Hotel Zupełnie Niespełnionych Pragnień

„Hotel ZNP. Rękopis znaleziony w popielniczce" - reż. Kuba Kowalski - Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi

Ciągły bieg, właściwie maraton – długi niczym włosy głównej bohaterki, poprzez stany miłości i zawiedzeń, ulotnych chwil przyjemności, kończących się z reguły zupełnie przeciwnie niż się można było spodziewać. „Hotel ZNP. Rękopis znaleziony w popielniczce" jest o problemach, w których niczym przez dym papierosowy przedziera się główna bohaterka. Kiedy widowni spektaklu w Teatrze Nowym w Łodzi także robi się duszno, luftem okazuje się humor i groteska.

Poetycko, z wcinkami kiczu, wiedzie swój monolog Belcia, bohaterka powieści Izabeli Tadry, w adaptacji Małgorzaty Maciejewskiej. W spektaklu wyreżyserowanym przez Kubę Kowalskiego opowiada o swoich miłosnych przebojach, o tym ile razy liczyła na wiele, a ostatecznie się zawiodła, ile razy w tym paskudnym, najbrzydszym w mieście hotelu, miała spędzić cudowne chwile, a wyszło... jak zawsze.

Dobrze, że w każdym pokoju zamiast Biblii w szufladzie połyskuje kryształowa popielniczka – to ona czyni to miejsce odrobinę mniej podłym. Podli są za to goście tego przybytku – a tym samym goście w sercu Belci. Wchodzą w butach na pościel i sieją spustoszenie – lecz nie tylko w pokoju hotelowym. Belcia nieustannie poddawana jest uciskom. Każdy chce ją mieć, ale taką jak sam ją widzi. Nie może być sobą, musi przywdziewać maski. Maska dobrej żony, matki, córki, kochanki – zawsze, nawet kiedy nie chce; wyzbytej cierpienia, smutku i niezadowolenia. Ma być nieustannie idealna. Zagubiona błądzi w tym labiryncie upokorzeń i zawiedzeń.

Belcia nie jest w tym wszystkim sama. Historię opowiada tajemniczemu „panu", który wydaje się tym jedynym – wyśnionym, idealnym kochankiem. Przez cały spektakl poznajemy jego poprzedników. Są pełni wad i dla widza oczywistym jest, że każdy z tych związków szybko się zakończy. Główna bohaterka opowiadająca swoje dzieje niczym baśń, też już to wie. Żałuje, że nie wiedziała wcześniej. Zwierza się „panu" – ale być może „panem" jest każdy z nas? Albo ktoś, kogo każdy z nas wypatruje na swoim horyzoncie.

„Hotel ZNP" to przede wszystkim rzecz o ciągłym poszukiwaniu: miłości i samej siebie, a tym samym wyrastaniu z iluzji. O tym jak postrzeganie kochania dorasta w każdym. Belcia, choć zdaje się naiwna, dla mnie jest obrazem kobiety poszukującej. Idącej czasem ślepo za myślą, że to ten jedyny, nie zważając na sygnały ostrzegawcze, biegnącej na czerwonym prosto pod koła kolejnego nieodpowiedniego partnera.

Temat nie jest wcale błahy, jest powszechnie obecny i ważny, twórcy postawili jednak na swobodę w podejściu do niego. Mieszanie konwencji – aspekty trudne i bolesne, przedstawione zostały momentami wręcz komediowo, groteskowo, nawiązują raz do musicalu, raz do opery, choć teksty bywają wulgarne. Nie sposób pominąć wartości jaką dodaje muzyka, za którą odpowiedzialny jest Olo Walicki. Poza scenami śpiewanymi, melodie dopasowane do tego, co aktualnie się dzieje, wykonuje doskonale Antoni Włosowicz. Jak sam wspomina – często improwizuje. Jego postać jako jedyna nie występuje w książce Izabeli Tadry.

Pojawia się natomiast w spektaklu i nadaje mu wielowymiarowości jako intrygujący pianista, który jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu wita gości swą ponurą grą, przemyka z widzem przez opowieść Belci. Czasem będąc jej cieniem, odbiciem, może sumieniem. To zagrany właśnie przez Antoniego Włosowicza – Duch Belci. Ubarwia każdą scenę i dodaje kolejną płaszczyznę. Choć gra aktorska Pauliny Walendziak i charyzma jej postaci są nieocenione, to w duecie z nonszalanckim i jednocześnie dystyngowanym „Duchem Belci" tworzą oddzielny horyzont percepcji spektaklu.

Gra aktorska wraz z choreografią, za którą odpowiada Krystian Łysoń to szczególnie mocna strona tej sztuki. Sama Belcia, miotająca się między światami, momentami zupełnie absurdalna, a jednocześnie tak bardzo życiowa. Falująca pomiędzy prawdą a wyśnionymi wizjami, bywa podległa, ale i zupełnie niezależna. Hipnotyzuje. Zachwyca lekkością poruszania się po scenie i swoim specyficznym „byciem" wciąga widza do innego wymiaru. Dialogi matki (Katarzyna Żuk) oraz jej ruch sceniczny i plastyczność postaci – służącej za swego rodzaju „żywy rekwizyt"; świetnie zagrane przerysowanie i absurdalność „psiej niańki" (Karolina Bednarek) i „wisienka na torcie absurdu", czyli pedantyczna Cioteczka (Piotr Seweryński), u której rosół można by jeść z muszli klozetowej. Każda postać to dopracowany oddzielny byt, malujący szary, choć klimatyczny, prl-owski hotel kolorami. Tajemnicze drzwi pokoi tworzą swoiste portale między światami postaci.

Poza przestrzenią, która otacza bohaterów, dopieszczone są także stroje, które wraz ze scenografią aranżował Maks Mac. Długie, bujne włosy Belci, to przykładowo nie tylko element charakteryzacji, lecz także ważny aspekt fabuły, łączący się z motywem postrzegania samej siebie i tego jak jest postrzegana przez innych. Niecodzienne włosy w zestawieniu z mieniącą się sukienką, do której bohaterka przewrotnie zakłada kabaretki wraz ze skarpetkami i zwieńczeniem w postaci brokatowych szpilek, oddają jednocześnie jej skłonność do bajkowości i fantazji, ale też niejako niedopasowanie do żadnej formy. Chodząca sprzeczność i mieszanka wybuchowa. W niej każdy może odnaleźć cząstkę siebie.

„Hotel ZNP" może i jest najbrzydszym hotelem w Warszawie, ale w Łodzi jako sztuka plasuje się wysoko. Nie pozwala się nudzić, zapewnia coraz to nowe atrakcje. Po „wymeldowaniu" nie sposób pojąć dokładnie wszystkiego, co właśnie się przeżyło. Dla mnie to cechy dobrego pobytu... zarówno w hotelu, jak i w teatrze.

Maja Owczarek
Dziennik Teatralny Łódź
13 lutego 2025
Portrety
Kuba Kowalski

Książka tygodnia

Małe cnoty
Wydawnictwo Filtry w Warszawie
Natalia Ginzburg

Trailer tygodnia