Zwycięstwo lubelskiej „Zemsty nietoperza"

"Zemsty nietoperza" - reż. Artur Barciś - Lubelski Teatr Muzyczny

Lubelski Teatr Muzyczny pod dyrekcją Kamili Lendzion udowodnił po raz kolejny, że warto wystawiać operetki, jeśli robi się to z klasą, dystansem i poczuciem humoru, a odpowiedni dobór solistów sprawił, że mieliśmy do czynienia z wydarzeniem o znaczeniu ogólnopolskim.

Johann Strauss II (1825-1899) stał się w XIX wieku prawdziwym królem walca. Był niesamowicie pracowity, pisał wszędzie i na wszystkim, nawet czasem na serwetkach czy mankietach koszuli. Stworzył kilkanaście dzieł muzyczno-scenicznych oraz około 500 krótkich utworów estradowych: walców, polek, galopów, kadryli czy mazurów. Najsłynniejszy na świecie stał się jego walc „Nad pięknym modrym Dunajem". Bez tego dzieła nie można sobie wyobrazić koncertu noworocznego z wiedeńskiej Złotej Sali Musikverein. Nie da się również pominąć w historii operetki arcydzieła gatunku, jakim jest jego „Zemsta nietoperza". W drugim akcie przypomina mocno operę komiczną, ma rozbudowane finały, znakomicie napisane ansamble oraz partie solowe, duety, tercety i kwartety. Była wystawiana na najsłynniejszych scenach operowych świata od Wiednia po Londyn i Nowy Jork. Artystom pod wodzą reżysera Artura Barcisia również świetnie się to udało na lubelskiej scenie.

Muzyka Straussa lśni niezwykłym blaskiem pod warunkiem, że jest odpowiednio wykonana. Po premierowej obsadzie spodziewałem się, że „Zemsta nietoperza" będzie ciekawym artystycznym przeżyciem i rzeczywiście została muzycznie poprowadzona przez Rubena Silvę w sposób mistrzowski. Po raz pierwszy był kierownikiem muzycznym tej operetki za czasów mojej dyrekcji artystycznej w Gliwickim Teatrze Muzycznym, a spektakl wyreżyserował wtedy Jacek Chmielnik. Wielu dyrektorów, zwłaszcza w teatrach operowych, decyduje się na premiery operetek głównie po to, aby zapełnić salę i zwiększyć przychody, natomiast wielokrotnie spotkałem się z lekceważącym stosunkiem do tego gatunku. Jeśli w ten sposób traktuje się utwory Kalmana, Lehara czy Straussa, stajemy się świadkami pośmiertnej zemsty kompozytorów i realizacje oraz wykonania okazują się słabe. Jeśli jednak podchodzi się do tego gatunku z odpowiednią uwagą, można wydobyć z operetek piękno muzyki, humor sytuacyjny i formę rozrywki na wysokim poziomie. Kamila Lendzion, wcześniej pod nazwiskiem Cholewińska, była gwiazdą Teatru Muzycznego w Łodzi i pokochała gatunek operetki. Obecnie prawie wszystkie teatry muzyczne w Polsce przestawiły się na gatunek musicalowy, a operetkę wrzuciły do lamusa, więc lubelska scena staje się jedynym miejscem w naszym kraju, gdzie można z ulgą zasiąść w fotelu i cieszyć się widowiskiem operetkowym na wysokim ogólnopolskim poziomie.

Skrzące się dowcipem libretto, genialnie spolszczone przez Juliana Tuwima, nabrało nowego życia w reżyserii Artura Barcisia. Zabawna i zagmatwana akcja przedstawia losy Gabriela von Eisensteina, który uderzył poborcę podatkowego i ma za karę trafić do aresztu. Zaprzyjaźniony z nim doktor Falke przygotowuje razem z księciem Gigi Orłowskim wspaniały bal, a dyrektor więzienia aresztuje Alfreda, kochanka Rozalidy, biorąc go mylnie za jej męża Eisensteina. Na balu pojawia się służąca Rozalindy – Adela, przebrana za damę, natomiast Rozalinda w masce udaje węgierską hrabinę... Zachwyciła mnie Edyta Piasecka, dysponująca dramatycznym sopranem koloraturowym niezwykłej urody. Stworzyła wiele wspaniałych partii w Operze Krakowskiej i Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Była gwiazdą festiwali muzycznych, między innymi w Krynicy-Zdroju za dyrekcji Bogusława Kaczyńskiego. W 2018 roku wcieliła się znakomicie w Gildę u boku Andrzeja Dobbera w „Rigoletcie" na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi za dyrekcji Krzysztofa Marciniaka. W „Zemście nietoperza" można było podziwiać nie tylko jej wyjątkowy głos, ale także talent aktorski i dystans do odgrywanej roli hrabiny Rozalindy, zdradzającej męża, również marzącego o zdradzie. Gwiazdą II aktu stał się Jan Jakub Monowid – wybitny kontratenor o międzynarodowej renomie, który wcielił się w Księcia Orłowskiego z niezwykłym wdziękiem i talentem aktorskim. Jego głos brzmiał jak brylant, a znakomicie dopasowany do konwencji pastiszu styl gry aktorskiej wzbudzał radość i entuzjazm. Dyrygował śmiechem całego dworu na scenie, który następnie przenosił się na widownię. Podobała się pełna wdzięku Paulina Janczaruk w subretkowej partii Adeli. Precyzyjnie odśpiewała wszystkie koloratury i zaprezentowała aktorski temperament.

Mile zaskoczyła mnie obecność w spektaklu Patryka Pawlaka, dla którego rola doktora Falke była debiutem operetkowym. Ten dobry aktor o dużych możliwościach wokalnych, sprawdził się znakomicie. Zachwyt wzbudził także Łukasz Ratajczak w zabawnej roli kochanka Rozalindy – Alfreda, dla którego dbanie o głos, dobra kolacja i wino są ważniejsze od damsko-męskich figli. Kilkanaście lat wcześniej podziwiałem w tej partii jego ojca Janusza Ratajczaka na gliwickiej i bydgoskiej scenie. Tomasz Rak jako zdradzony mąż zaprezentował wachlarz swoich wokalnych i aktorskich możliwości, zwłaszcza w więziennej scenie, podczas której przebrał się za notariusza: wtedy wreszcie pokazał pełny temperament. (Warto przypomnieć, że ten wyjątkowy artysta niedawno wystąpił w „Thaȉs" Masseneta na scenie mediolańskiej La Scali.) W trzecim akcie czeka się na „show" strażnika więzienia – i nikt chyba nie poczuł się zawiedziony. Mistrzowska rola aktorska pijanego Froscha w wykonaniu Zbigniewa Maciasa wywoływała salwy śmiechu na widowni. Dzielnie towarzyszył mu Paweł Wrona w roli dyrektora Franka. Pocieszny był też Jarosław Cisowski jako jąkający się mecenas Blind, któremu nigdy nie dają skończyć...

Choreografia Iwony Runowskiej świetnie wpasowuje się w akcję, nie jest nachalna, nie ma w niej klasycznych popisów. Warto również zwrócić uwagę na dobre przygotowanie chóru przez Grzegorza Peckę – zespół brzmiał pięknie i śpiewał równo z ręką dyrygenta. Dopasowana do akcji reżyseria świateł Marcina Nogasa zmieniała się dynamicznie, zwłaszcza w „balowym" drugim akcie. Zachwyciły mnie kostiumy solistów i zespołu, zaprojektowane przez Tatianę Kwiatkowską do drugiego aktu. Dekoracje jednak nie zrobiły na mnie wrażenia. W pierwszym akcie wydawało mi się, że jestem na placu budowy z surową metalową konstrukcją na środku sceny, która przypomina tak zwane rusztowania warszawskie, ale nijak nie pasuje mi do operetki. Lustra na kółkach, jakby wzięte z sali baletowej, wydają się niepotrzebne. Reżyserowi zależało na uniwersalnej konstrukcji. W drugim akcie było to mniej bolesne, ponieważ pięknie ubrany zespół chóru zasłaniał prawie cały stelaż i na środku sceny królowała piękna czerwona kanapa, a w trzecim „więziennym" akcie metalowe schody pasowały do akcji.

W pierwszym akcie mamy pomieszanie strojów współczesnych z klasycznymi. Reżyser chciał pokazać dystans do opowiadanej historii. Ta operetka nadaje się do gry z konwencją i możliwe, że młodzi ludzie nie będą się na niej nudzić. Dużo jest w spektaklu pomysłów, ożywiających publiczność. Podczas uwertury widzieliśmy zabawny filmik nakręcony w okolicach lubelskiego zamku z udziałem doktora Falke w stroju nietoperza oraz ubranych współcześnie ludzi, kpiących z niego i robiących zdjęcia telefonami komórkowymi. W drugim akcie został powtórzony żart ze smartfonami: podczas śpiewania utworu „Mów mi ty, przyjacielu" artyści na scenie wyciągają telefony i robią sobie „selfie", po czym zapalają latarki i migają do rytmu wyznaczanego przez partyturę i dyrygenta. W scenie balu na hasło „czardasz" muzyk zaczyna grać fragment słynnego „Czardasza" Montiego, ale po chwili zawstydzony przerywa, ponieważ ma być przecież – zgodnie z partyturą – zaśpiewany „Czardasz Rozalindy". W pierwszym akcie Alfred ściąga spodnie, ubiera szlafrok, wyrzuca majtki, po czym w obecności Rozalindy i dyrektora więzienia zachowuje się jak ekshibicjonista, odsłaniając poły szlafroka. W trzecim akcie Alfred śpiewa fragmenty słynnych arii i pieśni, domagając się braw: „O, sole mio", „Matko moja miła", „Rozalinko, oj jedyna, dziewczyno moja" (zamiast „Oj, Halino..."). To sprawia, że publiczność bawi się świetnie. Ale są też poważne chwile. Na długo zapadło mi w pamięć zdanie księcia Orłowskiego: „W moim domu – w przeciwieństwie do mojego księstwa – panuje zupełna wolność i swoboda"...

Ciężkim przeżyciem dla mnie jako miłośnika muzyki operowej i operetkowej było użycie na niewielkiej scenie Teatru Muzycznego w Lublinie mikroportów dla śpiewaków. Znając potencjał głosów takich osób jak Edyta Piasecka czy Tomasz Rak, występujących na potężnej scenie Opery Narodowej i słyszalnych bez problemu, pojawia się pytanie o powód takiej decyzji. Reżyser chciał, aby w II akcie grał na scenie kwartet smyczkowy, co było samo w sobie dobrym i miłym pomysłem (słyszeliśmy między innymi muzykę Astora Piazzolli), ale przeszkadzało w odbiorze dialogów. Poza tym prawdopodobnie głos solistów poruszających się na szczycie konstrukcji mógł „uciekać" w kulisy i okotarowanie. Mnie użycie mikroportów jednak bardzo przeszkadzało, zwłaszcza w kameralnym pierwszym akcie. To, co jest dopuszczalne i naturalne w przestrzeniach sal widowiskowo-sportowych czy w plenerze, razi w klasycznym teatrze muzycznym.

Multimedia przygotował Franciszek Barciś, syn reżysera. Na ekranie w tle w pierwszym akcie widzimy salę kominkową, w drugim – wspaniałą salę balową, a w trzecim – króluje portret Artura Barcisia, który w pewnym momencie ożywa, wzbudzając entuzjazm na widowni. Aby podkreślić dystans do opowiadanej historii, na ekranie pojawiają się też od czasu do czasu napisy jak z filmów w starym kinie. Są to komentarze do przedstawianej akcji, na przykład: „Chodziło o to, że prawnik chciał pomóc, a tylko zaszkodził", „Ach, jakże oni pięknie kłamią".

Reasumując, z pewnością udało się stworzyć w Teatrze Muzycznym w Lublinie premierę operetki na ogólnopolskim poziomie od strony muzycznej, a pełna dobrych pomysłów reżyseria Artura Barcisia i rzetelna praca aktorska sprawiły, że ogląda się to przedstawienie jak dobrą komedię. Warto także pochwalić ciekawie opracowany przez Nadię Gruszkę i elegancko wydany program do premiery. Jestem przekonany, że lubelska „Zemsta nietoperza" będzie często i długo grana przy pełnej widowni.

Krzysztof Korwin-Piotrowski
Dziennik Teatralny
5 kwietnia 2022
Portrety
Artur Barciś

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...