Żywioł – przebłyski życia i śmierci

"Pieśni Utopieńców" - spektakl muzyczny - Scena Wspólna, Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu, ul. Brandstaettera 1, Poznań

Widzę ten spektakl muzyczny jako kipiący kontrolowaną beztroską za sprawą jego twórców, a może właśnie od twórców, którzy widocznie dobrze się bawiąc bawią też widzów?

Zanim jednak popłynę w rozważaniach na temat samego spektaklu pt. "Pieśń Utopieńców" prezentowanego w Scenie Wspólnej w Poznaniu, chciałabym na początku wrócić myślą do momentu przed jego rozpoczęciem, do momentu, który nazwałbym prologiem. Wtedy kurtyna była jeszcze zasunięta, jednak wyłaniały się spod niej nieśmiałe bliki światła, które nieco rozpraszały zastany mrok, ale wraz z muzyką budowały aurę silnego napięcia i niepokoju. Był to moment na swój sposób intrygujący.

Kiedy już ujawniona została nam tajemnica, którą skrywała kurtyna wcześniej, zbudowane nastroje zostały nonszalancko rozbite przez postaci twórców. Pojawili się oni na scenie, aby jak ryby w wodzie płynąć przez spektakl z muzyką i ruchem.

Ale po kolei.

Pawlak i Pawlak – Agnieszka i Stanisław – ona i on – oboje czarujący i barwni. Postaci sceniczne, które zaprezentowali posiadały kontrastujące energie. Ona często subtelnie zmysłowa, by czasem zaprezentować okiełznaną niezdarność, o glosie intrygującym o różnorakich możliwościach wokalnych. On nieco bardziej powściągliwy, tworzący duet z instrumentami, na których gra muzykę na żywo, co jest niezaprzeczalnie potężnym atutem tej sztuki. Widocznie sprawia mu to ogrom frajdy, kiedy lawiruje pomiędzy różnymi brzmieniami – czasem bardziej miękkimi bluesowymi, innym razem energetycznymi. Mimo swej pozornej monochromatyczności spektaklowi daleko od bycia minimalistycznym. Sylwetki postaci okraszone barwną ekspresją oraz odziane w nietuzinkowe, nieregularne kostiumy skutecznie chronią dla mnie ten spektakl od takich określeń.

Monochromatyczność nazwałam pozorną, ponieważ, całość jest zachowana w bieli i czerni. Na przestrzeń składają się czarne podesty, rozmieszczone w różnych miejscach szklane napełnione wodą cylindry o różnych wysokościach i instrumenty muzyczne. Sceny rozgrywały się często w półmroku, jednak światło zabiera spektaklowi monochromatykę, plamiąc ją barwnymi blikami. Nie dość, że było ono niejednokolorowe, to jeszcze padało w różny sposób i z różnych stron. Raz było zaaplikowane w tkankę spektaklu jako ostre snopy, innym razem miękko oświetlało wybraną postać. I tym właśnie światłem manewrowano na tyle zręcznie, że efektownie grało, odbijało się to od cylindrów, to załamywało się malowniczo na kostiumach.

Kostiumy są według mnie najsilniejszym elementem przestrzeni sztuki, zatem nie tylko pełniły role kostiumu, ale też scenografii. Mój wzrok często skupiał się właśnie na nich, ponieważ zachwycały konstrukcją – a w zasadzie dekonstrukcją niby garnituru, niby garsonki, a może strojów weselnych pary młodej? Doceniam, że pozwolono kostiumom „wybrzmieć", a nie tylko dopełnić przestrzeń.

Punkt kulminacyjny spektaklu, w którym wszystkie elementy doskonale współgrają, tworząc niesamowity obraz, to sekwencja z kulą disco. Kryjąca się w głębi sceny zostaje w pewnym momencie wprawiona przez Stanisława w ruch, następnie odpowiednio skierowano na nią światło. W efekcie tych działań po przestrzeni zaczęły tańczyć drgające bliki światła. W tej scenerii w pewnym momencie dostrzec można było diagonalną kompozycję, na której osi znajdowała się owa kula, Stanisław i Agnieszka najbliżej frontu i prawej kulisy, domykając scenę poruszającym wołaniem mamy. Utkwiła mi ta chwila wyjątkowo w pamięci. Widzę w niej i w oszczędnych ale efektownych środkach dużo precyzji i wyobraźni.

Na koniec zostawiłam kwestię wody, która jest motywem przewodnim sztuki. Niejednokrotnie jesteśmy do niej odsyłani zarówno przez elementy zawarte w warstwie wizualnej, jak i tekstu, czy ruchu scenicznego. Linki te nie są jednak banalne, lecz na swój sposób eleganckie. Zawierają się bardziej bezpośrednio w realnej wodzie, wypełniającej szklane cylindry o różnej wysokości lub subtelniej przez projekcje multimedialne i światło. Niejednokrotnie imitują one takie odbijane lub przenikające przez taflę w różnych okolicznościach. Motyw widoczny jest w kostiumach z elementami materiału niby falującego, jednocześnie nabudowanego tak, aby trochę imitował morską pianę.

Zauważałam, że momentami nieco imitowano motorykę ciała podczas pływania, czy samą miękko falującą wodę. Najsilniej jednak jest ona obecna w warstwie tekstowej śpiewanych piosenek. Pochodzą one ze zbiory Pieśni Topielców, których autorem jest związany z Poznaniem m.in. z tutejszymi teatrami offowymi. Woda, o której traktują teksty raczej nie jest przyjazna, ale zwrócono uwagę na jej destrukcyjną siłę i nieprzewidywalność tego żywiołu. Treść oraz określone w internetowym programie spektaklu jako „chwytliwe, melodyjne i przeszywające wielogatunkowe aranżacje grane na żywo [...]" (z czym nie mogę się nie zgodzić) tworzą kontrastującą, przez co intrygującą całość. Bywało, że dawałam ponieść się często energetycznej i radosnej muzyce. Towarzyszył jej m.in. kokieteryjny, lecz mam wrażenie mocno intuicyjny taniec i melodyjny głos. Momentami czułam się osobiście wybita z rytmu, kiedy orientowałam się, że zestawione z tymi elementami są padające właśnie jakieś dramatyczne słowa, czy wyznania, bowiem podmioty często dawno już zbliżyły się do śmierci. Rzuciło to ciekawe spojrzenie i na samą wodę i na tę śmierć, nieco odczarowując drugą, traktując ją jako przynoszącą prawdę i mądrość, którą zyskały niejako dzięki niej właśnie martwe już postaci.

Wychodząc ze sceny wspólnej miałam w sobie skrajne odczucia. Z jednej strony czułam, że otrzymałam dawkę pozytywnej energii, o którą nieraz ciężko zwłaszcza w grudniowe wieczory, z drugiej zaś melancholię. Przyznam, że połączenie tych emocji było w gruncie rzeczy miłe i warte doświadczenia.

Aleksandra Puk
Dziennik Teatralny Poznań
30 grudnia 2021

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia