Anioły czy diabły?
Pamięci Tadzia ŁomnickiegoNajwiększą gwiazdą [Teatru Współczesnego w Warszawie] był niewątpliwie Tadzio Łomnicki - najlepszy aktor drugiej połowy XX wieku. Pomimo wielu dziwactw lubiłem go. To jedyny aktor, z którym mogłem rozmawiać o teatrze. Był genialny szczególnie tam, gdzie tragedia mieszała się z farsą. Dlatego, powiem rzecz straszną: lepiej, że Leara zagrał tylko na próbie. W 1992 r. Teatr Nowy w Poznaniu stał się jego domem na zawsze.
Tytuł jest nawiązaniem do sztuki Wiktora Szenderowa, zagranej w Teatrze Współczesnym. Teatrze, który wrósł w krajobraz Warszawy, jak na przykład cukiernia Bliklego. Współczesny przeżył ostatnie półwiecze ze wszystkimi przeszkodami, rowami z wodą, szlabanami itd. przede wszystkim dzięki zaletom jego założyciela i długoletniego dyrektora Erwina Axera. I ja przeżyłem tam blisko 20 lat, uczestnicząc we wszystkim sukcesach - i plamach - tej sceny. Różne też mam wspomnienia.
Na przykład nie zapomnę chwili, kiedy wchodzę na scenę i widzę przed sobą w pierwszym rzędzie wszystkie portrety: Bierut, Rokossowski Cyrankiewicz. Zaszczycili pamflet Zegadłowicza "Domek z kart". Był to rok 1953.
Artyści Współczesnego to była wtedy liga mistrzów. Największą gwiazdą był niewątpliwie Tadzio Łomnicki - najlepszy aktor drugiej połowy XX wieku. Pomimo wielu dziwactw lubiłem go. To jedyny aktor, z którym mogłem rozmawiać o teatrze. Wiedział o nim wszystko. Naprawdę WIELKI aktor. "Wielki" - słowo zużyte, którym określa się teraz byle celebrytę.
To był pomnik. Wystarczy wspomnieć choćby "Artura Ui" [na zdjęciu] - superkreacja, choć w czasie prób bywało różnie. Kiedy reżyser zapytał Tadzia: "Ty to tak chcesz grać?", otrzymał zwięzłą odpowiedź: "Pierdol się". Rola wywołała entuzjazm nie tylko w Warszawie, Tadziu miał sukces także na gościnnych występach w Leningradzie.
Druga taka perełka to Łatka w "Dożywociu". Obserwowałem go z odległości pół metra jako Birbancki. Grał wszystkich swoich wielkich poprzedników - Żółkowskiego, Rapackiego, Panczykowskiego - i siebie. Był genialny. W Londynie oszołomił krytykę i publiczność. Natychmiast dostał kilka propozycji filmowych, ale... No właśnie - język - dla niego bariera nie do przeskoczenia.
Byłem świadkiem jednej próby: lądujemy w Montrealu. bagażowy zabiera mu walizkę. Tadzio protestuje - po rosyjsku! - Tadziu - mówię - przecież on nic nie rozumie. - Co ty - odpowiada - jestem za granicą, mówię po cudzoziemsku, musi zrozumieć.
Niestety, mimo potęgi Związku Radzieckiego ani bagażowi, ani producenci nie mówili po rosyjsku.
A jego role "osobiste" - "Ja, Feuerbach", "Komediant"? Wspaniałe. Był genialny szczególnie tam, gdzie tragedia mieszała się z farsą. Dlatego, powiem rzecz straszną: lepiej, że Leara zagrał tylko na próbie. W 1992 r. Teatr Nowy w Poznaniu stał się jego domem na zawsze. Dziesięć lat później stał się także sceną jego imienia. Czy naprawdę ostatnie słowa, które nam zostawił, były kwestiami z Shakespeare\'a: "Więc jakieś życie świta przede mną/ Dalej, łapmy je, pędźmy za nim, biegiem, biegiem"? Jeśli tak było - Tadziu za wcześnie skończył swoją zmianę w tej sztafecie życia. Gdybym potrafił przejąć od niego pałeczkę, chciałbym zrobić chociaż jeszcze jedno okrążenie...
Wrócę do tytułu. Bliżej mu było do diabła. Znacznie bliżej.