Skrzypek w łunie zielonego światła
"Skrzypek na dachu" - reż. Jan Szurmiej - Teatr Muzyczny w Łodzi"Skrzypek na dachu" to musicalowa klasyka, którą w swoim repertuarze powinien mieć każdy szanujący się teatr muzyczny. Obok spektakli takich jak "Być jak Callas" Tomasza Koniny, czy równie nieudanego "ZNASZ-LI TEN KRAJ... Spoko, to przecież Moniuszko!" Pawła Kruka łódzki Teatr Muzyczny ma do zaoferowania "Skrzypka na dachu" Jana Szurmieja. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to dokładnie to, w czym powinna się specjalizować łódzka (i nie tylko) scena muzyczna.
Musicale wymagają rozmachu, a to wiążę się ze sporymi nakładami finansowymi. Jednak okrojone fundusze i problemy Teatru Muzycznego, który wciąż nie ma własnej sceny i tuła się po całym mieście (na Północnej trwa niekończący się remont) nie mogą być usprawiedliwieniem dla realizacji szmir w stylu „ZNASZ-LI TEN KRAJ… Spoko, to przecież Moniuszko!”. „Skrzypek na dachu”, który od ponad 10 lat stanowi stałą pozycję repertuarową łódzkiego Teatru jest najlepszym przykładem tego, że dobra, rzetelna realizacja jest w stanie zgromadzić setki widzów nawet wiele lat po premierze. Spektakl ten, na równi z udaną „Wesołą wdówką” Zbigniewa Maciasa, której premiera odbyła się w inspirującej scenerii ogrodów Pałacu Poznańskiego pokazują, że znacznie lepiej by się stało, gdyby raz na dwa lata Teatr Muzyczny zrealizował działo musicalowej lub operetkowej klasyki, w którym śpiewacy mogliby wykazać się swoimi warsztatowymi umiejętnościami, zamiast na siłę starać się wmawiać ludziom, że rapowanie „Trzech budrysów” jest spoko. Być może marzenie o tym, by w łódzkim Teatrze zobaczyć realizacje dorównującą rozmachem któremuś z musicali wystawianych na przykład w Teatrze Rozrywki w Chorzowie jest zwykłą mrzonką, jednak warto byłoby przemyśleć, jaką linię repertuarową powinien obrać Teatr Muzyczny. Słodki miszmasz raczej nie wyjdzie na zdrowie ani widzom, ani artystom.
Miło na kilka godzin przenieść się do maleńkiej Anatewki, by przekonać się, że ludzie tacy jak mleczarz Tewje (Zbigniew Macias) i jego żona Gołda (Anna Dzionek) potrafią cieszyć się z samego faktu, że żyją uczciwie, zgodnie z nakazami wiary i z zachowaniem tradycji. Choć fabuła „Skrzypka na dachu” jest dobrze znana większości zgromadzonych na sali widzów, uczucie rozczarowania nie towarzyszy publiczności ani przez chwilę. Śpiewacy każdą z partii wokalnych wykonali umiejętnie i z zaangażowaniem, a wielość scen zbiorowych występujących w przedstawieniu jest najlepszym dowodem na to, że zespół Teatru Muzycznego w Łodzi to sprawnie działający organizm. Tańce na weselu najstarszej córki poczciwego Żyda Cajtł (Małgorzata Kustosik) oraz scena zabawy mężczyzn w karczmie to jedne z najbardziej dopracowanych elementów przedstawienia. Zachwycają rozmachem i ekspresją dużo bardziej niż występy solistów (bardzo zresztą udane), przypominając, że teatr jest sztuką zespołową.
Scenografia zasadniczo ogranicza się do dwóch elementów, dwóch olbrzymich ścian domostwa, co przy realizacji znanego musicalu może dziwić. Jednak każdy, kto widział, jak wiele wnętrz można stworzyć za pomocą tych przemyślanych i dopracowanych elementów nie będzie miał wątpliwości, że jest to bardzo udane rozwiązanie scenograficzne. Przenosimy się z domu Tewjego i Gołdy do karczmy, następnie znajdujemy się na rynku Anatewki i w miejscu, gdzie odbywa się wesele. Obie scenograficzne konstrukcje po odwróceniu ich o 180 stopni ukazują naszym oczom nieco inne wnętrze (są dwustronne), co świadczy o funkcjonalności zastosowanego rozwiązania. Na pochwałę zasługuje także usytuowana na proscenium orkiestra pod batutą Romana Paniuty, bez której nawet najpiękniejsze rozwiązania wizualne nie byłyby w stanie wzbudzić tak silnych emocji, jakie towarzyszyły publiczności słuchającej najpiękniejszych musicalowych utworów wszechczasów.
Tytułowy skrzypek na dachu (Paweł Więckowski) ubrany był w wielobarwny strój, nie przystający do ubrań, jakie na co dzień ubierają mieszkańcy małego miasteczka. Był postacią z innego świata, rodzajem opiekuńczego ducha, który wie, kiedy wydobywanymi ze skrzypiec dźwiękami obudzić w mieszkańcach miasteczka wesołość, a kiedy wzbudzić zadumę. Finałowa scena z jego udziałem jest jedną z najpiękniejszych i najbardziej poetyckich w spektaklu. Kiedy wysiedlani Żydzi opuszczają ukochaną Anatewkę Rabin (Janusz Skoneczny) wznosi modły, w których prosi Boga, by zostawił im chociaż nadzieję. Chwilę potem na scenie widzimy skrzypka stojącego w łunie zielonego światła. Duch opiekuńczy Anatewki nadal będzie towarzyszył jej mieszkańcom w długiej, pełnej trudów drodze. Zielony sztandar nadziei niejednokrotnie stanie się jedynym powodem, by wykrzesać z siebie siły do dalszej wędrówki - drogi, jaką Żydzi odbywać musieli kilka stuleci, przez czas i przestrzeń niosąc to, co było dla nich najcenniejsze. Tradycję.