Pestka Festival 2024 – NOWE?! cz. 1

15. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Teatrów i Kultury Awangardowej PESTKA – Jelenia Góra: 30.04 - 4.05.2024 r.

Festiwal Teatrów i Kultury Awangardowej Pestka wydarza się w Jeleniej Górze od 15 lat. Zawsze jest świętem teatru i opanowuje całe miasto – nie da się nie zauważyć, że coś się dzieje. Mnóstwo plakatów, flagi przy wejściu do Jeleniogórskiego Centrum Kultury, wszędzie ludzie z festiwalowymi torbami czy powiewającymi na wietrze identyfikatorami. Tegoroczny idiom: NOWE?! I także nowość: [Re]zydencje, czyli nowa formuła spektakli konkursowych: kwalifikowanych na podstawie opisu projektu, który zamierzają zrealizować. Co z tego wynikło? Przeczytajcie!

30.04.2024, wtorek

Analog Collective, "Mleko w tubce – o dzieciństwie w latach 90-tych", reż. Agata Biziuk
Cudowne lata 90.
Kiedy jesteśmy dziećmi, w pamięci zostają nam słowa, zapachy, obrazy. Analog Collective w spektaklu "Mleko w tubce – o dzieciństwie w latach 90-tych" postanowił zająć się tym tematem i sprawdzić, co ludziom, dorastających w latach 90., zostało z tego czasu. Na początek każda postać wychodzi z wielką, przezroczystą piłką do ćwiczeń - każdy z nich ma swoje uniwersum, swój zestaw "obiektów czułości", czyli artefaktów, których śladami będziemy podążać. Człowiek wyrasta w bańce, którą kreują mu (jak potrafią) jego rodzice i potem w tej bańce podróżuje przez życie.
Cały spektakl w reżyserii Agaty Biziuk odbywa się w jednej przestrzeni. Piątka postaci w kreszowych, kolorowych dresach nie schodzi ze sceny. Na tle białego horyzontu odwołują się do pamięci i wyobraźni widzów, rozliczając się z czasem swojego dzieciństwa. W treści ocierają się o teatr dokumentalny, ponieważ odwołują się do swoich wspomnień - są pokoleniem dzisiejszych 30-latków.
Wśród kolorowych świateł dużo jest elementów choreograficznych. Każda z postaci gra kilka ról, płynnie przechodzimy od jednego domu rodzinnego do drugiego. Myślę, że gdyby zielonogórski teatr tańca Physical ArtHouse dodał do swoich obrazów scenicznych słowa - właśnie tak by to wyglądało. Na pustej scenie ze światła i muzyki stworzyć mikroświat - to sztuka. Analog Collective stworzył lekki spektakl, dzięki któremu nagle znowu oglądam z rodzicami "Śmiechu warte", słuchamy disco polo czy wracam myślami do swojego zbioru karteczek.
Nie wszystko jednak jest tam tak barwne, jak by się wydawało. Na niektóre rzeczy rzuca się cień: rodzice chcieli dobrze, ale nie zawsze to wychodziło. Rzeczywistość bywa momentami wykrzywiona jak obraz świata, pokazywany w rewelacyjnych parodiach reklam. Pierwsze reklamy miały jeszcze językowy polot, jednak szybko zmieniły formułę na absurdalną i denerwującą - taką, jaki dziś oglądamy przed seansami w multipleksach. Żeby zaistniało nowe, trzeba zauważyć stare i zobaczyć je z dzisiejszej perspektywy. Podjąć dialog z przeszłością: zebrać te wszystkie z pozoru nieistotne, bo drobne w skali świata, ale spektakularne w indywidualnym odbiorze rzeczy i momenty, sprawdzając, jak funkcjonują one w człowieku dzisiaj. Składany się przecież z takich drobin, zebranych na przestrzeni życia i one ciągle w nas rezonują - Analog Collective nam o tym przypomina.

1.05.2024, środa

Gerhart-Hauptmann-Theater Görlitz-Zittau, „Ein Leben in Takt", reż. Ingo Putz
Opętany przez rytm
Zaczyna się bardzo niewinnie. Chłopiec (w tej roli świetna Martha Pohla) siedzi na scenie i pokazuje nam, że grać można nawet bez instrumentu. Na perkusji. Odkrycie tego instrumentu jest przełomem w jego życiu. Sprawia, że staje się on jego marzeniem, pasją, a także - jak się okaże - formą porozumienia ze światem. Perkusja wypełnia całe uniwersum młodego człowieka. Scena jest praktycznie pusta: na czarnym tle, z oparów dymu najpierw wyłania się perkusja analogowa, a w miarę upływu czasu - elektroniczna. Badanie świata dźwięków i ich nauka staje się indywidualną obsesją. Jednak jest to świadomy wybór i własna praca. Inaczej niż w filmie "Whiplash" w reż. Damiena Chazelle'a, w którym nauka odbywała się pod kierunkiem niezwykle surowego nauczyciela i doprowadziła ucznia niemal do szaleństwa. Bohater spektaklu "Ein Leben in Takt" w reż. Ingo Putza z Gerhart Hauptmann Theater Görlitz-Zittau jest ubrany na biało: niewinny, nieskażony światem. W opozycji ma czerwoną perkusję, która staje się zarówno jego błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Perkusja elektroniczna jest czarna: ona staje się już niemal mrocznym przedmiotem pożądania. Podczas spektaklu usłyszymy świetną grę na perkusji, klimat stworzą muzyczne klasyki (m.in. Metallici czy Louisa Armstronga). Muzyka wypełnia cały świat chłopca: bohater odstaje od rzeczywistości, której nie rozumie, i którą odbiera wprost: jest autystyczny, co nie będzie oczywiste od początku. Spektakl ma kompozycję klamrową: po przemierzeniu muzycznych przestrzeni nagle dzieje się coś, co przypomina zabieg z amerykańskich filmów: zdarzenie tyleż dramatyczne co absurdalne. Trudno wytłumaczalna rzecz, która jest też tematem serialu "Żmijowisko" w reż. Łukasza Palkowskiego, na podstawie książki Wojciecha Chmielarza. Jednak w serialu o wszystkim dowiadujemy się na końcu, w wyniku dochodzenia. W spektaklu informacja o szokującym wyczynie młodego bohatera zostaje podana wprost - przez niego. Chłopiec nie filtruje wydarzeń. Emocje są tylko w perkusyjnym rytmie, który będzie towarzyszył mu niezależnie od wszystkiego: gdziekolwiek będzie i cokolwiek się stanie.

