W wieku 50 lat przyszło mi zatańczyć

Rozmowa z Marcinem Perchuciem

Ciekaw jestem, jak widzowie zareagują, nie tylko ci sylwestrowi. Bo ta sztuka bywa zabawna, pełna bystrych dialogów, ale jest wielowarstwowa. I jestem ciekaw, czy wychodząc z teatru, ludzie będą sobie mówić: "Nie, może od dziś już nie piję", albo zwrócą się do kogoś bliskiego: "Od dziś już nie pijesz". Teatr powinien stawiać pytania, uważam, że nie powinien być tylko czystą rozrywką, ale nieść jakiś pierwiastek niepokoju, zastanowienia.

Z Marcinem Perchuciem - przed premierą polskiej premiery „Na rauszu" - rozmawiała Maja Staniszewska z Gazety Wyborczej.

Maja Staniszewska: Na początek ważne pytanie: czy w finale spektaklu „Na rauszu" pan tańczy?

Marcin Perchuć - To się okaże. Większość osób kojarzy „Na rauszu" w wersji filmowej z tańcem na końcu, ale – niech to nie zabrzmi jak usprawiedliwienie – Mads Mikkelsen, czyli aktor grający główną rolę, jest zawodowym tancerzem. I ten taniec mu z serca i z wytrenowania fantastycznie wyszedł.

Są różne interpretacje tego tańca – czy to happy end, czy przeciwnie...

– I to jest właśnie piękne, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Tak samo jak do tej pory wszyscy dyskutują, co bohaterowie sobie szepczą w „Między słowami" Sofii Coppoli. Ona sama w jakimś wywiadzie powiedziała: „Domyślcie się", i że sama interpretuje to w różne strony w zależności od humoru. Dobrze, że gdy wychodzimy z kina czy teatru, te odpowiedzi nie są jednoznaczne. I nurtują.

Bohaterowie „Na rauszu" testują teorię, że człowiek ma niedobór alkoholu w organizmie i że dopiero z pół promila osiągamy szczyt możliwości. Moja przyjaciółka, która ma wykształcenie gastronomiczne i lata przepracowała w gastronomii, też powtarza, że gdybyśmy zaczynali dzień od piwa – jednego, co ważne – to świat byłby milszym, spokojniejszym miejscem.

– W wielu kulturach wino jest na porządku dziennym... Natomiast bohaterowie testują teorię wymyśloną nie przez siebie, ale przez pewnego psychiatrę.

Zastajemy ich w sytuacji raczej niewesołej. Wypalenia zawodowego, kryzysu wieku średniego, kryzysu relacji. I nagle pojawia się taka teoria, więc dlaczego nie spróbować? Spotkałem się z komentarzami, że nie można w ten sposób bagatelizować problemu picia. Natomiast bohaterowie tak zdecydowali, a gdzie ich to zawiedzie, to państwo zobaczą. Adaptacja teatralna jest różna od filmu, to historia z inaczej ustawionymi akcentami.

W filmie uderzyło mnie, że bohaterowie są nauczycielami w liceum, a wokół nich pełno jest pijących na umór dzieciaków...

– My też mamy, oczywiście, problemy z alkoholem w kraju. Ale tu by trzeba na rozmowę specjalistę zaprosić, terapeutę od uzależnień.

Cieszę się, że w tym scenariuszu teatralnym konsekwencje tych doświadczeń są pokazane. Mój bohater to wypalony nauczyciel z problemami rodzinnymi. Jemu się już nie chce uczyć, uczniom się nie chce go słuchać, bo widzą, że ma ich w nosie. Dopiero gdy zaczyna eksperyment, i on, i oni się ożywiają.

Tylko to bardzo niebezpieczne – co jeśli eksperyment przejdzie w uzależnienie?

– Zgadza się. Mamy monolog, który dosyć dokładnie opisuje proces przejścia bądź nie na ciemną stronę mocy. Kiedy to następuje? Czy następuje świadomie? Czy można tego uniknąć? Mamy silny akcent położony na bardzo niebezpieczny, wręcz śmiercionośny aspekt alkoholizmu.

Premiera tuż przed sylwestrem, spektakl będzie grany też w sylwestrowy wieczór. Jako ostrzeżenie?

– Sam się zastanawiam. Ciekaw jestem, jak widzowie zareagują, nie tylko ci sylwestrowi. Bo ta sztuka bywa zabawna, pełna bystrych dialogów, ale jest wielowarstwowa. I jestem ciekaw, czy wychodząc z teatru, ludzie będą sobie mówić: "Nie, może od dziś już nie piję", albo zwrócą się do kogoś bliskiego: "Od dziś już nie pijesz". Teatr powinien stawiać pytania, uważam, że nie powinien być tylko czystą rozrywką, ale nieść jakiś pierwiastek niepokoju, zastanowienia.

Mam wrażenie, że polskie filmy o piciu są zazwyczaj robione ciężką ręką, straszące, pełne odpychających postaci robiących odpychające rzeczy. Może z wyjątkiem „Żółtego szalika". I przez to kontrproduktywne, ponieważ widz patrzy na te ekstrema, upodlenia i wzrusza ramionami – mnie to nie spotka.

– Gram w Teatrze Polonia w jeszcze jednej sztuce, gdzie alkohol gra jedną z ról, „Zabawie" Marka Modzelewskiego, i tam przez godzinę pokazujemy małżeństwo dobrze sytuowanych inteligentów, którzy zaczynają od wina, a im dłużej trwa wieczór, przechodzą do mocniejszych alkoholi, też przekraczają granicę, po przekroczeniu której troszeczkę się dowiadują o sobie nawzajem. W krzywym alkoholowym zwierciadle, ale jednak się dowiadują.

Wracając do Mikkelsena. Lubi go pan? Może czegoś mu pan zazdrości?

– Tego, że tańczył. Myślę, że nie musiał walczyć ze sobą, żeby zatańczyć. A ja? W wieku 50 lat przyszło mi zatańczyć, choć myślałem, że mam za sobą takie wyzwania...

Mikkelsen to przykład bezprecedensowej kariery europejskiego aktora, który w Hollywood był wszędzie – w Bondzie, w „Gwiezdnych wojnach", w Marvelu, w świecie Harry'ego Pottera, teraz w „Indianie Jonesie"...

– On łączy, o talencie nie wspominając, charyzmę, której nie można się nauczyć, z magnetycznym wyglądem. I to daje efekt piorunujący. Broń Boże, nie chcę uderzać w struny zazdrości, ale podziwu i tego, jak potrafił wykorzystać dary, które otrzymał.

A przy tym nie przestaje grać w rodzinnej Danii w filmach, które mają budżety będące ułamkiem tych hollywoodzkich.

– Właśnie to jest bardzo fajne, że zarobi gdzieś w dużej produkcji i dzięki temu może zrobić coś, co mu przynosi satysfakcję w małej, taniej, ale ciekawej produkcji. Też bym tak chciał móc, nie narzekając, broń Boże.

Mikkelsen był tancerzem, zanim został aktorem. A pan od razu chciał być aktorem?

– Nie, to przyszło spontanicznie. W rodzinie nikt nie miał żadnych relacji ze sceną czy ekranem. Rodzina naukowców – tata geofizyk, mama inżynierka. W liceum byłem w mat-fizie i pewnie zostałbym fizykiem, może nawet w Danii, bo taka się rysowała szansa. (śmiech)

Trafiłem jednak w Batorym do kółka teatralnego, które prowadziła pani z sekretariatu, i wystawiliśmy w auli jednoaktówkę „Nikt mnie nie zna" Aleksandra Fredry. Koleżanka z klasy, w której się bujałem, powiedziała, żebyśmy poszli na zajęcia teatralne do Zamku Ujazdowskiego. Szaman, który je prowadził, rozdał rozmaite zadania, ale uznał, że ja się nie nadaję. Dziewczyna za to została. A ja postanowiłam, że jej pokażę, że zdam do szkoły teatralnej. No i zdałem.

Natomiast indeks fizyki UW, na którą przyjęli mnie po konkursie świadectw, bo nie był to oblegany kierunek, mam do tej pory. Nawet poszedłem do dziekana i zapytałem, czy będzie szansa powrotu, jeśli mnie wyrzucą po pierwszym roku ze szkoły teatralnej, ale nie było takiej potrzeby.

I tak za pierwszym razem się pan dostał? Ten szaman chyba niezbyt się znał...

– Myślę, że profesor Aleksandra Górska, która prowadziła ten rok, miała fantastyczny wybór: przyszły Teatr Montownia, czyli Rafał Rutkowski, Adam Krawczyk, Maciej Wierzbicki, ale też Agnieszka Warchulska, Waldek Barwiński, Cezary Kosiński, Milena Lisiecka, Joasia Brodzik, można by długo wymieniać, ale możliwe, że potrzebowała takiego typu człowieka... nie wiem do końca jakiego, ale jakiegoś mojego.

Z Teatrem Montownia zaczął pan współpracę jeszcze w szkole?

– Nie, Montownia zaczęła w szkole w 1995 roku, potem przeszła do Teatru Powszechnego. Było ich trzech, a wymyślili sobie adaptację „Szelmostw Skapena" na czterech aktorów, ale Adam Woronowicz, który miał z nimi grać, nie dostał pozwolenia ze szkoły. Na miesiąc przed premierą dostałem od kolegów z Montowni propozycję i tak działamy już 27 lat. To jest wędrowny teatr, ale jedna rzecz, która się nie zmienia, to skład. Nawet jak nie gramy we czterech, to mówimy, że Montownia gra.

Co was tak mocno łączy, że wytrzymujecie ze sobą?

– Lubimy się, mamy – i to jest chyba najważniejsze – poczucie humoru, abstrakcyjne, ale nasze, duży dystans do rzeczywistości, duży dystans do siebie też.

A wcześniej łączyła nas idea teatru, który był rzadki w Polsce: niezależny, bezetatowy, w którym wszyscy jesteśmy montażystami, reżyserami, kierowcami, akustykami. I to nas kręciło, byliśmy grupą zapaleńców. Ten zapał do tej pory się nie wyczerpał. I myślę, że jeszcze przyjdzie nam zrobić coś w pełnym składzie. Bo w „Na rauszu" gramy we trzech, bez Rafała Rutkowskiego, a Marcin Hycnar jest reżyserem i aktorem jednocześnie.

Lista teatrów, w których pan grał, jest bardzo długa: debiut w Powszechnym, potem Buffo, Kamienica, 6.piętro, Komedia, Polonia oczywiście, Teatr Wielki. Która scena jest pana ulubioną?

– Mam sentyment do Teatru Powszechnego, bo tam zaczynałem. Polonia jest teraz troszeczkę moim domem. Studio było doświadczalnym teatrem, w którym można było poeksperymentować. Ale każda scena ma coś magicznego i nie ma takiej, która by mi się źle kojarzyła.

Jeździ pan też po Polsce ze spektaklami.

– I to też jest fajna rzecz. Jeździmy ze spektaklem na podstawie włoskiego filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie", który też wyreżyserował Marcin Hycnar. Niektórzy mówią, że nasz jest ciekawszy niż film, śmieszniejszy, zresztą świetne tłumaczenie Bartka Wierzbięty zrobiło swoje. I tak w miesiącu siedem dni spędzam w busie, żeby dojechać z nim w różne miejsca. Przemek Sadowski, który gra ze mną w tym spektaklu, mówi, że jesteśmy komiwojażerami kultury.

Nie da się ukryć, że czasem energia na takich spektaklach gdzieś, gdzie trudno na co dzień o teatr, jest inna, świeża i wracam z podładowanymi bateriami z takiej wycieczki. Fajnie jest usłyszeć po spektaklu, że ktoś mówi: „Nie byłem w teatrze pięć lat, muszę wrócić".

Baliśmy się, że po pandemii będą pustki w teatrach, że ludzie się odzwyczają, a jest odwrotnie.

„Na rauszu" i „Dobrze się kłamie" to spektakle na podstawie filmów, ale grał pan też w sztuce, która później trafiła na ekran, czyli w „Testosteronie" w reżyserii Agnieszki Glińskiej.

– To był wielki przebój Montowni początku XXI wieku napisany specjalnie dla nas przez Andrzeja Saramonowicza. Przyszliśmy do niego z pomysłem, żeby napisał coś dla facetów o kobietach. I on trochę jak Molière usiadł, ustawił sobie nasze zdjęcia i napisał.

Ale w filmie już pana zabrakło.

– Ekranizacje się rządzą swoimi prawami. Odpowiada za nie producent, który wydaje dużo pieniędzy i chce zarobić. My z Montownią nie byliśmy takimi nazwiskami jak aktorzy, którzy weszli za nas do obsady. Po prostu.

Nigdy panu nie przeszkadzało, że nie ma etatu w teatrze?

– Nie. Montownia zaspokajała z naddatkiem potrzeby bycia w zespole. Szybko też, bo w 1997 roku, odkryłem szkołę teatralną z tej drugiej strony – zacząłem uczyć i w 2000 roku dostałem etat. Ale nigdy na nauczanie nie patrzyłem przez pryzmat etatu. To moja wielka pasja. Patrzenie na młodych ludzi, którzy stawiają pierwsze kroki w tym świecie, jest czymś fascynującym.

Choć dosyć długo broniłem się przed tym, żeby być wykładowcą. Bardzo lubiłem pracę asystenta u pani Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, który może być łącznikiem pomiędzy profesorem a studentem. Dopiero jakieś 15 lat temu zacząłem prowadzić zajęcia z wiersza. Niesamowite jest patrzeć, jak studenci odkrywają poezję, jak nią potem żyją, dyskutują o niej, grają. Super, że Akademia daje takie możliwości.

A jednak są tacy, którzy uważają, że coś źle robicie. Jak na przykład Monika Strzępka, która stwierdziła w wywiadzie, że Akademia Teatralna w Warszawie nie przygotowuje na potrzeby współczesnego teatru.

– Cóż, jako dziekan kierunku aktorskiego mogę tylko powiedzieć, że nie widzę powodu, aby wchodzić w tę dyskusję. Rektor Wojciech Malajkat wydał oficjalne oświadczenie w tej sprawie. Za nami stoi liczba absolwentów znajdujących pracę. I to, jak eklektyczny, pozwalający rozwijać rozmaite umiejętności, pozwalający różnych rzeczy spróbować i wybrać swoją drogę jest nasz program nauczania. Bo nie ma w aktorstwie jedynej możliwej i słusznej drogi.

Dużo rozmawiamy o teatrze, ale dobrze znają też pana widzowie telewizji. Gra pan w telenoweli. Lubi pan tę pracę?

– Zacząłem pracować w „Barwach szczęścia" lata temu, miałem się wcielić w partnera życiowego Izy Kuny, a moją dawną partnerkę miała grać Ola Popławska – to był fantastyczny skład i fantastyczna przez to praca. Ale mimo że obie fantastyczne aktorki odeszły z produkcji, nadal ją lubię. Przyzwyczaiłem się do tego bohatera i też daje mi małą satysfakcję, że gdzieś tam jestem codziennie u ludzi w domach.

Nie będę oszukiwał siebie ani czytelników – to też jest takie napędzające się nawzajem, że jestem w telewizji, to i widz teatralny wie, kim jestem.

Ale chyba najbardziej znana pana telewizyjna rola to premier Turski z bardzo popularnego 16 lat temu serialu „Ekipa" Agnieszki Holland...

– Głosowałbym na takiego premiera. To zawsze jest jakaś odmiana – ktoś z zewnątrz, naukowiec, kompetentny ekonomista. Świeża krew. Nasz serial trafił na czas ostrych przemian, czasami nawet wydawało nam się, że mimo że tworzymy serial, który oczywiście powinien trzymać w napięciu, to wszyscy przed telewizorami patrzą na niego jak na często wymarzoną rzeczywistość.

A jak pan odbiera to, co się stało przy okazji filmu Agnieszki Holland „Zielona granica" – tę kampanię rządzących przeciwko filmowi i jego autorce, przywoływanie hasła „tylko świnie siedzą w kinie"?

– Byłem przerażony poziomem dyskusji, głupotą i chamstwem. Od 15 października mam delikatny uśmiech na twarzy i ulgę w sercu. I szczerze powiem, że mam nadzieję, że to, co działo się wokół „Zielonej granicy", nigdy nie wróci.
__

"Na rauszu", Thomas Vinterberg, Tobias Lindholm, adaptacja sceniczna: Claus Flygare. Tłumaczenie: Jacek Telenga, reżyseria: Marcin Hycnar, scenografia: Wojciech Stefaniak, kostiumy: Małgorzata Domańska, choreografia: Anna Hop, reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk. Obsada: Marcin Hycnar, Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Maciej Wierzbicki. Premiera 29 grudnia w Teatrze Polonia. Kolejne spektakle: 30 - 31 grudnia oraz 2-3 stycznia.

Maja Staniszewska
Gazeta Wyborcza
27 grudnia 2023
Portrety
Marcin Perchuć

Książka tygodnia

Małe cnoty
Wydawnictwo Filtry w Warszawie
Natalia Ginzburg

Trailer tygodnia