Zmory wieku dojrzewania

"Przebudzenie wiosny" - reż. Łukasz Kos - Teatr Rozrywki w Chorzowie

Chorzowski Teatr Rozrywki wprowadził na polskie sceny nowy amerykański musical

Prapremiera polska powstałego zaledwie przed pięciu laty "Przebudzenia wiosny", które błyskawicznie podbiło Broadway, zdobyło osiem statuetek Tony, Grammy za płytę z piosenkami, to propozycja przede wszystkim dla młodej widowni. Ugrzeczniona konwencja tego musicalu sprawia, że będzie on jednak trafiał do tej młodzieży, która relacje z dorosłymi ma nie najgorsze, a jej bunt mieści się w konwencji wieku dojrzewania. Trudno z tego czynić zarzut chorzowskiej inscenizacji, jeśli się przeanalizuje, kto z młodych z własnego wyboru chodzi w ogóle do teatru. 

Musical Satera i Sheika oparty został na kontrowersyjnym dramacie Franka Wedekinda "Przebudzenie wiosny. Tragedia dziecięca" z 1891 roku. Sztuka, w której mowa o masturbacji, aborcji, homoseksualizmie, była tak skandaliczna, że na debiut sceniczny musiała czekać w Niemczech aż 15 lat. Dziś na pewno nie szokuje. Budząca się seksualność, przemoc dorosłych wobec dzieci, gwałt, napięcia emocjonalne prowadzące do podejmowania prób samobójczych to problemy, wobec których współczesna młodzież wydaje się równie bezradna jak jej rówieśnicy z czasów narodzin ekspresjonizmu. Niezmienny jest też bunt młodych wobec hipokryzji dorosłych. Stała jest także niezgoda na niezrozumiały system nakazów i zakazów i wszelkie próby ograniczenia wolności.

Sceniczny klimat rozpięty jest w chorzowskiej inscenizacji między estetyką "Wspomnień niebieskiego mundurka" i "Zmór". Dominują jednak Zegadłowiczowska mroczność i posępność, które rzadko ustępują humorowi czy beztrosce, jakie znamy z Gomulickiego. Natomiast finał "Przebudzenia wiosny" jest godzien tragedii Szekspira.

Ten dramat inkrustowany piosenkami składa się z dwóch części. Szkoda, że realizatorów chorzowskiego spektaklu wiązał zakaz jakichkolwiek zmian w tekście libretta, bo aż się prosi, by je nieco przykroić. Pierwsza część jest przegadana, dialogi drewniane, teksty piosenek nie najlepsze. Polegli na niej debiutujący, wyłonieni w castingach, niemający doświadczenia scenicznego ani umiejętności interpretowania słowa młodzi aktorzy. Druga część jest krótsza i dynamiczna, z dobrze zbudowanym napięciem. Ci sami młodzi aktorzy zaprezentowali w niej wielką skalę możliwości wokalnych i ruchowych. Emanowali świeżością i naturalnością. Stanowili oparty na silnych emocjach i energii, żywiołowy kontrast ze światem dorosłych spętanych konwenansami.

Dobre strony przedstawienia to rockowa muzyka, pełna młodzieńczej pasji choreografia, mobilna scenografia. W pamięci pozostaje przede wszystkim wzruszająca rola Wiolety Malchar jako Wendli Bergman i znakomicie zaśpiewany przez Emilię Majcherczyk song molestowanej Marthy.

Danuta Lubina- Cipińska
Rzeczpospolita
12 maja 2011
Portrety
Łukasz Kos

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski