Bezlitosne piętno czasu

Fakty wypreparowane, pokazane dosadnie i w przenośni. Poezja liryczna i proza koszarowo-rynsztokowa. Chaos myśli i ocen. "Mord" Hanocha Levina, izraelskiego pisarza o łódzkich korzeniach, to układanka wywiedziona z konstrukcji dramatu. W Teatrze Nowym na Małej Sali sztukę, mającą swoje źródło w wiekowych konfliktach izraelsko-palestyńskich, wyreżyserował Norbert Rakowski

Realizatorskie zabiegi zmierzają do tego, by absurdy narastającej nienawiści nabrały uniwersalnego wymiaru. Miejsca zdarzeń, uwarunkowań geopolitycznych, nie da się jednak zatrzeć, choć od pierwszej chwili reżyser nas wszystkich stawia pod ścianą, która przesuwa się i oddala. Czasem jest w niej otwór - drzwi albo szpara - ale z widokiem na tragedię i klęskę człowieczeństwa.

Splatają się trzy historie. Ojciec (Dymitr Hołówko - powaga, bez histerii) cierpi, bo nie wiadomo dlaczego zabili mu syna. Nienawiść jest jak modlitwa. Świeżo zaślubioną parę (Kamila Salwerowicz i Michał Bieliński w efektownej zabawowo-erotycznej grze) śmiertelna zemsta dopadnie na plaży. Dla odwetu doprowadzonego do absurdu dobry jest każdy czas i miejsce. Co z tego, że robotnik (Sławomir Sulej - przejmująca, groteskowo--wodewilowa szczerość) podglądał, co się dzieje w burdelu. Stanie się wrogiem do zabicia połączonymi siłami zacnych obywateli...

Agresja doprowadzona do absurdu. Na wstępie jeden z bohaterów zapowiadał: "my napradę możemy zrobić wszystko". Na końcu można tylko bezsilnie wołać o litość z nadzieją, że uda się ją obudzić w sobie.

Po dwóch stronach sceny siedzą aktorzy (oprócz wymienionych: Jolanta Jackowska, Katarzyna Żuk, Gracjan Kielar, Tomasz Kubiatowicz, Marek Lipski i trójka dzieci). Czekają na kolejne role. "Teatr życia i śmierci" trwa, wymaga gotowości.

Inscenizacja jest prowokacją i dosadnym moralitetem. Robi wrażenie sposobem opowiadania, ale zakładana uniwersalność zostaje za ścianą.



Renata Sas
Express Ilustrowany
8 lutego 2011
Spektakle
Mord