Zwietrzały Moniuszko, aktualny Tansman

"Dwa Słowa", Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Sobotnia premiera dowiodła, że odarcie Moniuszki z historycznego kostiumu nie wystarczy już do stworzenia ciekawego spektaklu. Czy nie lepiej odkrywać zapomniane perły XX-wiecznej opery polskiej, do których bez wątpienia należy "Przysięga" Aleksandra Tansmana?

Pomysł "Dwóch słów" już przed premierą budził poważne wątpliwości. Lekkostrawną komedię pomyłek Stanisława Moniuszki zestawiono bowiem ze znakomitym "epizodem lirycznym" Aleksandra Tansmana wyłącznie według klucza tematycznego. Tyle że dla "Verbum nobile" honorowe przyrzeczenie stanowi zaledwie źródło infantylnej, papierowej intrygi, natomiast w "Przysiędze" przyjmuje ono rolę fatum w wysmakowanej literacko i brzmieniowo tragedii. Wieczór zdecydowanie rozpadł się na dwie nieprzystające i nierówne połowy: irytującego Moniuszkę oraz intrygującego Tansmana. 

Trudno zresztą było oprzeć się wrażeniu, że podobny stosunek do przedsięwzięcia mieli muzycy Teatru Wielkiego. Znakomitą, hipnotyzującą interpretację "Przysięgi" poprzedziło bowiem niedopracowane wykonanie "Verbum nobile". Moniuszkowskie polonezy i walce pozbawione były energii oraz rytmicznej swady. W niektórych fragmentach orkiestra po prostu musiała grać cicho i apatycznie - inaczej wątły i niestabilny baryton Przemysława Firka (Serwacy Łagoda) w ogóle nie przebiłby się do uszu publiczności. Jedyną satysfakcjonującą kreację stworzyła Marta Boberska - jej ciepły, liryczny sopran pozwolił wielu przetrwać pierwszą połowę wieczoru. Mało prawdopodobne wydaje się zresztą, by dobre wykonanie mogło uratować jednoaktówkę Moniuszki. To po prostu słaba, pełna niekonsekwencji i kiczowatych uproszczeń partytura z miernym, dawno zdewaluowanym librettem. 

Tekst Jana Chęcińskiego to komedia szlachecka Fredry sprowadzona do literackiego poziomu współczesnej telenoweli. Nieczytelne bądź pozbawione sensu wydają się dziś obecne w nim obyczajowe smaczki, społeczne aluzje oraz językowe gagi. 

Reżyser spektaklu Laco Adamik dwoił się i troił, mnożąc nawiasy mające uzasadnić sens wystawiania "Verbum nobile". Jednak ani wysmakowana scenografia i ruch sceniczny stylizowane na międzywojenną restaurację, ani introdukcja, w której papierowe postaci komedyjki przyrównano do bohaterów objazdowego teatru kukiełkowego, nie były w stanie zakamuflować rażącej słabości muzycznego oraz literackiego materiału. Nasz stosunek do Moniuszki ilustruje schizofreniczną naturę polskiego kompleksu kulturowego. Na zmianę deprecjonujemy cały jego dorobek albo próbujemy udawać, że nie tylko "Straszny dwór" czy "Halka" lecz także wszystkie pisane na kolanie jednoaktówki i operetki mają ponadczasowy walor. 

"Przysięga" Tansmana dobitnie pokazuje, że nie chodzi tu bynajmniej o konflikt między tym co nowe a tym co ugruntowane w tradycji. Muzyczny język dzieła - przesiąknięty wyrafinowaną Ravelowską estetyką brzmienia i doprawiony szczyptą Bartkowskiego ekspresjonizmu - jest bowiem nie mniej historyczny i konwencjonalny niż Moniuszkowskie polonezy. Już podczas swej premiery w 1954 roku "Przysięga" mogła spotkać się z zarzutem epigoństwa. Jeśli wciąż - choć rzadko - bywa wystawiana i nagrywana, to dzięki najwyższemu poziomowi rzemiosła kompozytorskiego oraz oryginalnej koncepcji dramaturgicznej. Utwór, choć stanowi swobodną adaptację prozy Balzaka, zdaje się ewokować unikalną poetykę kinowych baśni Jeana Cocteau. Sama muzyka - bardzo swobodna formalnie i raczej komentująca akcję sceniczną niż tworząca z nią syntetyczną całość - hipnotyzuje słuchacza rozległym, pojedynczym łukiem dramaturgicznym, a otrząsnąć się ze scenicznego koszmaru pozwala dopiero po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. "Przysięga" nie opowiada bowiem realnego dramatu - stanowi raczej stylizowany seans spirytystyczny, jednorazowy wgląd w "karmiczną" pułapkę tragedii zaklętej w murach opuszczonego domostwa. 

"Przysięga" to dzieło na wskroś francuskie i nic w tym dziwnego - przecież skomponował je paryski kompozytor polskiej narodowości. Być może pora się pogodzić z faktem, że nie licząc Chopina, istotna muzyka zaczęła u nas powstawać w XX wieku i w większości wypadków miała charakter zdecydowanie kosmopolityczny. Chyba że wolimy w sposób sztuczny podtrzymywać życie przebrzmiałej, publicystycznej i wątpliwej estetycznie definicji polskości, którą można odnaleźć w dziełach Moniuszki.

Michał Mendyk
Dziennik
20 lutego 2009

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia