Znów sobie nie ułatwiam

Rozmowa z Karoliną Gruszką

W podróży. Pomiędzy dwoma domami, jednym w Polsce, drugim w Rosji. Pracuje w kraju i za granicą, w kinie i w teatrze. Imponuje artystycznymi wyborami, konsekwentnie kroczy drogą, którą obrała. Nie ściga się, nie bywa. Bo najbardziej intrygująca jest ta harmonia, którą się osiąga, będąc w tym właściwym miejscu, a jednocześnie gdzieś pomiędzy, cały czas poszukując. I choć to zdanie nie padło, przynajmniej nie wprost, to najpełniej oddaje wrażenie, jakie robi Karolina Gruszka

Anna Serdiukow: Film "Źywie Biełaruś!" oglądałam razem z Białorusinami. Powiedzieli, że mówi pani pięknie w ich ojczystym języku, ze wspaniałym rosyjskim akcentem.

Karolina Gruszka: No właśnie. Ja nie mówię po białorusku, nauczyłam się go na potrzeby filmu. Było to o tyle trudne, że znam polski i rosyjski bardzo dobrze, a ten białoruski plasował się gdzieś pośrodku. Mieszały mi się końcówki, nie wszystkie niuanse były dla mnie jasne. Mam nadzieję, że Białorusini wybaczą mi lekkie niedociągnięcia. Na Białorusi jest dziś tak, że większość osób mówi jednak po rosyjsku. Język białoruski zanika. Funkcjonuje głównie w środowiskach opozycyjnych. Wydaje mi się ważne, że powstał film, w którym ten piękny język miał szansę zabrzmieć.

To jest ważna historia, ważny głos w sprawie aktualnej sytuacji naszych wschodnich sąsiadów. Choć my zwykle wolimy patrzeć na Zachód. Czuła to pani, czytając ten scenariusz?

- Czułam. Oczywiście, wolimy patrzeć na Zachód, bo wydaje on nam się bardziej atrakcyjny, do niego aspirujemy. Z drugiej jednak strony - kwestia białoruska jest w Polsce od kilku lat szeroko dyskutowana. Organizowany jest koncert "Solidarni z Białorusią", powstał Dom Białoruski w Warszawie pomagający uchodźcom. Czytając scenariusz, wiedziałam, o czym opowiada ta historia, znałam wydarzenia, które miały miejsce na Białorusi. Czytałam ten tekst z nastawieniem, że najważniejsze dla mnie jest to, żeby powstał film, który będzie ważny na Białorusi i dla Białorusinów. Zadawałam sobie pytanie: Czy może powstać kino, dzięki któremu oni poczują, że mają wsparcie poza granicami swojego kraju, że my wiemy, co się u nich dzieje? Kiedy dowiedziałam się, że nad scenariuszem pracował Franak Viaćorka [białoruski aktywista, niezależny dziennikarz, scenarzysta - przyp. red.], że będzie on obecny na planie, a w filmie zagrają białoruscy aktorzy, którzy przyjadą specjalnie z Mińska, pomyślałam sobie, że jest to gwarant tego, że powstanie film wiarygodny, a nie filmowa bajka. Mam nadzieję, że to ważny głos w sprawie, coś więcej niż kino. Osoby, które były zaangażowane w ten projekt, znają sytuację na Białorusi od wewnątrz, wiedzą, jak to wszystko naprawdę wygląda.

Zależało pani, by przedstawiona rzeczywistość nie była wygładzona, przestylizowana? To się udało?

- Mam nadzieję, że tak. Nie bez powodów taki film został zrealizowany w Polsce, nie na Białorusi. Tam by nie mógł. Jeszcze nie miał premiery, a już jest zakazany. Aktor, który zagrał główną rolę, Dźmitry "Vinsent" Papko, już ma wielkie problemy z powrotem do kraju. To też budziło moje wątpliwości, długo zastanawiałam się, czy przyjąć tę propozycję. Pytałam Białorusinów, czy się boją. Oni odpowiadali, że to jest jak wewnętrzny imperatyw, który sprawia, że po prostu muszą być częścią tego projektu. Zaimponowali mi swoją odwagą i determinacją. Moja obecność to skromna pomoc w porównaniu z tym, jakich wyborów oni musieli dokonać.

Jak się gra w innym języku niż ojczysty?

- Często grałam w obcych językach - mówiłam już w filmach po angielsku, po rosyjsku, po francusku i po kazachsku...

Może teraz po polsku jest trudniej?

- Aż tak to nie... Wiadomo, że język polski najlepiej czuję, myślę w tym języku, chcę grać po polsku, to dla mnie ważne. Chociaż granie w obcym języku daje jakąś dodatkową wartość. Nie przywiązuję się wtedy tak bardzo do kwestii, bardziej do rytmu, emocji. Trudniej jest natomiast improwizować. Zwłaszcza jeśli to język, którego nie znam, jak w przypadku białoruskiego. Po rosyjsku nie mam już tego problemu, bo mówię płynnie, ale, oczywiście, został mi nasz akcent. Rosjanie bardzo lubią, jak się mówi po rosyjsku, zwłaszcza z polskim akcentem, ale gdy grałam ostatnio rodowitą Rosjankę w kostiumowym filmie historycznym, bardzo się namęczyliśmy, żeby to polskie brzmienie trzymać w ryzach.

