...

Biegają, krzyczą, umierają. Zmartwychwstają, szepczą, spacerują. Śmieją się, nikną, uciekają. Pytają. Nie odpowiadają. Mamroczą. A światło nie gaśnie nawet na chwilę. Kurtyna decyduje się jednak nie opaść.
Bo niby, w którym momencie miałaby to zrobić? Każdy byłby tak samo dobry i tak samo zły jednocześnie. Nie ma tego punktu, po którym można powiedzieć, to już koniec. Nie da się jej wcisnąć nigdzie pomiędzy. Może dlatego, że opadła już dawno? Że i tak to, co się dzieje, dzieje się już tylko za kulisami... Gdzie jest jedynie nieskazitelnie biały sufit, ach, jaki ciekawy! niewolniczo posłuszna ręka i strzępy myśli. Fragmenty wspomnień, małe absurdy, duże absurdy i bezsens. Z irytującym "non-stop-show", gdzieś pod podszewką. Do tego mozaika z koszmarów przeszłości, i zastraszająca pustka, pustka, pustka, bo wszystko, co do tej pory było życiem, runęło jak kolorowa układanka z domino. Tego się nie da przedstawić na scenie. Do tego potrzebna jest przestrzeń. Poszarpana, rozciągnięta, fragmentaryczna, nie do ogarnięcia, taka, w której można się zgubić. Zadara daje nam taką przestrzeń, wrzuca nas w nią, a zarazem w sam środek czyjejś głowy. W istne oko cyklonu bezładnie przypominających się zdarzeń, wyrzutów sumienia nie w porę, pytań bez odpowiedzi, tęsknot, goryczy, rozpaczliwych prób utrzymania się na powierzchni życia. Widz nie może pozostać wobec tej szarpaniny obojętny. Atakuje go ze wszech stron, by w końcu zmęczyć, znużyć bełkotem, zdezorientować i wreszcie sprawić, że sam czuje się poszarpany, rozbity i niedorzeczny. W każdej chwili, to on może stać się Bohaterem, który przecież, co chwilę się zmienia, co rusz jest kimś innym. Bo niby czemu by nie dołączyć do aktorów, biegających z krzykiem po sali? Przecież taki bieg, taki dziki wrzask, wydają się być jedynym ocaleniem przed szaleństwem.. Paradoksalnie. A wszystko doprawione szczyptą oniryzmu, odrobiną majaczeń. Zadara wprowadza wiele nowych rozwiązań, ale nie zmienia "Kartoteki". Przeciwnie, z niezwykłą precyzją analizuje psychikę bohatera, w której nawet doniosłe słowa jawią się śmiesznie. Dokonuje skrupulatnego zapisu olbrzymiego osamotnienia. Bohatera nikt już nie rozumie, nie chce zrozumieć, stał się nudny z tą swoją "wojną światową", oklepany. Co niezwykle wyraziście podkreśla scena, w której osoba odczytująca życiorys Bohatera wzywa wszystkich do siebie, krzyczy, nawołuje, w końcu ludzie schodzą się zaciekawieni. Gdy dowiadują się, że chodzi tylko o wygłoszenie im po raz kolejny formułki o wybuchu wojny, odchodzą z jękiem zawodu i niechęci. Wojna to fakt, który już tylko nuży, który straszy podobnie jak słowo "martyrologia" - wywołująca mdłości i wariacką chęć ucieczki. Problem, jak przekazać najważniejsze - wciąż pozostaje nierozwiązany. Za to, jak ów problem unaocznić - właśnie zostało dokonane. Krótko mówiąc, spektakl jest świetny. Należy go zobaczyć. Nawet, jeśli w efekcie wychodzimy znużeni. Właśnie to znużenie jest świadectwem trafności ujęcia tematu. Teatr Współczesny we Wrocławiu, Scena na Strychu Tadeusz Różewicz "Kartoteka" reżyseria i opracowanie tekstu: Michał Zadara scenografia: Robert Rumas kostiumy: Julia Kornacka dźwięki: Barbara Wysocka choreografia: Tomasz Wygoda światło: Ewa Garniec Obsada: Katarzyna Bednarz, Lena Frankiewicz, Irena Rybicka, Krzysztof Boczkowski, Tomasz Cymerman, Szymon Czacki, Marek Kocot, Jan Peszek (gościnnie), Jerzy Senator. Premiera: 8 i 9 grudnia 2006r. Spektakl zaprezentowano na festiwalu Warszawskie Spotkania Teatralne 31.03.2008r. w dawnej Wytwórni Wódek "Koneser".
Katarzyna Mazur
Dziennik Teatralny Warszawa
1 kwietnia 2008

Książka tygodnia

Małe cnoty
Wydawnictwo Filtry w Warszawie
Natalia Ginzburg

Trailer tygodnia