Psalm
Ach, jakiż to był wspaniały wieczór i godne zwieńczenie Festiwalu Początek Sezonu.Danie główne na kolację w pałacowej kuchni: Anna Dymna i Wojciech Bonowicz, czytający poezję w Ostromecku. Tłum ludzi, nie tylko z branży, ale po prostu ludzi zaciekawionych osobą Pani Ani, która słynie z tego, że jest prostolinijna i naturalna. Mieliśmy okazję zresztą w przepięknej restauracji siedzieć obok Pani Ani i trochę ją w tej jej zwyczajności móc podpatrzeć.
Był to zatem wieczór dość miły, choć nieprzesłodzony. Pani Ania prowadzi od lat słynny Salon Poezji w Teatrze Słowackiego w Krakowie i w Ostromecku mieliśmy okazję uczestniczyć w czymś podobnym właśnie.
Stożki światła zniknęły. W wygaszonej sali pojawił się duch poezji. Prawdziwej poezji, bo duet Dymna – Bonowicz taką właśnie poezję serwuje. Czyli klasycy: Szymborska, Leśmian, Miłosz, Broniewski. Drugi chlust ognia. Dymny. Wspomnienie o Dymnym to obowiązkowy punkt programu. Oczy Pani Ani iskrzą się niezmiennie wraz z tym wspomnieniem. Pani Ania podkreśla: prawdziwa miłość, również do rodziców, nie wygasa wraz ze śmiercią, jest od niej bowiem silniejsza, jest wieczna. Nasi kochani zmarli są z nami. Pani Ania czyta teksty satyryczne Dymnego, myśli o Nim. Ja myślę o Mojej Mamie, o tym, że takie spotkanie Mamie by się pewnie bardzo spodobało. I jestem prawie pewien, że Ona tu gdzieś jest. I że gdzieś też jest Wiesiek Dymny. I wszystkie te Cienie Audena: Miłosz, Szymborska, Cummings.
U – można by wymieniać cały alfabet poetyckich duchów, od Homera przez Szekspira po Świetlickiego. Poezja czytana przez poetę Bonowicza i przez aktorkę Dymną, zwłaszcza w dwugłosie, brzmi naturalnie i świeżo, a na dodatek oboje prowadzący dodają do tego czytania soczyste anegdotki: Pani Ania o Dymnym, z którym szyła buty, jakby byli bohaterami Szewców Witkacego, a Bonowicz o Bydgoszczy, że tak daleko jest od Krakowa...Oboje – oczywiście pół żartem, pół serio, zapraszają publiczność do współuczestnictwa. Włącza się pies, który wywołuje zainteresowanie ludzi. Pani Ania komentuje, że obecność zwierząt czyni z nas w jeszcze większym stopniu ludzi.
Łzy same płynęły z moich oczu, jak to przy okazji zetknięcia z prawdziwą poezją, która czyni z nas anioły. Słuchając wierszy, czytając je, czy przede wszystkim tworząc je, pisząc, jesteśmy, wydaje się, lepszymi ludźmi. Czyż poezja nie jest ciągle otwartą raną, która nieustannie się zabliźnia? Spotkanie zakończyło się o dwudziestej. Pozowaliśmy wszyscy do wspólnego, zbiorowego zdjęcia. Potem prędko na autobus, który zawiózł nas wprost z przepięknego Pałacu w Ostromecku pod bydgoską Opera Nova. Wrażenia niezapomniane. Bardzo, ale to bardzo budujące. Potrzebna jest poezja. Potrzebna jest miłość.
Co się stało? Niby nic takiego, a jednak to dzieje się cały czas. Poezja, która jest miłością, i miłość, która jest poezją, żyją w nas nieustannie. Jak to pisał Stachura: Wszystko jest poezją. Niebo jest poezją. Chleb jest poezją. Płomienie ognia w kominku to czysta poezja. Psie serce to poezja. Wszędzie możemy odnaleźć głęboki sens, należy tylko zatrzymać się i przyjrzeć się własnemu wnętrzu. Jak Piccard w batyskafie zanurzyć się na dnie Rowu Mariańskiego. Jeśli istnieje Bóg, musi być piekielnie dobrym poetą. Ręka Farbiarza maluje ten najlepszy z możliwych, nieskończony świat, wydobywając go z nicości.
W żaden sposób. W żaden sposób nie można o tym zapominać. Nie można zamykać oczu na wielowymiarowość rzeczywistości. Poezja jest przecież czasoprzestrzenną bramą, przez którą przenika niewiadome. Każdy wers dotknąć może Tajemnicy. W istocie język poezji jest językiem aniołów, który mniej lub bardziej nieporadnie próbujemy rozszyfrowywać. Jak Champolion egipskie hieroglify. Poeci są hierofantami Nadziei – Wallace Stevens. Złodziejami ognia – Prometeusz Rimbaud. Poezja to pajęczyna na ścianie platońskiej jaskini. Muzyka, której nie słychać, ale która przenika wszystko nieskończonym światłem. Jedyna przyjaciółka, która nigdy nas nie opuści. Pocieszycielka zmartwionych.
Później zapłonął znicz, złożyłem kwiaty na grobie Mojej Matki. Z nadzieją patrząc w Niebo. Z myślą, że Ona Tam jest. Tam gdzie nie ma nic i gdzie jest już wszystko. Jak napisałem.
Morfina podziałała szybciej, dawka poezji, która ocala. Która tłumaczy nam cały, odjęty Boską ręką ból. Wszystkie tajemnice.
Poczułem ciepło w żołądku i trochę mi ulżyło. Ach, jaką ulgą jest dusza, zamieszkująca lichy lich ciała. A dusza z ciała wyleciała, jak po śmierci. Pisanie poezji to taka mała śmierć. Przez całą noc, pisałem wiersze. Potem zamknąłem okno. Muszę wypisać z siebie to wszystko. To coś mówi przeze mnie i żąda otwarcia wszystkich drzwi i okien na oścież. Patrzę tęsknym wzrokiem przez okno. Otwieram je.
Moje życie też jest ciężkie. Ale dzięki poezji ten ciężar staje się lekki jak piórko. Niekiedy. To właśnie nazywamy nieznośną lekkością bytu.
Wieczór czytania poezji w Ostromecku, Anna Dymna i Wojciech Bonowicz, niedziela, 30 VI 2024, 18.30, w ramach bydgoskiego Festiwalu Początek Sezonu