Zagrała pani w niezwykłym spektaklu "Lipiec", widziałam go wiele razy. Mówiła pani o rytmie, dynamice tekstu. Tam było to czuć, miałam wrażenie, że tekst panią niesie, choć pewnie udział w monodramie był wyczerpującym doświadczeniem.

- Tak było, w pewnym momencie tekst zaczynał mnie nieść, nie trzeba było nic robić, samo się robiło. Ale dzieje się tak wtedy, kiedy pilnuje się, by wykonywać tekst, a nie wchodzić w rolę. To było zaskakujące doświadczenie. Wchodziłam na tak energetyczne diapazony że w zasadzie trudno to opisać W życiu codziennym takie emocje rzadko się zdarzają. Kiedy spektakl szedł dobrze, miałam poczucie lekkości, na koniec czułam się zmęczona fizycznie, ale jednocześnie pełna energii, kiedy źle - czułam ciężar mozolnej pracy, spektakl dźwigałam wtedy na swoich barkach i pozostawała po nim nieprzyjemna pustka.

Miałam wrażenie, że jest pani transparentna, stojąc na scenie, a jednocześnie bardzo silnie zaznaczała pani swoją obecność.

- To tajemnica metody którą proponuje Iwan Wyrypajew, reżyser, z którym współpracuję, a prywatnie mój mąż. On cały czas podkreśla, że najważniejsze, żeby nie odgrywać postaci, tylko żeby ją prezentować. Wtedy paradoksalnie widz czuje mocniej obecność aktora. Widać jego prawdziwy stosunek do postaci, bardziej niż wtedy, gdy chowa się on za swoim bohaterem. Próbujemy to robić w różnych spektaklach, z różnym skutkiem. Wiadomo, każdy materiał jest inny. To są poszukiwania, eksperyment, liczy się proces, nie efekt.

Polska szkoła aktorska proponuje inne metody, zbudowana jest na innych założeniach. Trudno było się pani przestawić!

- Bardzo trudno. Długo nie wiedziałam, o co chodzi. Gdy Iwan mówił: "Tekst masz przed sobą", ja pytałam: "Jak to mam przed sobą? Gdzie?". To było rzucenie na głęboką wodę. Pierwszy nasz spektakl był po kazachsku, drugim był właśnie "Lipiec". Ja do pierwszej próby generalnej nie wiedziałam, jak mam grać. Dopiero przy drugiej generalnej otworzyło się coś we mnie, usłyszałam ten tekst, uruchomiłam się. Ale i tak do dnia premiery byłam przerażona. Chciałam odwoływać spektakl, oddawać widzom pieniądze za kupione bilety...

Metoda pracy pani męża sprawdza się w teatrze. A w filmie?

- Kiedy gram w filmach Iwana, korzystam z tej metody. W jego kinie to się sprawdza. Z innymi reżyserami pracuję na ich zasadach, pod warunkiem że je rozumiem. Staram się być otwarta na inny sposób pracy. Myślę, że w filmie mi się to udaje. Traktuję kino jak przygodę, podróż. W teatrze wychodzę przed widzów, jestem w bardzo konkretnej teatralnej przestrzeni i udawanie, że znajdujemy się nie w teatrze, tylko gdzieś indziej, wydaje mi się nieporozumieniem. W filmie na tyle oddane są realia, że można pobawić się w próbę stworzenia jakiejś wersji rzeczywistości. Zdarza mi się nawet za tym tęsknić. W teatrze bardzo wierzę w naszą metodę pracy. Fascynuje mnie ona i mam potrzebę ciągłego jej zgłębiania. Zwłaszcza że całkiem niedawno okazało się, że można ją stosować nie tylko do współczesnych tekstów, ale także do klasyki.

Pracuje pani i mieszka raz w Polsce, raz w Rosji. Jak pani odbiera Rosję? Nasze postrzeganie Rosjan i Rosji jest wciąż naznaczone trudną historią, piętnem wojny, stalinizmu.

- Boleję nad tym. Tym bardziej że Rosjanie bardzo lubią Polaków, szanują ich. Polski teatr w Rosji jest uwielbiany. Polska znaczyła zawsze: bliżej Europy. Kojarzymy się im z dobrym gustem, mają do nas stosunek szczególny. Myślę, że moglibyśmy bardzo wiele sobie nawzajem dać. Ja mam nadzieję, że postrzeganie Rosjan przez Polaków się zmieni. Nowe pokolenie nie będzie obarczone stereotypami, stygmatem historii. Ale na to potrzeba czasu. Jeśli chodzi o mój odbiór Rosji... rzeczywiście przez ostatnie pięć lat mieszkałam pół na pół - pół roku w Moskwie, pół w Warszawie. Czuję...

Czuje się pani pomiędzy? Czy może bardziej już osadzona tam?

- Oczywiście, że czuję się bardziej stąd. Nie ukrywam, że bardzo mi się te dwa kraje uzupełniają, dopełniają. Znajduję w Rosji coś, czego nie ma w Polsce. Może nie tyle tego tu nie ma - poprzez swój kontekst i środowisko, w którym się obracam w Polsce, nie znajduję tu odpowiedzi na pewne swoje pytania. Rosja to bardzo trudny kraj. Od niedawna dopiero czuć w powietrzu budzącą się do życia świadomość polityczną. Ludzie zaczynają mieć nadzieję, że może jednak mogą mieć wpływ na to, co dzieje się dookoła. Tego wcześniej w ogóle nic było. Panowała atmosfera beznadziei i apolityczności. To zmienia się na lepsze, choć niesie ze sobą wciąż mało konkretów.

Moskwa i Warszawa? Coś je łączy? Czy więcej dzieli?

- Moskwa jest dużo większym miastem niż Warszawa. W kulturze dzieje się na pewno więcej. Kiedy jestem tam, mam poczucie metropolii. W Warszawie tego nie czuję. Rosjanie pozwalają sobie - mówię o środowisku kulturalnym - na większe poszukiwania w ramach swojej tożsamości.

Co to oznacza? Na co to się przekłada?

- Oni nie mają kompleksów. W Polsce słyszymy często narzekanie, że u nas nie jest jak w Berlinie, w Nowym Jorku czy w Londynie. Mamy pewne aspiracje, chcemy, żeby tu był Zachód. W Rosji myślą inaczej, chcą pokazać, udowodnić, że u nich może być jeszcze bardziej progresywnie niż w Nowym Jorku. Nie do końca to wychodzi, ale samo myślenie sprawia, że oni są bardziej otwarci, bezkompromisowi, radykalni. Mają wrodzony maksymalizm. To mnie w nich pociąga.

Za kolejne pięć lat osiądzie pani gdzieś na stałe? Ja bardzo lubię być w drodze, taki rodzaj zawieszenia mnie mobilizuje.

- Mam podobnie. Lubię być pomiędzy, przemieszczać się. Mamy małe dziecko, które w pewnym momencie będzie trzeba posłać do szkoły. Nie ukrywam, że już myślę o tej chwili, o decyzjach, które będą musiały zostać podjęte. Pewnie i tak dalej będziemy żyli na walizkach. Moja córka dorasta w dwóch różnych kulturach. Mam nadzieję, że pomoże jej to wymknąć się niektórym stereotypom i schematom.

A co przed panią w najbliższej przyszłości?

- Dwa duże projekty teatralne. Jeden tu w Polsce, drugi w Rosji, to rosyjsko-amerykański spektakl. Powstają dwie jego wersje, w obydwu językach. Wyjeżdżamy latem do centrum dramaturgii Eugene'a O'Neilla i tam będziemy się przygotowywać do tego przedsięwzięcia. Bardzo się na to cieszę, powstaje sztuka na podstawie zapisu pięciu ostatnich wspólnych lat życia amerykańskiego filozofa i jego chorej na raka żony. W moim odczuciu to ważna opowieść, pięknie opowiadająca o kobiecej duchowości. Ogrom tekstu jak na razie mnie przeraża, ale pocieszam się tym, że nie jest to jego ostateczna wersja, materiał nic został jeszcze skrócony. Ale i tak to będą dwie godziny gadania po angielsku i po rosyjsku. Znowu sobie nie ułatwiam. Mam nadzieję, że się nie przeliczyłam.

Patrzę na pani ostatnie role i projekty, pamiętam wspaniałe tytuły w pani dorobku, jak "Boża podszewka" czy "Kochankowie z Marony", ale też takie filmy jak "Trick" {"Francuski numer". Dziś pani emploi zbudowane jest na nieco innych zawodowych wyborach.

- Potrzeba tego rodzaju teatru czy filmu - w jakich biorę udział obecnie - była we mnie od dawna. Ale rynek filmowy w Polsce jest bardzo mały, nie daje aktorom dużego wyboru. Tak naprawdę w Polsce w filmie gram rzadko, ale nic dlatego, że nic chcę, tylko dlatego, że nic dostaję ciekawych scenariuszy, a chcę uniknąć bolesnych kompromisów. Ostatnio byłam w ciąży, więc w ogóle nie grałam, ale przedtem brałam udział głównie w projektach w Rosji. To tam dostawałam propozycje, które były wyzwaniem, stanowiły zadanie aktorskie. Trochę też jest tak, że aktorzy w swoim kraju wpadają szybko w szuflady. Skoro raz sprawdzili się w jakiejś roli, reżyserzy przypisują ich do określonego repertuaru. Praca poza granicami kraju często pomaga w przełamaniu takiego wizerunku. Za granicą aktor jest białą kartką. Nic i nikt za nim nie stoi. Otwiera to zupełnie nowe możliwości.

Anna Serdiukow
Zwierciadło
6 maja 2013
Portrety
Karolina Gruszka

Książka tygodnia

Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
Wydawnictwo Literackie
Dorota Masłowska

Trailer tygodnia