Juliusz Słowacki w licznym towarzystwie

3. Dramaty Narodów

Scenografia znakomita. Muzyka piękna i pięknie wykonana. Teksty też nie najgorsze. Ale przedsięwzięcie pod tytułem "Tryptyk Stanisławowy" zorganizowane w 200. urodziny Słowackiego nad jego grobem olśniewające nie było.

Czemu obchodziliśmy urodziny poety przedstawieniem, którego głównym bohaterem był nie on sam lub jego dzieło, lecz Bolesław Śmiały i biskup Stanisław? Oraz, jako współautorzy, Stanisław Wyspiański i Karol Wojtyła? Nie dość, że Słowacki na wieki stowarzyszony został w krypcie pod posadzką katedry wawelskiej z Adamem Mickiewiczem (za którym, ze wzajemnością, nie przepadał), to jeszcze urodziny urządzono mu - w tejże katedrze, przy konfesji św. Stanisława - w towarzystwie. Co prawda godnym, ale zawsze. 

Pewną pociechą dla jubilata mogłoby być, że to jego część tryptyku została wykonana najlepiej. Rapsod V "Króla-Ducha" przypadł Jerzemu Treli i Dorocie Segdzie, którzy przeczytali partie grzesznego Bolesława i namiętnej Chrystyny zgodnie z wszelkimi zasadami recytacji. Słyszało się i rozumiało każde słowo, interpretacja była oszczędna, acz przemyślana, głosy aktorów pięknie brzmiały w dostojnym wnętrzu katedry. 

Mniej szczęścia miał Wyspiański, który w ustach Grzegorza Mielczarka stawał się z minuty na minutę coraz bardziej niezrozumiały. Nie dość, że Mielczarek nie ma najlepszej dykcji, to jeszcze nadmiernie przejął się rolą i emocje przesłoniły mu sens wypowiadanych słów. Tadeusz Malak z kolei skupił się na naśladowaniu głosu i sposobu mówienia Karola Wojtyły, a nie na przekazaniu myśli. Pozostali aktorzy - Krzysztof Jędrysek, Jacek Romanowski, Aleksander Fabisiak, Tadeusz Szybowski - z powagą, jaka przystoi miejscu i okazji, towarzyszyli kolegom. 

Było bowiem godnie, poważnie i dostojnie. Chór katedralny godnie kroczył ze świecami w dłoniach, aktorzy w wieczorowej czerni prezentowali skupienie i powagę, muzyka dostojnie wypełniała przestrzeń katedry. Katedra w roli scenografii wyglądała wspaniale. Ale pomysł zestawienia tekstów poświęconych konfliktowi między królem a biskupem nie był nośny. Teksty nie wchodziły ze sobą w dialog, nie było między nimi tarcia, dyskusji. Nie bardzo też wiadomo, czemu akurat tym tematem mielibyśmy czcić tę rocznicę. Dostaliśmy trzy poetyckie opowieści utopione w wytwarzanym ze wszystkich sił podniosłym nastroju. Konwencjonalną akademię wykonaną sporym nakładem środków, tyle że zawieszoną w próżni. Próżni emocjonalnej, bo do końca nieznane pozostały intencje przyświecające twórcom. A nawet jeżeli chodziło tylko o pokazanie piękna poetyckiego słowa, niezbyt się to powiodło. 

Pomysł poświęcenia trzeciej edycji Dramatów Narodów Słowackiemu był od początku ryzykowny - mało kto ostatnio w teatrze zajmuje się Słowackim i na ciekawe przedstawienia nie było co liczyć. Produkcję własną festiwalu, czyli "Tryptyk Stanisławowy", trudno uznać za sukces artystyczny, a i o popularyzacji mniej znanej twórczości wieszcza nie można mówić, jako że dzieło to zostało zagrane tylko dwukrotnie. Ale festiwal dopiero się rozpoczął - może powie jeszcze o Słowackim coś interesującego.

Joanna Targoń
Gazeta Wyborcza Kraków
8 września 2009

Książka tygodnia

Małe cnoty
Wydawnictwo Filtry w Warszawie
Natalia Ginzburg

Trailer tygodnia