Himalajski odlot w Teatrze Śląskim

Cóż ja mogę wiedzieć o górach, skoro zwykłam je podziwiać tylko z tarasu? Cóż o ludziach gór, o których jedynie czytam, zadając sobie ciągle te same, banalnie naiwne pytania, obnażające moją ignorancję. A jednak, jakby na przekór temu, co napisałam, wydaje mi się, że trochę rozumiem ich pragnienia, choćby dlatego, że dużo wiem o samotności i zatracaniu się w rejonach, które są niedostępne ludziom twardo stąpającym po ziemi.

Rozszerzam swoje doświadczenia poprzez lekturę „Kukuczki" Dariusza Kortko i Marcina Pietraszewskiego, a także Hugo-Badera „Długiego filmu o miłości".

Próbuję wyłuskać, co jest ważne dla himalaistów, tych dziwnych ludzi, którzy robią, co lubią i cierpliwie znoszą zdziwienia i cierpkie uwagi niepotrafiących ich zrozumieć, przez całe życie obiecujących sobie, że dopiero na emeryturze spełnią swoje marzenia, a wtedy często okazuje się, że ich nie pamiętają. Jak himalaiści traktują cierpienie, jak wysiłek ponad miarę, co dla nich jest sztuką, a co egoizmem? Co daje im odporność psychiczną, a co tępi ich wrażliwość? Czym dla nich jest niezależność i czy daje im poczucie bycia poza normami, jak artystom? Czym dla nich jest niezdobyta góra, czym ryzyko, czym przyjaźń ? Jak próbują być szczęśliwi, jak tęsknią za samotnością?

Z tymi pytaniami oglądam spektakl „Himalaje" w Teatrze Śląskim, w reżyserii Roberta Talarczyka, zrealizowany w oparciu o scenariusz Dariusza Kortko, Artura Pałygi i Marcina Pietraszewskiego. To pierwsza teatralna opowieść o Jerzym Kukuczce. zdobywcy czternastu najwyższych gór świata, ośmiotysięczników, który pomimo tych zwycięstw raz jeszcze powrócił w Himalaje, by zmierzyć się ze swoją pierwszą górą, Lothse.

Tę postać brawurowo gra Dariusz Chojnacki, który skupia się na tym, by swoją prawdę wewnętrzną uwidocznić w sposobie mówienia, w przemilczeniach, drżeniach, w tym wszystkim, co powoduje, że postać himalaisty jest wiarygodna. Widzowie wchodzą w „środek" toczących się rozmów o odpowiedzialności, możliwościach, granicach, bez których życie nie byłoby pasmem wyborów.

W spektaklu pojawia się żona, Celina (Agnieszka Radzikowska) i inne osoby bliskie Kukuczce, z którymi związał swoje życie, ale nie są to sceny biograficzne, dokumentujące. Sceny z żoną są ciepłe, serdeczne, przepojone dialogami, będącymi swoistym małżeńskim kodem. Co sprawia, zastanawiam się, że ludzie nieprzeciętni, jak Kukuczka, twórcy, ale i niszczyciele, zjednują sobie żony, wierne towarzyszki, wyrozumiale wspierające, gotowe dzielić strach, pasję i poddawać się współuzależnieniu.

To bardzo „odlotowy" spektakl i takiego właśnie oczekiwałam, a nie scenek biograficznych i dokumentujących. To widowisko, które wprowadza widza w najprawdziwszy trans. I kiedy wychodzi się z teatru, aż nieprawdziwym wydaje się stąpanie po płaskim terenie, bez poczucia, że skacze się po górach, omijając pagórki. Dlatego tak ważna w spektaklu jest scenografia, reżyseria światła (Katarzyna Borkowska) i choreografia (Kaya Kołodziejczyk). To spektakl ukazujący najszerszą skalę emocji, jak i wywołujący emocje. Witkacemu by się podobał, bo wiele w nim szaleństwa i czystej formy, której głównym założeniem było wywołanie u widza uczuć metafizycznych, bazujących na wyjątkowości istnienia i kontakcie z tajemnicą.

Scena jest salą balową albo inną przestrzenią, wedle wyobrażeń widza. Postaci to snują się po niej, to wspinają na wyimaginowane góry, to fruwają w marzeniach. Wszystko w rytm psychodelicznej muzyki (Miuosh) i obrazów typu wideo-art (Wojtek Doroszuk). Majestatyczna jest tylko Lothse (Grażyna Bułka), w biało-srebrnej sukni, posągowa, zdystansowana do rzeczywistości, na którą patrzy mądrością wyrytą w skałach. Kiedy wygłasza swoje prawdy, chce się wstrzymać oddech. Perfekcyjnie przechodzi z języka literackiego w śląską godkę i nie czuje się tej różnicy, jakby to też była oczywistość twardsza od skały.

Ciekawą kreację stworzyła Dziennikarka (Barbara Lubos). Balansuje pomiędzy rozwichrzoną i neurotyczną Rachelą, a nawiedzoną Kassandrą. Przepytuje postaci z taką determinacją, jakby od postawionego przez nią pytania miały zależeć nie tylko losy himalaistów, ale i świata, jakby ich odpowiedzi mogły odkryć zbawienną prawdę.

Mijają kolejne dni od premiery, a we mnie ciągle dźwięczy to himalajskie życie, ten taniec na linie, sprawiający, że sen o potędze jednych porywa, innym każe zamykać oczy i skupiać się na tym, co na dole, na ziemi, gdzie tęsknoty są wieczne jak trawa, która nie zawsze rośnie dziko.



Marta Fox
Marta Fox - blog
2 lipca 2018
Spektakle
Himalaje
Portrety
Robert Talarczyk