Teatr Żeromskiego w Kielcach i Teatr Łaźnia Nowa, „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję", reż. Mateusz Pakuła
Realizm niemagiczny
W półmroku słyszymy pierwsze takty "Skyfall" Adele, a potem tekst: "This is the end/ hold hour breathe and count to ten". Liryczne wprowadzenie do arcytrudnego tematu. "To jest koniec/ wstrzymaj oddech i policz do dziesięciu ", bo za chwilę opowiem Ci "Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję". Są różne sposoby radzenia sobie ze śmiercią najbliższych. Mateusz Pakuła po traumie opiekowania się wraz z całą rodziną ciężko chorym ojcem najpierw napisał o tym książkę, a potem wyreżyserował spektakl. Rzucił wyzwanie godne Jamesa Bonda, którego produkcji podjęły się Teatr Żeromskiego w Kielcach i Teatr Łaźnia Nowa. Na scenie pojawia się więc piątka mężczyzn w garniturach. Jeden z nich (Marcin Pakuła) stoi za klawiszami oraz konsolą, z której puszcza muzykę lub wykonuje ją na żywo (muzyka: Zuzanna Skolias, Antonis Skolias, Marcin Pakuła). Misja "tajnych agentów" na początku wydaje się standardowa: opieka nad chorym na raka ojcem. Ostatecznie jednak zamienia się w "misję niemożliwą": jak to zrobić, żeby nieuleczalnie chorego pacjenta już nie ratować, ale (legalnie?...) skutecznie pozbawić życia? Czy to w ogóle w tym kraju jest wykonalne? Monumentalną scenografię do spektaklu tworzą czarne rury, rodem z aquaparku, które rozchodzą się w dwie strony od wielkiego ekranu, będącego punktem centralnym tej konstrukcji. Przypomina to upiorny plac zabaw, ale w kontekście spektaklu może kojarzyć się z wnętrzem człowieka: jego narządami, w labiryncie których próbuje nie zabłądzić czwórka "agentów", czyli rodzina, wciąż zaskakiwana przez przeciwnika - raka trzustki. Ekran jest okrągły i staje się słońcem, ale też wizualizacją ojca oraz kalejdoskopu jego życia: pierwszym i ostatnim punktem odniesienia jest przecież ojciec, z którego powodu w ogóle to wszystko się wydarzyło i powstało. Mateusz Pakuła jako reżyser i autor tekstu opowiada o powolnej śmierci bez bohaterstwa oraz cierpieniu, które nie jest szlachetne, nie jest sztuką. To jest realizm absolutnie niemagiczny, choć ubrany w formę spektaklu teatralnego. I mimo tego, że na scenę nie kapnie ani kropla krwi czy innych cielesnych wydzielin: oczami wyobraźni zobaczymy wszystko ze szczegółami. Tym bardziej, że wśród widzów na pewno są osoby, które mają podobne doświadczenie. Przez dwie godziny mamy skompresowany rollercoaster emocjonalny, który w prawdziwym życiu trwał kilka miesięcy. Jan Jurkowski i Andrzej Plata tworzą braterski dwugłos, Wojciech Niemczyk wciela się w rolę ojca, a Szymon Mysłakowski brawurowo zagra babcię Natalię, pielęgniarkę czy chamowatego lekarza (i to głównie modulacją głosu). Cała piątka, którą widzimy na scenie jest absolutnie profesjonalna, skupiona i panująca nad narracją: spektakl nie tylko nie przechyla się niebezpiecznie w stronę patosu, ale ciągle "łamany" jest śmiechem, który stara się być sposobem na radzenie sobie z sytuacją, z którą nie wiadomo, jak sobie poradzić. Istotna jest tu także scena rodzinnej dyskusji o tematach, które nadal w naszym kraju są tabuizowane: pojawia się m.in. homoseksualizm czy legalizacja związków partnerskich. Kończy się to, oczywiście, ideologiczną kłótnią na tle religijnym. "Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję" to ciężki temat podany wprost. Eutanazja, która nadal jest poza debatą publiczną. W ciągu roku od premiery spektakl zdobył (zdecydowanie zasłużenie!) wiele nagród na różnych festiwalach. Jak w rozmowie po spektaklu powiedział sam reżyser: "To paradoks, że ulubionym spektaklem Polaków jest spektakl o umieraniu na raka". Z tego spektaklu wychodzi się absolutnie wstrząśniętym, choć temat nie jest ani nowy, ani nieznany. Ma tu miejsce coś podobnego, jak w "Pogo" w reżyserii Kingi Dębskiej. Spektakl na podstawie książki Jakuba Sieczko, w której on sam jako były ratownik medyczny opisuje swoją pracę bez upiększania i budowania heroicznej legendy ratowania ludzkiego życia na co dzień. To często dramatyzm samotności lub bezradność wobec śmierci, ale też codzienne stykanie się ze zniszczoną w różny sposób tkanką ludzką i psychiczny koszt tej pracy. W spektaklu Pakuły to groteskowa (choć przecież w gruncie rzeczy nieśmieszna) walka z systemem służby zdrowia. Jest mrocznie, choć pojawiają się barwy świateł; jest komicznie, choć mamy łzy w oczach; jest cierpienie, choć zespół "Meksykanów" na chwilę urządza imprezę po śmierci ojca. Jesteśmy w teatrze, ale wiemy, że ta historia jest akurat prawdziwa i z wyciem z bólu cierpiącego człowieka, które my słyszymy przecież ze sceny tylko przez krótki czas zostaniemy po tym spektaklu na długo.

Klub Anonimowych Aktorów, „Klub anonimowych aktorów – i inni", reż. Rafał Derkacz
Zawody aktorskie
Na początku widzimy pustą scenę. Pod horyzontem kilka zdemontowanych reflektorów, przy prawej i lewej kulisie czarne, sportowe torby. Za chwilę wchodzą aktorzy. Trójka młodych mężczyzn. Ich pojawienie się zostaje "zapowiedziane" przez napis, wyświetlony na horyzoncie - w ten sam sposób będą opisane kolejne sceny. Niemy komentarz jasnych liter będzie często żartobliwy. Aktorzy są ubrani w sportowe, krótkie spodenki (każdy ma inny kolor: jeden czerwony, drugi niebieski, trzeci czarny), białe podkoszulki, a do tego rozpięte, białe koszule. Przypominają trójkę dziwnych Konradów z "Dziadów" Adama Mickiewicza, którzy za chwilę rozpoczną zawody. "Klub anonimowych aktorów - i inni" w reż. Rafała Derkacza to forma aktorskiej rywalizacji o pierwsze miejsce na wyimaginowanym (ale też realnie ustawionym w trakcie trwania akcji na scenie z drewnianych bloków) podium. Każdy chce być najlepszy: zaprezentować wachlarz swoich możliwości, zostać zapamiętany i otrzymać angaż. Ich działania są absurdalne, rozpaczliwe i przejaskrawione, ale przede wszystkim - profesjonalne. Spektakl Derkacza można uznać za "wersję demo" rewelacyjnego widowiska w reżyserii Mikołaja Grabowskiego "Scenariusz dla trzech aktorów". Tekst Bogusława Schaeffera to właśnie taka szalona zabawa konwencjami i błyskawiczna podróż przez możliwości i kreatywność aktorów. W "Klubie anonimowych aktorów" widać inspirację tym tekstem, co jest ciekawym punktem odniesienia. W spektaklu Derkacza Michał J. Bajor, Krzysztof Satała oraz Jan Kowalewski parodiują także próby: współpracę z neurotycznym reżyserem, który w zagmatwany sposób stara się wytłumaczyć sposób grania sceny. Motyw skarykaturyzowania polskiego reżysera i jego sposobu pracy był przedstawiony w spektaklu Teatr Polskiego we Wrocławiu  "Tęczowa trybuna 2012" w reż. Moniki Strzępki. Tu jednak centralnym punktem jest rywalizacja: kolejne zadania aktorskie i ciosy, otrzymywane na polu zawodowym hartują ducha młodych artystów, którzy nie poddają się i od początku do końca zamierzają trwać w swoim wymarzonym zawodzie. Spektakl nie ma wyraźnego zakończenia, a ostatnie słowa "To tylko teatr", jakie padają przy wyjściu młodych artystów w kulisy zostawiają widza z zamierzonym zapewne niedosytem.

