Znudziło mnie bycie pistoletem sypiącym cały czas dowcipami

rozmowa z Olafem Lubaszenko

- Przyjąłem pełną pokory koncepcję na życie, że mogę docierać do ludzi tylko poprzez codzienną, ciężką pracę w teatrze. I w ten sposób budować swoją skromną pozycję, niekoniecznie potrzebując do tego milionowej widowni - mówi aktor OLAF LUBASZENKO.

Żachnął się Pan, kiedy powiedziałam o Pana powrocie na scenę.

- Ponieważ ja z tej sceny nie schodziłem. Cały czas występuję w teatrze. Tylko mniej udzielałem się w medialnym obiegu. W ostatnich latach dość często odmawiałem wypowiedzi oraz wywiadów. Ale w końcu uznałem, że trzeba byka chwycić za rogi. Proszę mnie jednak zrozumieć, nie chcę tego, co niedawno o sobie powiedziałem, rozmieniać na drobne.

Chcę, żeby wypowiedzi na tematy, które są dla mnie ważne, były rzeczywiście ważne dla mnie. Nie chciałbym o tym bez przerwy mówić. Bo wówczas może powstać wrażenie, że z moją głową jest coś nie tak.

Powiedział więc Pan o swojej depresji dwa razy i na tym koniec?

- Tak bym to sobie wymarzył.

Opłacało się? Nie żałuje Pan tego?

- Poczułem się z tym lepiej. Nie chciałbym jednak ze swoich zdrowotnych spraw robić refrenu, w kółko powtarzanego. Uznałem, że jestem winien to wyznanie ludziom, którzy przyglądają się od lat mojej pracy. Tym, którzy patrzą na mnie z sympatią, i tym, którzy to robią z irytacją. Funkcjonowanie w publicznym obiegu, czy tego chcemy, czy nie, wiąże się również z rozmową na temat naszego wyglądu i kondycji. Ale nie chcę z tego opowiadania zrobić sposobu na życie.

Mówiąc o Pana powrocie na scenę, miałam na myśli też to, że unikał Pan życia celebryckiego. A dziś, jak człowieka nie ma na ściance, to nie ma go wcale...

- Nigdy specjalnie nie bywałem. A teraz jeszcze bardziej unikam obecności. Bo ona się wiąże z byciem bez przerwy błyskotliwym. Dalajlama wcale nie jest błyskotliwy. Mówi powoli, może nawet przynudza. Ale mówi piękne rzeczy.

Poczucie humoru Pana nie opuszcza.

- Bo też nie może. To rzecz konieczna do tego, żeby trwać w świecie, w którym całkowicie zacierają się granice między tym, co dobre, co złe, pomiędzy systemami wartości. Już wszystko zostało ośmieszone, sprowadzone do parteru. Po kolei znikają autorytety, świętości, obszary tabu, które jeszcze niedawno nie pozwalały o wszystkim mówić. Dzisiaj wszystko jest dozwolone.

Pan jest przeciw takiemu obśmiewaniu wszystkiego i wszystkich?

- Nawet najzabawniejsza formuła biesiady kabaretowej nie usprawiedliwia ataków i żartów personalnych. Jeżeli przypomni pani sobie cykl programów do dziś uważanych za ideał inteligentnej rozrywki, czyli Kabaret Starszych Panów, to dam sobie rękę obciąć, że tam nie było żadnego ataku ad personam. Jeśli chcieli kogoś wyśmiać, to wymyślali w tym celu fikcyjne postaci, zabawne nazwiska i na tym sobie używali. To wymagało pewnego wysiłku, finezji. Dzisiaj czasy temu nie sprzyjają. Dlatego patrzymy z tęsknotą na tamten stary kabaret.

Pan tęskni?

- Nie myślę o nim bez przerwy. Ale brakuje mi, nie tylko w kabarecie, sposobu myślenia na wyższym poziomie wyrafinowania. Wydaje mi się, że jeżeli bez sprzeciwu będziemy się zgadzać na przekraczanie kolejnych granic, to w którymś momencie stracimy kontrolę nad światem.

Troszkę to staroświecko brzmi.

- Może jestem staroświecki. Ale wydaje mi się, że gdybym miał zostać w tej całkowitej mniejszości, a może nawet gdybym miał być sam, to i tak będę bronił własnych przekonań. Zresztą bycie w głównym nurcie, w tzw. mainstreamie, nie bardzo mnie pociąga. Jeszcze do niedawna nosiłem w kieszonce marynarki różnokolorowe poszetki, czyli chusteczki. Ale mniej więcej rok temu zauważyłem, że zrobiła się na nie moda. I przestałem nosić. Życie nie polega na tym, żeby robić to, co wszyscy.

- Pan tak wcześnie zaczął pracować, że mógłby już sobie spokojnie zafundować emeryturę. Jako 13-latek zagrał Pan w serialu o Kamilu Kurancie.

- 33 lata temu.

Następnie była kolejna duża rola w "Krótkim filmie o miłości", a potem rozsypał się worek z filmami, w których Pan grał i które reżyserował. To było bardzo intensywne życie.

- Tak, i niewykluczone, że pewnego rodzaju uczucie zużycia, które mi towarzyszyło przez kilka lat, pewnie z tego się wzięło. To nie jest zbyt odkrywcze, co teraz powiem. W życiu nie jest dobrze, kiedy rzeczy dzieją się zbyt szybko, gwałtownie. Jeśli nie znamy umiaru, podążamy za falą, która nas niesie, bez refleksji i wytchnienia. Wtedy zawsze płacimy za to mniejszą lub większą cenę. Kiedy ta zapłata nastąpi, to zależy od naszej indywidualnej odporności. Optymistyczne jest tylko to, że nie mamy do czynienia z procesem nieodwracalnym. Że akumulatory znowu można naładować. To dopiero brzmi staroświecko... Ale wie pani co, bycie takim dowcipnym pistoletem, który udziela błyskotliwych odpowiedzi, strasznie mnie znużyło.

Panu aktorstwo nie wystarczyło. Ten zawód nie wciągnął Pana na dobre.

- Teraz już wciągnął. Cały czas się zastanawiam, skąd miała pani poczucie, że się wycofałem. Reżyseruję sztuki w teatrze, gram. W aktorstwie rozsmakowałem się dopiero wtedy, kiedy zacząłem je rozumieć. Wszystko, co było w młodości, szło siłą rozpędu. Za mało było czasu na refleksję. Wie pani, aktorstwo to piękny zawód, w którym naprawdę każdego dnia możemy wszystko wygrać albo wszystko przegrać.

Okrągła formułka, ale prawdziwa. Tym zawodem nie można się znudzić, bo nie można się go nauczyć tak do końca. Znudzić można się tylko tym, co może nam spowszednieć. Czymś, co mamy w małym palcu. Aktorstwa nie można mieć w małym palcu.

Pracuje Pan teraz nad jakimś filmem?

- Nad spektaklem w teatrze. W ciągu roku wyreżyserowałem dwie sztuki. Teraz zagram w sztuce Marka Rębacza. Ale tym, co mnie zajmuje przez cały rok, jest Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach.

Unika Pan celebry, ale prowadzi festiwal, który ma w nazwie gwiazdy.

- I chce pani zapytać, czy nie ma w tym sprzeczności?

To też, ale co się, Pana zdaniem, kryje pod pojęciem gwiazda?

- Kiedy Festiwal Gwiazd tworzyli Waldemar Dąbrowski, Jan Kulczyk i profesor Adam Myjak, w tej nazwie było coś żartobliwego. Ojcowie założyciele zdawali sobie sprawę, że to nie jest Hollywood ani Cannes. W tamtych czasach, w połowie lat 90., show-biznes w naszym kraju nie był jeszcze tak rozbestwiony jak dzisiaj. Nie było tej całej przygnębiającej otoczki tabloidowej, tych plotkarskich portali, internetu z jego dobrymi, ale też złymi stronami, takimi, na których się wyżywają trolle i hejterzy. Teraz słowo gwiazda nabrało innego znaczenia.

Kogo możemy nazywać w Polsce gwiazdą?

- Na pewno Marylę Rodowicz. Myślę, że Krystyna Janda czy Bogusław Linda udowadniają, że gwiazdą można być też w naszych realiach.

Przewrotnie zapytam - a Olaf Lubaszenko?

- Od lat robiłem wszystko, żeby usunąć się z tej linii frontu. Nigdy nie chciałem brać udziału w takim pojedynku. Przyjąłem pełną pokory koncepcję na życie, że mogę docierać do ludzi tylko poprzez codzienną, ciężką pracę w teatrze. I w ten sposób budować swoją skromną pozycję, niekoniecznie potrzebując do tego milionowej widowni. Dla mnie wyzwaniem jest to, że w miesiącu mogę zagrać 12 czy 15 razy dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi. I ten rodzaj kontaktu mi odpowiada. Wiem, że jeżeli ja się spiszę, to ci ludzie wrócą do teatru. I zapamiętają mnie jako faceta, który się starał.

Ryszarda Wojciechowska
Dziennik Polski
23 sierpnia 2014
Portrety
Olaf Lubaszenko

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia