Nohavica bez Nohavicy

21. Międzynarodowy Festiwal Teatralny "Bez Granic"

Jaromir Nohawica jest dla Cieszyna, jak i dla całego Zaolzia postacią \'ważną\', wyrazicielem pewnej nieuchwytnej i być może już nieistniejącej zaolziańskiej atmosfery oraz specyficznego dlań sposobu postrzegania świata. Toteż trafnym wydaje się wybór wybór tematu jakiego na cieszyński festiwal dokonał katowicki Teatr Korez. O ile jednak sam przedmiot wyboru nie budzi większych wątpliwości, to już jego inscenizacja rodzi raczej mieszane uczucia.

Na początek kilka łyżek miodu...

Niewątpliwym atutem spektaklu jest tłumaczenie. Ktoś - podobnie jak niżej podpisany autor recenzji - znający Jaromira Nohjawicę raczej od strony muzycznej, usiłujący jedynie wychwytywać pojedyncze kwanty sensu z mgławicy słowiańsko-języcznych analogii, ma wreszcie okazję usłyszeć, o czym tak naprawdę Jaromir Nohawica śpiewa; i – jak mniemam - utwierdzić się w przekonaniu, iż J. Nohawica wielkim poetom jest.  

Po drugie, podjęta tu próba teatralizacji pieśni J.Nohawicy bardzo im służy – dzięki scenicznej inżynierii piosenki odzyskują swój pierwotny szeroki kontekst – w wyświetlanej na ekranie starej fotografii, ruchomym obrazom i animacji, charakterystyczna dla Nohawicy atmosfera prostodusznej nostalgii za światem minionym, staje się jeszcze wyraźniejsza i bardziej intensywna. Krótko mówiąc, inscenizacja wzmaga "klimat" pieśni.

...wlanych do beczki dziegciu

Jakkolwiek, mimo udanego zabiegu nadania spektaklowi teatralnego rysu, nadal jest to przede wszystkim przedstawienie muzyczne, a więc priorytetem powinny być umiejętności wokalne wykonawców. A tu właśnie jest pies pogrzebany. Otóż z całej czwórki odtwórców tylko o Anicie Sajnóg można powiedzieć że śpiewa, reszta - niewątpliwe utalentowanych aktorów - poprzestaje na melorecytacjach. I choć dzięki umiejętnościom scenicznym wiele można nadrobić, to jednak całości czegoś brakuje - wykonanie piosenek choć barwne jest płaskie, brakuje tego "kopa", jaki piosence daje maestria śpiewu. Toteż mimo niewątpliwych starań, jakich wykonawcy włożyli w budowanie formy każdej z pojawiających się kreacji, nieustannie rzuca się w oczy brak właściwej piosence treści, "mięsa", czyli mówiąc wprost - talentu. Miałem - w tym wypadku niestety - okazję oglądać wcześniej koncert samego J. Nohawicy, przez co nie nie mogłem oprzeć się wrażeniu oglądania podkolorowanej lecz słabej imitacji. .  

Słów też kilka powiedzieć by trzeba o scenografii. Pomysł nań jest prosty, zamiast budować ciężkie teatralne dekoracje, wykorzystano ekran na którym są one wyświetlane. Rzecz to z pewnością ciekawa, lecz, mimo całego bogactwa wizualnego rozświetlającego ekran, całość inscenizacji tj. ekran plus pusta scena plus ekran sprawiają raczej ubogie wrażenie – jakby umowność i odległość obrazu wyświetlanego na rozpiętym płótnie, bez wsparcia w realnej scenografii, była zbyt "wirtualna", by wypełnić sobą scenę i przenieść widza w odmienioną rzeczywistość. Całość raczej sprawiała wrażenie niedoinwestowanej produkcji bądź projektu robionego przy okazji i na kolanie {i proszę mi tu nie mówić o idei "teatru ubogiego" bowiem nawet jeśli w zamyśle scenografia nie miała zasłaniać istoty teatru tj bezpośredniego kontaktu aktora z widzem, to zapomniano o jednym ważnym czynniku – w tej czystej relacji aktor-odbiorca musi wydarzać się coś naprawdę niezwykłego. Tutaj się nie wydarza}. 

By jednak nie popaść w przesadę w negowaniu całkiem przyzwoitego spektaklu, należało by podsumować , że, mimo niewątpliwych braków, przedstawienie ogląda się lekko i przyjemnie, a kilka naprawdę udanych aranżacji {z najpiękniejszą "Panie prezydencie" w wykonaniu Mirosława Neinerta na czele} potrafi dostarczyć prawdziwych wzruszeń i przenieść widza w dawnego świata czar. Co nie zmienia faktu, że jako całość spektakl nieco rozczarowuje.

Michał Raszka
Dziennik Teatralny
9 października 2010

Książka tygodnia

Małe cnoty
Wydawnictwo Filtry w Warszawie
Natalia Ginzburg

Trailer tygodnia