2.05.2024, czwartek

Kolektyw Artystyczny C L O S E R, „Bohater tysiąca biomarkerów", reż. Piotr Michalczuk
Biomłodość
Wchodzimy na widownię w półmroku, oświetlonym delikatnym, niebieskim światłem. W na scenie widać już zarys aktora. Za chwilę jego sylwetka zostanie oświetlona i rozpocznie swoją opowieść. Siedzi na metalowym wózku do przewożenia zwłok. Na półeczce niżej leży zakryta postać z wystającymi stopami. Mamy więc symboliczną osobę nieżywą, a nas nią młodego mężczyznę o sprężystym ciele, który mówiąc, nieustannie wykonuje dłońmi ruchy, jakby rysował w powietrzu tajemne znaki. Piotr Michalczuk wciela się w Bryana Johnsona - człowieka, który swoje życie podporządkował zatrzymaniu procesu starzenia się. Mimo, że jego życie na początku nie było higieniczne, zmagał się też z depresją - pokonał to i teraz rygorystycznie dba o swoją formę. Oprócz Michalczuka na scenie zobaczymy także Agatę Konarską, która będzie metaforą jego byłej żony, a także asystentką. Będzie jeszcze trzecia osoba: ukryta pod prześcieradłem na początku lalka, której forma kojarzy się z eksponatami objazdowej wystawy "Human body", która podróżowała po Polsce kilka lat temu. To jakby obnażona postać starego mężczyzny. Bryan ciągnie to ciało, animuje nim po dramatycznej rozmowie z ojcem. Chciałoby się także uratować najbliższą osobę i dłużej zatrzymać ją na tym ziemskim padole, jednak "Bohater tysiąca biomarkerów" toczy tę (rozpaczliwą, mam wrażenie, momentami) walkę sam. O siebie. Spektakl Kolektywu Artystycznego C L O S E R ma futurystyczny wydźwięk, zabiera nas w przyszłość. Horyzont jest ekranem, na którym wyświetlane są wizualizacje (autorstwa, podobnie jak scenografia, Agaty Konarskiej) wnętrza człowieka, a także postaci stworzone przez sztuczną inteligencję. Całość ma formę na pograniczu performensu: próby bycia swoim własnym bogiem i pokonania biologii. Buntujemy się wobec starości i chcielibyśmy tak jak bohater - skakać na skakance 20 minut i mówić bez zadyszki. Ale czy na pewno warto poświęcać życie tylko dla stworzenia formuły czegoś w rodzaju kamienia filozoficznego, zapewniającego nie nieśmiertelność, ale przynajmniej długowieczność w dobrym zdrowiu? Na pewno jest kamyczek do ogródka myślenia o przyszłości funkcjonowania człowieka.

Teatr A Part, „Umarłam ze szczęścia", reż. Marcin Herich
Sztuka życia - impresja na temat
Katowicki Teatr A Part (podobnie jak np. warszawski Teatr Kamienica) czerpie inspiracje z miejsca, w którym ma siedzibę: w budynku, który użytkują, działał kiedyś niemiecki kabaret. Spektakl "Umarłam ze szczęścia" zaczyna się nietypowo: prezentacją artystki Anity Berber, której postać była inspiracją do stworzenia widowiska. Z wykładu, przeprowadzonego przez aktorkę i przygotowanej prezentacji dowiadujemy się, że była postacią niezwykle barwną, nazywaną skandalistką, ponieważ nieustannie łamała konwencje obyczajowe. Samo przedstawienie jest natomiast swego rodzaju impresją na temat jej biografii, zanurzonym w specyfice teatru variete. "Umarłam ze szczęścia" niezwykle przypomina w swej estetyce teatr Piny Bausch: pięknie skomponowane sceny, precyzja i wyrazistość ruchu scenicznego. Dużo jest scen zbiorowych i choreografii w duchu historycznego kabaretu, którego klimat można sobie wyobrazić na podstawie opisów i zdjęć. W krakowskim Teatrze Variete powstają wciąż rewie, które jednak bardziej są typowym kabaretem rozrywkowym. Teatr A Part zderza znane utwory klasyczne, np. Beethovena czy Straussa z estetyką, będącą na drugim biegunie, ponieważ wolność artysty daje mu prawo do przekraczania granic i myślenia o klasyce nie tylko w sposób "nabożny". Jedynymi rekwizytami na scenie są czarne krzesła. Dzięki ich ustawieniu możemy błyskawicznie znaleźć się w kabaretowej knajpce czy starym kinie. Fantastyczne są sceny pokazów mody, które również są prowokacją, ponieważ zarówno kobiety jak i mężczyźni wychodzą do nich w mocnych makijażach, butach na obcasach i gorsetach. W tym spektaklu piękno miesza się z erotyką, ale wszystko to ma manifestować wolność w sztuce, która staje się życiem oraz życia, które można podporządkować performowaniu sztuki. Jedynymi słowami, jakie padną ze sceny, będzie oskarżenie o wrogość wobec przekraczania granic. Puenta będzie więc prowokacyjna - kostiumem staje się ciało, z którego wszystko pochodzi i na którym artysta pracuje, wykorzystując je wciąż do pokazywania sztuki. "Umarłam ze szczęścia" Teatru A Part w reż. Marcina Hericha zachwyca i prowokuje - a o to przecież w sztuce chodzi.

Teatr Bez Kontekstu, „Prawdy za grosz", reż. Jakub Jakubiec/ Jan Łuć
Kulisy TV
Na scenie plątanina kolorowych kabli i dwa długie, metalowe stoły - połączone w jeden, przecinające scenę po przekątnej. Spektakl "Prawdy za grosz" Teatru Bez Kontekstu zaczyna się jak słuchowisko, ponieważ najpierw w ciemności słyszymy rozmowy, jakby nagrane gdzieś w pomieszczeniu. Wyświetlona czołówka programu "Rzeczowa TV" rozjaśnia wszystko. Znajdujemy się w studiu telewizyjnym i będziemy obserwować kulisy pracy w tym miejscu. Reżyserzy Jakub Jakubiec i Jan Łuć skupili się na ludziach i ich relacjach, które wpływają na codzienne funkcjonowanie stacji. Jeśli dojdzie do tego zmiana kierownictwa - w zespole zasiane zostaje ziarno niepewności co do dalszych losów programu. Widzimy chaos i konflikty międzyludzkie, które magicznie znikają po wejściu na wizję. Bardzo przypomina to "Czego nie widać" w reż. Macieja Wojtyszki, który widziałam w realizacji krakowskiego Teatru Bagatela. Ten tekst pokazuje funkcjonowanie teatru od kulis, w czasie trwania spektaklu. Jest to opowieść niezwykle dynamiczna i śmieszna. W "Prawdy za grosz" dominuje statyka i dialog. Ze sceny pada bardzo dużo słów, w których zawarte jest niemal wszystko. Ciekawym zabiegiem jest natomiast wyjście poza scenę: część akcji dzieje się na schodkach na nią prowadzących, postaci używają też do wejść/ wyjść na salę teatralną drzwi dla widzów. Młodzi aktorzy kreują na scenie charaktery, mieszczące się w konwencjach: znerwicowany technik, zestresowana researcherka, prezenter-gwiazda, dociekliwa dziennikarka, głupi polityk i nieporadne szefostwo. Wszyscy są od siebie zależni i tylko współpraca zapewni im sukces i dalsze funkcjonowanie stacji. Na co dzień nie myślimy o tym, że podawane nam informacje są filtrowane, a wiele rzeczy reżyserowanych wcześniej. Teatr Bez Kontekstu zwraca uwagę na to, że w zalewie informacji jesteśmy bezradni, ponieważ zawsze musimy polegać na osobach, które przygotowują dla nas codziennie porcję wiedzy o świecie, a jakość tego często zależy od różnych zakulisowych rozgrywek.

cdn.

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Zielona Góra
20 maja 2024

Książka tygodnia

Małe cnoty
Wydawnictwo Filtry w Warszawie
Natalia Ginzburg

Trailer tygodnia