Jaka jest rola Elizabeth?

„Elizabeth Costello. Siedem wykładów i pięć bajek z morałem" – reż. Krzysztof Warlikowski – Nowy Teatr w Warszawie

Elizabeth Costello to australijska pisarka, bohaterka twórczości J.M. Coetzeego, a także tytułowa postać najnowszej reżyserskiej realizacji Krzysztofa Warlikowskiego wystawianej na deskach Nowego Teatru w Warszawie. Ma (przykładowo) 40, 60 lub 70 lat. Właśnie weszła w „wiek niewidzialności" lub do niego stopniowo dorasta. Jej poglądy radykalizują się. Rzadziej mówi to, co wypada, częściej to, co naprawdę myśli. Czy naprawdę mowa tu wyłącznie o Elizabeth Costello? Może to głos większości dojrzałych kobiet? A może jednak nie tylko kobiet?

Na scenie ciemno. Chwilę później rozbłyska ekran, a na nim pojawia się Ann Lee, czyli bohaterka krótkiego filmu autorstwa Philippe Parreno „Anywhere Out of the World" (2000). Granatowowłosa dziewczyna, której oczy są całe szare i nie mają tęczówek (kojarzy się z postacią z japońskich anime) mówi o tym, kim jest i do czego została stworzona. Jest to porażająco gorzki monolog, w którym dowiadujemy się, że jest tylko produktem, którego można użyć w przyszłości nadając mu pożądane cechy. Używa określenia „shell" oznaczającego skorupę, a moje myśli biegną w stronę filmu animowanego „Ghost in the shell" (reż. Mamoru Oshii, 1995). Występuje w nim policjantka-cyborg, dla której ludzkiej osobowości utworzono cybernetyczny pancerz, wyglądający (na pozór) jak człowiecze ciało. Ale tak ona, jak i Ann Lee to przecież tylko fikcyjne postaci, dlaczego więc wywołuje to we mnie tyle emocji? Ekran gaśnie.

Po prawej stronie na niebiesko-białej podłodze stoi ogromna, prostokątna konstrukcja, która przez brązowe ramy okien przypomina witrynę sklepową. Po lewej znajduje się bordowe łóżko i dwa fotele, a także, oddzielona ruchomą (jak się później okaże) ścianą, toaleta, cała w białych, kwadratowych kafelkach. W tle długa ściana z jasnych, drewnianych płyt. Wymienione rzeczy stanowią stałe elementy scenografii (autorka: Małgorzata Szczęśniak). To w tej przestrzeni/tych przestrzeniach, porozdzielanych kolorami podłogi/wykładziny będą rozgrywały się sceny z życia Elizabeth - od momentu, gdy John Maxwell Coetzee (Mariusz Bonaszewski), poproszony przez pracowników uniwersytetu w Kapsztadzie o przeczytanie opowiadania o niej, ożywi bohaterkę swojej prozy właściwie dosłownie.

Elizabeth odbierająca nagrodę (Jadwiga Jankowska-Cieślak), Elizabeth na wycieczkowym statku snująca opowieść o Erosie (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), Elizabeth krytykująca prozę Paula Westa (Maja Ostaszewska), Elizabeth opowiadająca o współczuciu dla zwierząt (Ewa Dałkowska), Elizabeth marząca o budowie pokazowej ubojni (Maja Komorowska) i wreszcie Elizabeth wchodząca do świata stworzonej przez siebie postaci (Andrzej Chyra) – co ma na celu ten zabieg? Dlaczego jedną postać gra tak duże grono osób? Wiek – chodzi o wiek, to na pewno. Dzięki temu widzimy ją na różnych etapach życia. Jednak ta opowieść nie jest chronologiczna. I dobrze! Wprowadza to w lekki stan zagubienia, ale także pokazuje, że poglądy głównej bohaterki wcale nie radykalizują się w miarę upływu życia. Odnoszę wrażenie, że ona po prostu zawsze wiedziała, co chce przekazać. Jednak wraz z wiekiem mówi wprost, że nie ma czasu mówić rzeczy, których nie myśli.

