Zostałam wykluczona

Felieton Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej

Teatr w Polsce (i nie tylko u nas) jest zawłaszczony przez środowiska lewicowe. I dopóki nie odbijemy go - a pora już najwyższa - nie ma co marzyć o prawdziwym teatrze, o wielkiej sztuce realizującej transcendentne powołanie człowieka i o pięknym, głębokim aktorstwie.

Dzisiaj - jak zwykle - piszę o teatrze, tyle że z innej strony. Otóż 16 stycznia zadzwoniłam do Nowego Teatru w Warszawie, którego dyrektorem artystycznym jest Krzysztof Warlikowski, i zgłosiłam osobie odpowiedzialnej za kontakty z prasą, że chciałabym obejrzeć spektakl "Sonata widm" według Augusta Strindberga w reżyserii Szweda Markusa Őhrna. Co, nawiasem mówiąc, jest moim obowiązkiem zawodowym. Na to usłyszałam, iż jest to niemożliwe, ponieważ w tym roku obowiązują roczne akredytacje dla recenzentów, a ja takowej nie mam, bo nie zgłosiłam ani ja, ani moja redakcja ("Nasz Dziennik") wniosku o przyznanie akredytacji. A teraz jest już za późno, termin był do 10 stycznia br.

Zapytałam, jak sprawa się ma z krytykami teatralnymi innych redakcji, otrzymałam odpowiedź, że wnioski zostały złożone w terminie i akredytacje przyznano. Na moje pytanie, w jaki sposób dziennikarze dowiedzieli się o akredytacjach i o terminie składania wniosków, moja rozmówczyni odpowiada, że teatr wysyłał informację w tej sprawie. Dlaczego więc - pytam - takiej informacji nie otrzymałam ani ja, ani moja redakcja. Tym bardziej że na przykład 4 stycznia i później przysyłała pani na mój e-mailowy adres wiadomości dotyczące repertuaru teatru, wykładów w świetlicy, koncertów, rozmaitych zajęć itp. I ani słowem nie wspomniała pani o akredytacjach recenzenckich, a był jeszcze czas do 10 stycznia. Odbieram to jako dyskryminację mojej osoby i mojej redakcji. Dyskryminację światopoglądową.

Na to pani odpowiada, że mogłam sobie poszukać wiadomości na Facebooku lub na stronie teatru. Tylko skąd mogłam wiedzieć, że teatr wprowadził nową formę zaproszeń dziennikarzy na spektakle i że wiadomość jest na Facebooku i stronie teatru. A już propozycja, bym sobie kupowała bilety, i pytanie, czy mojej redakcji nie stać na bilet - jest nie tylko wysoce niestosowna, ale ukazuje kulisy całej sprawy. Odbieram to bowiem jako celową działalność Nowego Teatru w stosunku do mnie. Chodzi o to, aby mi utrudnić albo wręcz uniemożliwić oglądanie spektakli w tym teatrze. Zwłaszcza po mojej recenzji "Tryptyku" prezentowanego tu gościnnie w ubiegłym roku przez gejowski teatr Markusa Őhrna na zaproszenie Krzysztofa Warlikowskiego. To ordynarne, pornograficzne widowisko homoseksualne, wypełnione dewiacyjnymi, odrażającymi i pełnymi przemocy scenami, łącznie z kazirodztwem, pedofilią i czym kto chce - nie miało nic wspólnego z przedsięwzięciem artystycznym. U mnie spowodowało mdłości, więc na jakiś czas musiałam wyjść. Obecnie ten sam reżyser, Markus Őhrn, znowu na zaproszenie Krzysztofa Warlikowskiego przygotował przedstawienie "Sonata widm" z zespołem Nowego Teatru. Tak więc niezawiadomienie o akredytacjach w rezultacie spowodowało wykluczenie mnie z tzw. listy krytyków i uniemożliwienie oceny prezentowanych tu przedstawień. W tym również "Sonaty widm". Dodam tylko, że Nowy Teatr nie jest prywatną sceną Krzysztofa Warlikowskiego, lecz teatrem miejskim utrzymywanym z kasy ratusza, zatem z naszych podatków.

I jeszcze jedno: na moje pytanie, dlaczego "Gazeta Wyborcza" - tak, a "Nasz Dziennik" - nie, pani odpowiada, że "Gazeta Wyborcza" jest patronem teatru. Sprawa przyjmowania przez redakcję patronatu nad teatrem jest dla mnie dość kontrowersyjna. Patronat w zasadzie odbiera możliwość obiektywnej oceny spektaklu. No, bo jak może ukazać się krytyczna recenzja w gazecie, jeśli ta sama gazeta roztacza nad teatrem opiekę? W tej sytuacji recenzent przestaje być recenzentem, a staje się promotorem teatru.

To, co się obecnie dzieje w środowisku teatralnym, i szerzej artystycznym, wydaje się koszmarnym snem. Nie ma to nic wspólnego z prawdziwym, twórczym rozumieniem wolności artystycznej oraz zasad demokracji. Oto aktorzy sami chcą sobie dobierać i angażować dyrektora teatru, w którym pracują (vide: sytuacja w Teatrze Polskim we Wrocławiu). Te kuriozalne żądania środowiska teatralnego rozszerzają się coraz bardziej. Oto teatr ustawia krytyków teatralnych, jak mają pisać. Jeśli nie będą posłuszni, teatr zamknie przed nimi drzwi. Artyści wykazują obecnie jakąś dziwną aktywność, szkoda że nie ma to przełożenia na dzieła artystyczne.

Teatr w Polsce dziś - poza kilkoma wyjątkami - sięgnął najprawdziwszego dna. Aktorzy, reżyserzy, duża część środowiska artystycznego zamiast ambitnej sztuce daje dziś swoją twarz czy to manifestacjom KOD-u, czy poparciu okupacji Sejmu przez opozycję, czy skarżeniu się na szwajcarskim bruku, że aktorzy w Polsce mają zamykane usta i boją się (vide: Jacek Poniedziałek), czy na łamach tabloidów opowiadają, jak to jadąc w tramwaju, czują się jak żydowskie dziecko podczas okupacji (vide: Magdalena Cielecka) itd., itd. No, ale cóż się dziwić. Teatr w Polsce (i nie tylko u nas) jest zawłaszczony przez środowiska lewicowe. I dopóki nie odbijemy go - a pora już najwyższa - nie ma co marzyć o prawdziwym teatrze, o wielkiej sztuce realizującej transcendentne powołanie człowieka i o pięknym, głębokim aktorstwie.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
24 stycznia 2017

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...