Znak zapytania

"Przedwiośnie" - reż. Natalia Korczakowska - Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Naszym czasom brakuje "Przedwiośnia". Z perspektywy 2015 roku nie zdajemy sobie sprawy, jaki szum wzbudziło najsłynniejsze dzieło Żeromskiego. Dzieje młodego Cezarego Baryki były odbiciem losów niemal wszystkich Polaków, którzy zderzyli się z palącymi problemami świeżo odzyskanej niepodległości. Końcowa decyzja głównego bohatera o przystąpieniu do komunistów była aktem desperacji - zdaniem Żeromskiego polski naród nie dojrzał do odpowiedzialnej pracy społecznej.

Natomiast w Polsce po 1989 roku nie pojawił się żaden utwór literacki tak trafnie pokazujący linie napięć wewnątrz zbiorowości. Dzisiaj szczytem umiejętności pisarza jest naśladowanie slangu jakiejś subkultury, a kolejni twórcy-laureaci Nike prześcigają się, który z nich użyje jak najmniej zdań wielokrotnie złożonych. Młodopolska forma Żeromskiego była pięknie zdobionym opakowaniem, w którym zawierała się bolesna, aktualna treść. Współcześnie natomiast samą foliową torebkę traktujemy jako arcydzieło, bo ona sama jest pusta w środku.

Na tym tle spektakl Korczakowskiej jest wyróżniającą się próbą wykorzystania Żeromskiego do opisu współczesnej Polski. Ale przedstawienie zaczyna się w roku 1915, kiedy Seweryna nie ma już w domu. Nad częścią sceny wisi konstrukcja przedstawiająca łąkę. Rzecz w tym, że polana jest odwrócona do góry nogami (swoją drogą coraz modniejszym zabiegiem scenograficznym staje się zawieszanie takich cudeniek). Wychodzi z niej nagi Cezary (Piotr Biedroń), który upada na ziemię, po czym sunie po niej niezgrabnie. Stopniowo uczy się wstawać, wreszcie chodzi. Taka metafora narodzin młodego Polaka wprowadza ciekawy kontekst do lektury Żeromskiego. Duża konstrukcja przywodzi na myśl skojarzenia ze świeżo odkrytą ziemią, jeszcze niezaoraną i czekającą na pierwsze zasiewy.

Ciekawy epizod tworzy Małgorzata Brajner jako Jadwiga Barykowa. Kobieta jest zgorzkniała i osamotniona po wyjeździe męża. Kiedy mówi o Sewerynie, wspomina go z wyraźnym przekąsem w głosie. Nie potrafi zapanować nad synem, który jest po prostu arogancki. Całkowicie zapatrzony w ideały rewolucji, nie docenia cierpliwie ubierającej go i troskliwej rodzicielki. Pobyt w Baku kończy się najazdem bolszewików (na scenę wchodzą marynarze) oraz Turków (żołnierz-szyderca jedzący kebaba). Zmarnowana zostaje postać Seweryna Baryki (Cezary Rybiński), którego Korczakowska wprowadza tylko po to, by odbębnił opowieść o szklanych domach. W dodatku między synem a ojcem nic się nie dzieje. Nie ma między nimi momentu solidarności, gdy okradają ich kolejarze. Co więcej, uczucia Cezarego pozbawione są jakiejkolwiek ambiwalencji. I dlatego pretensje, które chłopak kieruje do rodzica, brzmią jak fochy małego dziecka.

Po macoszemu zostaje potraktowany udział młodego Baryki w wojnie. Pojawia się Hipolit (Piotr Witkowski), który zabiera nowo poznanego przyjaciela do Nawłoci. O ile do tego momentu narracja spektaklu przyciągała uwagę, o tyle teraz zaczynają się zgrzyty. Grono ziemiańskie z dworku jest bowiem zaskakująco prymitywne. Liczy się dla niego wyłącznie blichtr futer i drogich ciuchów - dlatego na scenę zostają wtoczone wieszaki z kostiumami. Ubranie staje się symbolem władzy i poczucia wyższości.

Neurotyczna Wanda (Justyna Bartoszewicz) jest skupiona wyłącznie na ćwiczeniu gry na fortepianie. Karolina (Dorota Androsz) kusi odsłoniętym dekoltem i kusym strojem. Baryka najpierw z nią flirtuje, po czym ich relacja staje się dziwnie sadomasochistyczna - Cezary prowadzi dziewczynę na smyczy. W końcu lekceważy ją i odchodzi. Kobieta biegnie za nim i przebiera się w kolejne kreacje, byle zwrócić na siebie uwagę mężczyzny. W końcu wykonuje jakiś dziwny pseudo-taniec "nienawiści", który polega na słanianiu się i bezładnym bieganiu po scenie. Polscy aktorzy czynią z tarzania się po podłodze jakąś nową metodę Ksiądz Anastazy zostaje ukazany jako nieszkodliwy pijaczek, a matka Hipolita ma mentalność ograniczonej mieszczki pełnej nienawiści do biedoty. Jedyną ciekawą kreacją z tej grupy jest Laura Katarzyny Kaźmierczak. Aktorka wydobywa ze swojej postaci stan rozdarcia między pożądaniem a społecznymi normami. Uwodzicielskie ruchy i tajemniczy głos pozwalają jej zdobyć Hipolita. A jednak - kiedy patrzy człowiek na to ziemiaństwo, to zaczyna się poważnie zastanawiać, czy to tak dobrze, że bolszewicy jednak nie zdobyli tej Warszawy w 1920 roku

Cała miłosna historia rozgrywa się jednak nie w latach dwudziestych, a przez niemal cały XX wiek. Korczakowska bez żadnego uzasadnienia przenosi nagle akcję w rok 1945. O komunizmie mówi się wtedy w kontekście ukraińskiego "hołodomoru" lat 1932-1933. Jakie to ma znaczenie wobec realiów Polski stalinowskiej? Żadne. Twórcy idą dalej i przenoszą postacie do roku 1989. Jakie znaczenie mają takie skoki? Domyślam się, że Korczakowska szuka po prostu pewnych analogii. Jeszcze w międzywojennej Polsce pojawia się Marszałek - Grzegorz Gzyl jest ucharakteryzowany na Piłsudskiego. Tuż za nim biegnie człowiek w kombinezonie - perfidny Cień, który idzie krok w krok za polskim wodzem. Naczelnik powróci na wózku inwalidzkim, narzekając na obecność "przebiegłych cieni". Czy chodzi o pokazanie, że każdy akt bohaterstwa, wielkości ma swoją ciemną stronę? To jednak nie tłumaczy posadzenia Marszałka na wózku, Piłsudski bowiem w ostatecznym rozrachunku zwyciężył. Gzyl powróci jako Tadeusz Mazowiecki - wygłosi słynne przemówienie o "grubej kresce". Ale i za premierem podąża Cień, który zabiera mu kartkę z zapisem oracji. Ciekawy wątek nie zostaje jednak poprowadzony dalej - a szkoda, bo w dyskusji o Polsce po 1989 roku wciąż nie mówimy o wielu patologiach transformacji.

Pewnym zaskoczeniem jest ostatnia sekwencja. Jesteśmy w 2015 roku, po scenie chodzą zabiegani polscy obywatele. Pojawia się Stephane Hessel (Andrzej Niewiński), bohater francuskiego Ruchu Oporu, który opowiada o swojej wizji idealnego państwa. Poświęca swoją uwagę społecznemu rozwarstwieniu, za które jego zdaniem odpowiada "dyktatura rynków finansowych". Cezary Baryka przejmuje od niego mikrofon i przeprowadza sondę uliczną. Zagadnięci ludzie narzekają na emigrację, problem równości płci, kredyty, tajne więzienia CIA, dostępność do wiz Jest wreszcie Lulek (Jakub Mróz), który okazuje się być zdeklarowanym narodowcem. Minus dla Korczakowskiej za szablonowe pokazanie prawicowca jako krzykacza, co to chce "obalić republikę okrągłego stołu" (sens słów Winnickiego był wielokrotnie manipulowany). W końcu wychodzi obrażony jak dziecko. Podobnie jest z sylwetką dyrektora banku, który zostaje ukazany jako skąpy, wredny technokrata. W ten sposób odbiera się wielostronność spojrzenia, którą miał przecież Żeromski w "Przedwiośniu".

Rozmowa Cezarego i Gajowca zostaje całkowicie przepisana. Młody Baryka jawi się tutaj jako wojujący lewicowiec, który walczy z "globalnym kapitalizmem". Natomiast postać starego Szymona (znowu Gzyl) zostaje sprowadzona do roli cynicznego polityka. Najpierw Gajowiec stoi ukryty za plastikową ścianą, co ma zapewne symbolizować jego odcięcie od prawdziwych problemów Polski. Opowiada znane rządowe usprawiedliwienia o budowie autostrad i "ciepłej wodzie w kranie". Uwagę przykuwa dyskusja Cezarego z mentorem. Niestety, u Korczakowskiej ich rozmowa jest pozbawiona równowagi racji, co więcej - wychodzi z tego gra do jednej bramki. Wielkim odkryciem reżyserki jest stwierdzenie "a politycy kłamią", w dodatku rozumowanie Baryki sprowadza się do jednego - "obalmy banki, a będzie dobrze". Cezary i Gajowiec lamentują nad brakiem wizjonerstwa w polityce, tymczasem dobry polityk to przede wszystkim realista I tak panowie kończą rozmowę lamentem nad brakiem "równości i braterstwa".

Naiwność tej diagnozy razi w oczy. Reżyserka dążyła najwyraźniej do dołączenia do grona twórców tzw. "teatru krytycznego", ale wywody interlokutorów brzmią sztucznie i łopatologicznie. Korczakowska najwyraźniej nie przeczytała dokładnie "Przedwiośnia". Gajowiec Gzyla kapituluje - tymczasem u Żeromskiego stary Szymon był politycznym realistą. Przywoływał Mariana Bohusza, Stanisława Krzemińskiego i Edwarda Abramowskiego jako przykłady rzetelnej, choć żmudnej pracy społecznej. Według twórców gdańskiego spektaklu nie ma ucieczki od rewolucji, co jest przykładem naiwnego życzeniowego myślenia. Bo nikt po wyjściu z teatru nie rzuci się z kamieniami na witryny. Cezaremu co jakiś czas objawia się głos, przypominający o odkryciu "rewolucji" Przed którą twórca "Ludzi bezdomnych" stanowczo przestrzegał. Zabawne jest to odwoływanie się współczesnej lewicy do tradycji Żeromskiego. Czym innym był wtedy socjalizm, a autor "Dziejów grzechu" widząc takie analogie do swojego dzieła, raczej za głowę by się złapał.

Intelektualnej miałkości przedstawienia nie rekompensują zastosowane zabiegi adaptatorskie. Jest w spektaklu co prawda parę ciekawych pomysłów. Na scenie stoi rozbity fortepian, przywodzący na myśl skojarzenia z Norwidowskim instrumentem Chopina. Zupełnie tak, jakby Korczakowska pytała za wieszczem, czy nasz polski "ideał sięgnął bruku". Podobnie interesujący jest pomysł opisania rzezi rewolucji poprzez wniesienie dziwacznych manekinów, przypominających kłębowisko ludzkich kończyn. Niestety reżyserka nie potrafi budować dramaturgii, kilka adaptatorskich zabiegów to stanowczo za mało. Żenujące są reakcje mieszkańców Nawłoci na śmierć Karoliny - każdy po kolei woła "fuck!". Bal polega na tańcach raz do "Szczęście trzeba rwać" Faliszewskiego, a raz do "Lollipop" Chordettes. A to tylko mały procent przykładów na estetyczne banały. Swoich ról w ogóle nie dźwigają aktorzy, poprzestając na szkicowym i płaskim zarysowaniu postaci. Zblazowani panowie Biedroń i Witkowski przypominają kompanów z piaskownicy, a nie z pola bitwy. Korczakowska nie daje się rozegrać Rybińskiemu czy Brajner, a aktorzy z takim doświadczeniem na pewno dźwignęliby ten spektakl. Niestety postacie są pozbawione jakiegokolwiek konfliktu wewnętrznego. Nad wadami dykcji i emisji głosu u młodej części zespołu nie będę się już pastwił

I mogło być gdańskie "Przedwiośnie" poważnym głosem w dyskusji o Polsce po ostatniej transformacji ustrojowej. Niestety sprowadzenie całego konfliktu społecznego do walki Polaków z abstrakcyjnym "globalnym kapitalizmem" razi publicystyką. A problem zaniedbanej dekomunizacji? Zagrożenia ze strony Rosji? Dyskusji o polskich wartościach narodowych? Siłą dzieła Żeromskiego była jednoczesna literackość i polityczna dosłowność. W Teatrze Wybrzeże nie ma "przedwiośnia", panuje w nim jeszcze ostra zima.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
21 marca 2015

Książka tygodnia

Starożytny teatr i dramat w świetle pism scholiastów. Leksykon
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Katarzyna Chiżyńska, Jadwiga Czerwińska, Małgorzata Budzowska

Trailer tygodnia