Przemyślenia, którymi się dzieli, nie są łatwe w odbiorze. Wywołują poruszenie i nierzadko niezgodę wśród słuchaczy. Zwraca bowiem uwagę na rzeczy niewygodne – na różnice w traktowaniu kobiet i mężczyzn w zakresie twórczości oraz ekscentrycznych poglądów. Ponadto krytykuje patriarchat i przywłaszczanie sobie cudzego cierpienia przez pisarzy i poetów, a także pochyla się nad losem zwierząt zabijanych masowo w celach konsumpcyjnych.

Czasem słyszymy także, z czym zmaga się wewnątrz. Jej bardzo kobiecy wówczas głos niesie się zimnym dźwiękiem odbitym od łazienkowych kafelków, gdy zdaje sobie sprawę, że milczy w sprawie zła, które jej się przydarzyło (dodatkowo po tym mocnym monologu Mai Ostaszewskiej następuje fenomenalny aktorsko ciąg scen z Andrzejem Chyrą jako Paulem Westem/Mefisto). Smagana lodowatym, arktycznym wiatrem żali się na bycie wyłączoną z gry (tę intensywną scenę kreuje doskonale Małgorzata Hajewska-Krzysztofik). Z jakiej gry? Tej, w której jest nadal obiektem westchnień i rozmarzonych spojrzeń, za którymi będzie tęsknić także w swoje siedemdziesiąte urodziny (fantastycznie ekscentryczną Elizabeth w tej odsłonie jest z kolei Ewa Dałkowska). Gdy się temu smutkowi przyglądam, przypominają mi się pierwsze wersy utworu Haliny Poświatowskiej „***(moje ciało jest jak bezpański pies)", które brzmią: „moje ciało jest jak bezpański pies/ jeśli skradnie kość pieszczoty to chyba słońcu/ ludzie potem mówią – liryka miłosna/ a to włókna czerwone samotności".

Kim (lub czym) jest więc Elizabeth Costello? Jest na pewno postacią fikcyjną - pisarką, której głos jest głosem kobiet w różnych chwilach ich życia. Jest także alter ego noblisty, za którą skrył się, aby swobodniej mówić to, co myśli. Odnoszę przemożne wrażenie, że jest również (bardziej uniwersalnie) głosem artysty wyrażającego siebie/swoje poglądy poprzez sztukę. To swoisty awatar Krzysztofa Warlikowskiego w fikcyjnym świecie jego twórczości (podkreśleniem tego faktu może być przebranie aktora kreującego jedno z wcieleń Costello w kobiecy kostium). Zupełnie tak, jak on w wyreżyserowanych przez siebie sztukach, Elizabeth zadaje niewygodne pytania i konfrontuje widza z zagadnieniami tak trudnymi, jak i istotnymi dla współczesnego człowieka, opowiadając historie tych, którzy sami nie mogą dać świadectwa.

I w końcu jest „Elizabeth Costello" Spektaklem przez duże S – świetnym, wielowymiarowym oraz wybitnie zagranym (co już jest normą w przypadku rewelacyjnego zespołu Nowego Teatru). To inscenizacja doskonale przemyślana pod każdym względem: od perfekcyjnej scenografii i idealnie dobranych kostiumów autorstwa Małgorzaty Szczęśniak (które czasem puszczają oczko do innych spektakli Warlikowskiego - jak spodnium Mai Ostaszewskiej w tym samym odcieniu błękitu, co suknia Magdaleny Cieleckiej w „Aniołach w Ameryce"), przez bezbłędną charakteryzację autorstwa Moniki Kalety, melancholijną muzykę autorstwa Pawła Mykietyna czy intrygujące wideo i animacje Kamila Polaka, aż po klimatyczne światło w reżyserii Felice Ross.

Kim (lub czym) Elizabeth jest dla mnie? Jest metaforą matki, przyjaciółki, siostry, a także mnie samej. Jest także zbiorem poglądów, które rezonują z moimi – swoistym lustrem. Jest zachwytem i wzruszeniem formą przekazu. Jest w końcu (czy może przede wszystkim) bardzo ważnym dla mnie spektaklem.

A jaką rolę odegra dla Ciebie? Jeśli chcesz się tego dowiedzieć, wybierz się do Nowego Teatru na „Elizabeth Costello. Siedem wykładów i pięć bajek z morałem" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego.

Bezapelacyjnie warto!

Agata Kostrzewska
Dziennik Teatralny Zielona Góra
29 marca 2025

Książka tygodnia

Małe cnoty
Wydawnictwo Filtry w Warszawie
Natalia Ginzburg

Trailer tygodnia