Żona z wytwórni żon

"Bahamut" - reż. Wojciech Kościelniak - Akademia Sztuk Teatralnych we Wrocławiu

Płaska czy kulista? Zawieszona w kosmicznej próżni a może oparta na gigantycznej rybie – Bahamucie? Jaka jest Ziemia i kto ją zamieszkuje? Ludzie posiadający dusze czy androidy o idealnych ciałach? Części z tych pytań nie musimy sobie jeszcze zadawać, niemniej pojawiają się one w spektaklu Wojciecha Kościelniaka „Bahamut". Przedstawienie można było zobaczyć podczas drugiego dnia 36. Festiwalu Szkół Teatralnych, który 14 maja rozpoczął się w Łodzi. Sztuka oparta na podstawie powieści Jane Austen pod tytułem „Duma i uprzedzenie", przekształca zawarte w niej motywy fabularne, osadza je w odmiennej rzeczywistości i podaje do analizy widzom.

Zamiast Anglii przełomu XVIII i XIX wieku znajdujemy się w świecie przyszłości, w którym po wielkiej katastrofie ekosystem uległ zaburzeniu. Zwierzęta są rzadkością, mech i drzewa ogląda się w nielicznych parkach krajobrazowych, ludzi wyniszczają alergie. W takim świecie wciąż żywe są konwenanse dotyczące obowiązków kobiet, dopełniane przez pogląd, że piękna żona to skarb na wagę złota a obecność androidów umożliwia utrzymanie takiego stanu rzeczy.

Siostry Bennet to u Kościelniaka androidki, idealne twory o zróżnicowanych charakterach i funkcjach, przystosowane do spełnienia roli żony, uroczej partnerki. Pogardzane przez prawdziwe, „ludzkie" kobiety, uznawane za twory niższego rzędu, pokornie czekają na uśmiech od losu. Nie wiemy, czy mają marzenia, czy posiadają plany. Wydają się być zawieszone w próżni, z której może je wyrwać tylko zamążpójście. W przeciwnym wypadku dziewczęta jako elektrośmieci zostaną zutylizowane.

Wojciech Kościelniak nie skupił się w „Bahamucie" na wątku romansowym pomiędzy bohaterami. Jest on delikatnym tłem do opowieści o człowieczeństwie i tym, co je definiuje. Wyznacznikiem nie jest bynajmniej fanatyczna wiara, cielesna powłoka czy mityczna obecność duszy. Człowieczeństwo u Kościelniaka to czucie i współodczuwanie emocji oraz zdolność do autorefleksji, które nie wszyscy „prawdziwi" ludzie posiadają.

Scenografia przygotowana przez Annę Kościelniak, ma bardzo prosty charakter. Ściana zbudowana z tekturowych kartonów różnej wielkości przypomina wnętrze hali magazynowej. W zamkniętych kartonach prawdopodobnie znajdują się nie złożone jeszcze, czekające na swoją kolej, roboty. Tło wzmocnione stelażami pełni również rolę ekranu, na którym wyświetlane są motywy powtarzające się w fabule przedstawienia: fragmenty listów pisanych przez bohaterów, pływający w głębinach Otchłani Bahamut, wizerunki androidek.

Stroje bohaterów wskazują na ich charakter, pochodzenie, fakt czy mamy do czynienia z ludźmi czy też robotami? Podobnie wygląda sprawa charakteryzacji. Ludzie są pokryci siniakami, krwiakami, otwarte rany nie chcą się goić. Męczą ich alergie. Ciała androidek są perfekcyjne. Piękno podkreślone makijażem odcina się na tle ogólnego rozkładu. Każda z nich posiada kod QR oraz metkę wytatuowaną na skórze, oznaczającą markę „produktu".

Świat wykreowany przez Kościelniaka to smutna, postapokaliptyczna wizja, którą udało się zbudować na scenie głównie dzięki aktorom. Ich gra nie zawsze była prowadzona konsekwentnie i spójnie, jednak w całościowym spojrzeniu na spektakl, broni się przed negatywnymi komentarzami. Niestety nie wszystkim młodym aktorom dano możliwość wyraźnego zaznaczenia charakterów kreowanych przez nich postaci. Przez to postać Elżbiety Bennet czy Fitzwilliama Darcy'ego to ledwie zaznaczone na scenie cienie, których decyzje chyba nie są do końca wystarczająco mocno umotywowane.

Mimo niewielkich kłopotów z symboliką, którą dla zrozumienia czasami trzeba rozkładać na części pierwsze i następnie właściwie poskładać, „Bahamut" to przedstawienie, które ogląda się niezwykle przyjemnie. Fabuła – choć nienowa – w odświeżonej formie jest bardzo interesująca, czasami wręcz ekscytująca. Akcja prowadzona płynnie, w spektaklu nie pojawiają się sceny zbędne, czy nużące. Wielbiciele stereotypowego Wojciecha Kościelniaka mogą się poczuć zawiedzeni, że spektakl dyplomowy zrealizowany ze studentami IV roku AST we Wrocławiu nie jest musicalem. Jednak właśnie na szczególne słowa uznania zasługuje w nim mądrze, w znakomitej relacji do bieżącej narracji, różnorodna, klimatyczna, znakomicie dobrana i ułożona przez Paulinę Derską – muzyka.

Wszystko to sprawia, że obejrzenie tego przedstawienia, kiedy tylko pojawi się taka okazja, bardzo gorąco polecam.

Agata Białecka
Dziennik Teatralny Łódź
16 maja 2018

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia