemy się w naturalistycznym XIX wiek i możemy obserwować bohaterów dzięki, wszechobecnej dzisiaj, kamerze. Widzów wita wielki ekran, rozpięty wzdłuż całej sceny, który w pierwszej części spektaklu jest medium, umożliwiającym oglądanie działań scenicznych. Oto bowiem Teatr Polski w Poznaniu stał się ośrodkiem badawczym nad jeziorem Gopło.

Młodzi naukowcy (Alina, Balladyna, Filon) pod przewodnictwem Wdowy modyfikują genetycznie rośliny uprawne (między innymi ukochane przez poznaniaków "pyry"). Ambicje Filona sięgają jednak dalej. Postanawia wyhodować kobietę-roślinę, której nadaje imię Filotunia. Hybryda ta zdaje się zastępować kogoś w rodzaju kochanki, bezwzględnie mu posłusznej. Filotunia wkrótce umiera, trzeba więc wyrzucić ją na śmietnik i zająć się nowym eksperymentem. Idealny wydaje się być Grabiec - pracownik techniczny, który zimą, podczas pomiarów, wpadł do jeziora. Twierdził potem, że spotkał w nim nieludzką istotę (Goplanę) i ciągle ją wspomina. Filon więc proponuje Grabcowi upodobnienie się do ukochanej i zamienia go w drzewo. Nie mamy tutaj do czynienia z dialogiem z naturą, jak miało to miejsce w dramacie Słowackiego, lecz Garbaczewski pokazuje, jak daleko doszedł człowiek w podporządkowaniu sobie świata na własny użytek. Okazuje się, że kolejna modyfikacja zakończyła się fiaskiem i Grabiec ląduje na śmietniku, obok Filotuni.

Tymczasem do ośrodka przyjeżdża młody inwestor - Kirkor, który spodobał się zarówno Alinie, jak i Balladynie. Balladyna postanawia zabić siostrę, by mieć Kirkora dla siebie. Po śmierci Aliny, idzie do przyszłego męża, którego zastaje w dwuznacznej sytuacji ze swoją matką. Nieżywą Alinę znajduje z kolei Filon. Wyraźnie jej pożąda. Zabiera ją nad Gopło, które imituje sztuczny dym, gdzie dochodzi do aktu swoistej nekrofilii.

Pierwsza część przedstawienia upływa pod znakiem wszechobecnej żądzy z genetyką w tle. Jest monotematyczna, a przez to momentami mało interesująca. Przełom następuje jednak po przerwie, kiedy nieco znużeni widzowie wracają do swoich "loży". Ekran znika, a naszym oczom ukazuje się Balladyna, a właściwie Justyna Wasilewska - aktorka, grająca zarówno Balladynę jak i Goplanę. Jest już żoną Kirkora i znajduje się w jego pałacu, którym okazuje się Teatr Polski w Poznaniu. Zabija Kirkora, po czym ostatecznie wychodzi z roli.

Rozpoczyna swoje długie przemówienie. Monologizuje trochę nieskładnie, groteskowo, mówiąc co drugie słowo "jakby", ale monologizuje na temat. Zaczyna od porównania teatru do "cipy" (wielkiej, czerwonej i przyjemnej), a widzom z balkonu każe wstać i ćwiczyć mięśnie Kegla. Towarzyszą jej dwie raperki z "cipedRAPskuad", śpiewające piosenki zespołu, o mało poprawnej politycznie nazwie, "krewkurew". Słyszymy między innymi, że raperki "lubią gówno", "pierdzą na chleb", a gdzieś, zapewne nad nami, "orzeł, orzeł, orzeł leci, orzeł robi polskie dzieci".

To taki moment, kiedy część osób się śmieje, część jest oburzona, ktoś wychodzi. Niektórzy nie wiedzą, w jaki sposób należy się zachować. Naruszony bowiem został pewien porządek. W teatrze, zbudowanym ze składek społecznych, przed którym widnieje napis: "Naród sobie", który jest "pierwszym teatrem polskim w zaborze pruskim", oglądamy spektakl, rozprawiający się z pewnym rodzajem "polskości". Cecko i Garbaczewski dyskutują o mitach narodowych, sprawdzając, czy paradygmat romantyczny, którego śmierć ogłosiła Maria Janion, jest nadal silnie zakorzeniony w naszej świadomości.

Balladyna mówi do publiczności, że przyszli na spektakl po to, by obejrzeć historię zbrodniarki, którą dobrze znają. Pożądamy bowiem walki i krwi, tak jak bohaterowie pożądają siebie w pierwszej części spektaklu. Pełny obraz polskiego grajdołka zostanie dopełniony, gdy na scenie ukaże się napis "Naród sobie", stylizowany na bramę z Auschwitz. Pojawi się fanatyczny kibic/piłkarz - Kostryn, ubrany w barwy narodowe, wydający córce komendy: "Padnij/powstań". Ona powstanie i wyrecytuje wierszyk "Kto Ty jesteś? Polak mały". Na pytanie ojca: "Coś jej winien?", odpowie: "Oddać życie" i padnie już na zawsze, kończąc tym samym poznańską "Balladynę".

Maria Peszek śpiewała niedawno: "Sorry Polsko", ale "nie chciej mojej krwi", przez co została uznana, przez część Polski, za anty-patriotkę, wręcz satanistkę. Garbaczewski, zmuszając nas do oglądania swojego odbicia na scenie i pokazując, że wcale nie trzeba nazywać siebie Milijonem, może również dołączyć do elitarnego grona anty-Polaków. Jeśli anty-Polacy będą dostarczać więcej tak dobrych, gorzko-ironicznych przedstawień to należy ich grono jak najszybciej poszerzyć.

Aleksandra Skorupa
Teatr dla Was
31 stycznia 2013

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia