Wojna na słowa

relacja ze spotkania - 5. Międzynarodowy Festiwal Teatralny DIALOG-WROCŁAW

O tym, że dialog bywa trudny, mogli się przekonać uczestnicy sobotniego spotkania z Janem Klatą, które było poświęcone jego najnowszemu przedsięwzięciu "Ziemi Obiecanej". Oprócz reżysera w rozmowie brał udział profesor Tadeusz Lubelski, a moderowała ją Joanna Biernacka.

Atmosfera zrobiła się gorąca już na samym początku, gdy Kazimiera Szczuka zarzuciła twórcy spektaklu, iż w swoim przedstawieniu ukazał on kobiety w sposób bardzo szowinistyczny. Uprzedmiotowił je i uczynił ozdobami w świecie silnych i potężnych samców. Przejawem tego były chociażby stroje bohaterek, które w sumie składały się tylko i wyłącznie z gorsetów. Inny zarzut padł ze strony prof. Tadeusza Lubelskiego, który zauważył, że „Ziemia Obiecana” Klaty jest bardzo jednowymiarowa, a postacie, które w niej występują, mdłe i przeźroczyste.

Reżyser bronił się w iście efektowny sposób. Kazimierze Szczuce rzucił zaledwie parę kąśliwych i zjadliwych uwag, kompletnie ją ignorując. Dopiero później wskazał publiczności postać Mady Muller, która jego zdaniem jest bohaterką bardzo złożoną i rozwija się w trakcie trwania spektaklu, nabiera mądrości.

Natomiast na drugi zarzut Jan Klata odparł, że wykreowani przez niego bohaterowie wcale nie są płascy, tylko, że to publiczność przyzwyczajona jest do ich pierwowzorów książkowych i nijako oczekuje, że Moryc będzie zachowywał się jak „typowy” Żyd, a Maks jak stereotypowy Niemiec. Stąd też nasze rozczarowanie. Reżyser bowiem próbował stworzyć postacie, których wielobarwność nie wynikałaby z ich przynależności kulturowej lub narodowej. Chciał w ten sposób odrzucić stereotypy, które pojawiły się w powieści Reymonta, by zminimalizować jej nacjonalistyczny wydźwięk.

Jan Klata zaznaczył też, że jego „Ziemia Obiecana” nie opowiada o społeczności łódzkiej. Jej akcja toczy się w innej przestrzeni i nie odnosi się to żadnego konkretnego miejsca. Dziwił się również, że tak słabym zainteresowaniem ze strony publiczności cieszył się Bum Bum, postać, która jego zdaniem wiele wnosiła do spektaklu. Miała ona wyostrzać sedno niektórych kwestii, a swoją groteskowością przyciągać uwagę widza.

Gorącym obrońcą Jana Klaty był dyrektor Teatru Polskiego, który powiedział, że nasze wzajemne niezrozumienie wynika z tego, że całe przedsięwzięcie postrzegamy przez pryzmat książki Reymonta. Stanowczo odrzucił też zarzut o seksistowskim potraktowaniu kobiet i stwierdził, że tak naprawdę to właśnie one w nowopowstałej adaptacji nie uległy zatraceniu. Na poparcie swojego stanowisku przytoczył ostatnią scenę przedstawienia, w której staje przed nami naga, ergo wyzwolona, Lucy Zuckerman. Oczywiście bezsensownym byłoby podważanie tej teorii, ponieważ jak słusznie zauważyła Joanna Biernacka, każdy ma prawo do własnej interpretacji dzieła. I warto na ten temat rozmawiać, wymieniać się uwagami, przemyśleniami. Tylko, że w dialogu jak w tangu...potrzeba do niego dwojga.

Monika Kamińska
Gazeta Festiwalowa
19 października 2009

Książka tygodnia

Małe cnoty
Wydawnictwo Filtry w Warszawie
Natalia Ginzburg

Trailer tygodnia