Czemu stoisz, kiedy wszyscy klęczą?
Otwarcie XXXI edycji Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych odbyło się z wielkim splendorem - uświetniła ją orkiestra dęta, był bal, tańce, konfetti, swoją obecnością zaszczyciła nawet królewska para wraz z całym dworem... A wszystko to w ramach najnowszej inscenizacji dramatu Gombrowicza pt. „Iwona, księżniczka Burgunda".O iście królewską oprawę zadbał reżyser Adam Orzechowski wraz z zespołem gdańskiego Teatru Wybrzeże. Do Łodzi przyjechali, by zaprezentować mający premierę w zeszłym roku spektakl „Iwona, księżniczka Burgunda". Bywalcy teatrów wiedzą, że poprzednie inscenizacje dramatu często skupiały się na jego mrocznym, posępnym wydźwięku, tworząc w efekcie spektakle ciężkie, duszne od obecności nieuchronnej „gęby gombrowiczowskiej". Zupełnie inaczej postąpił Orzechowski, który jak nie bał się przyznać, zmęczony był ciężkością kolejnych inscenizacji „Iwony". W jego wersji spektakl nabiera lekkości, akcja momentami śmieszy, a skoczna muzyka rozładowuje napięcie. Mimo groteskowej formy, swoista upiorność obecna w dramacie oraz posępny przekaz, nie zostały zatracone - wciąż jarzą się niebezpiecznie spod złota i farsy. Orzechowskiemu udało się więc uciec od wytworzonej już „gęby Iwony".
Spektakl rozpoczyna się wykwintnym balem, w którym do uczestnictwa zmuszeni są niespodziewający się tego widzowie. Aktorzy, reprezentujący dwór, burzą teatralny porządek - schodzą z podium, mieszają się z poddanym ludem, za który mimowolnie zostaliśmy uznani, zachęcają do zabawy, porywają do tańca. Elegancja szybko okazuje się być pozorną, a bal zaczyna przypominać jarmarczną zabawę dostosowaną do gustu gawiedzi. Jednak i dwór królewski wcale nie prezentuje wyższego poziomu - przemawiający z piedestału dostojnicy wcale nie mają przygotowanych pięknych przemów, sklecają na szybko frazesy by zachować konwenans, a podchmieleni dworzanie chcą się tylko zabawić, są obsceniczni, wulgarni. Muzyka zaczyna się rwać, wkrada się coraz więcej fuszerki i fałszów. Para królewska (Katarzyna Kazimierska i Grzegorz Gzyl) dyryguje uczestnikami balu, czyli nami, wedle swoich kaprysów - każą tańczyć, składać pokłony, by finalnie wyprosić nas z sali i stłoczonych przeprowadzić do dużej sali, gdzie odbyć się ma właściwa część spektaklu.
Jednak i tu widzowie nie mogą zaszyć się w bezpiecznej, teatralnej ciemności. Wciąż są zaczepiani przez strojącego sobie z nich żarty księcia Filipa i jego towarzyszy, Cypriana i Cyryla (Robert Ciszewski, Piotr Chys i Grzegorz Otrębski). Orzechowski nieustannie wytrąca widza z komfortu, trafnie przenosząc na język inscenizacji gombrowiczowskie zabiegi. Pogrywa sobie z widzami bardzo odważnie - żarty z upatrzonej przez księcia widzki, która mimowolnie zostaje uznana przez niego za Iwonę, zdają się iść za daleko, wychodzą poza bezpieczną teatralną konwencję. Atmosfera z każdym kolejnym aktem wyszydzania gęstnieje, rodzą się pytania jak daleko te drwiny zajdą, czy należy zareagować, by przerwać to narastające dręczenie? Kto powinien to zrobić - osoba siedząca najbliżej? Ale czy dystans kilku siedzeń lub rzędów zwalnia innych z odpowiedzialności? Tym zabiegiem obnażone zostają nasze wady - to jak reagujemy wobec przemocy, której jesteśmy świadkami, czy mamy siłę sami się przeciwstawić, gdy nikt inny nie reaguje. Postawione zostaje także pytanie o granice w teatrze - na ile twórcy mogą sobie pozwolić w narzucanej przez nich interakcji z widzami, by nie doszło do ich przekroczenia.
Aktorki i aktorzy prowadzeni przez Orzechowskiego balansują na krawędzi, ale ostatecznie nie przekraczają tej granicy - sytuacja okazuje się być elementem spektaklu, a wytypowana na Iwonę przypadkowa widzka jest w rzeczywistości odgrywającą rolę aktorką (Magdalena Gorzelańczyk). Sięgające zenitu emocje zostają rozładowane, a ujawniona Iwona w mrocznym tańcu wprowadzana jest przez dworzankę Izę (Agata Woźnicka) na scenę, gdzie trwają już nieśmiałe rozmowy o zgładzeniu wymykającej się wszelkim schematom intruzki.
Finalna scena morderstwa zasługuje na uwagę ze względu na swój symboliczny wymiar. Po przygotowaniu intrygi i zastawieniu pułapki na Iwonę, dwór schodzi ze sceny i kryje się wśród widowni. Stawia to na równi nas wszystkich - zarówno oprawców, jak i biernych świadków przemocy. Pokazuje, że status społeczny nie ma znaczenia, że w obliczu czegoś wymykającego się schematom, a także tego co obnaża nasze wady i jest niewygodne, postępujemy tak samo - dążymy do eliminacji. Morderstwo na Iwonie, jest metaforą do ukazania rządzących nami mechanizmów społecznych i psychologicznych.
Spektakl kończy się klamrą kompozycyjną. Widzki i widzowie znów zaproszeni są na opuszczoną poprzednio salę bankietową, by po raz kolejny uczestniczyć w pokazie władzy odgrywanym przez dwór królewski. Czy widzowie uklękną po raz wtóry przed dworem, który ujawnił swoją prawdziwą twarz? Czy złożą pokłon ludziom, którzy dopuścili się przemocy, a nawet morderstwa? Czy będą mieli siłę w sobie by stać, gdy wszyscy klęczą?
Spektakl Orzechowskiego to wyśmienita słodko-gorzka zabawa. Zespołowi z gdańskiego Teatru Wybrzeże udało się stworzyć zajmujące, świeże dzieło, mimo iż pracowali z dramatem znanym i wielokrotnie inscenizowanym. Pełną przerysowania grę aktorską, dopełniają równie groteskowe scenografia i kostiumy zaprojektowane przez Magdalenę Gajewską. Udało jej się wytworzyć ironiczny styl biednego glamour, gdzie stroje i elementy scenografii starają się być niczym z pełnych przepychu pałaców, a są jedynie plastikowymi atrapami naśladującymi autentyzm. Strona wizualna podkreśla usilne starania pary królewskiej, jak i całego dworu, w przekonywaniu siebie oraz pozostałych, że są lepsi od reszty ludu. Istotnym elementem spektaklu jest także muzyka w wykonaniu powołanego na jego potrzeby zespołu Walenty, w którego skład wchodzą Jakub Klemensiewicz, Dominik Łukaszczyk, Jędrzej Szmelter, Maksymilian Wilk oraz Filip Żółtowski. Rytmiczna muzyka orkiestry towarzyszy nam przez cały spektakl, groteskowo uzupełniając grę aktorską oraz oprawę wizualną.
Jest śmiech i trwoga, przepych i jarmarczność, widowiskowe show, ale i stawianie niewygodnych pytań, zawoalowane odniesienia do współczesności, kontrolowane wytrącanie widza ze strefy teatralnego komfortu. Orzechowski dostarcza nam wszystko to czego potrzeba, by zadowolić ambitnego widza - zadowolić naszą „gombrowiczowską gębę" ambitnego widza, którą sami sobie przyprawiamy.
Kamila Pietrzak
Dziennik Teatralny Łódź
28 marca 2025