Kabaret życia
"Cabaret", jeden z najbardziej głośnych światowych musicali oparty na wydanej w 1939 roku powieści Christophera Isherwooda, kojarzony przede wszystkim z filmową wersją Boba Fosse\'a i znakomitymi rolami Lizy Minelii i Michaela Yorka, wystawiony został na scenie słupskiego Teatru Nowego z ogromnym powodzeniem i z pełnym sukcesemWidzowie rzęsistymi oklaskami nagradzali ambitnych i odważnych artystów, którzy nie bali się zmierzyć z legendą, szczególnie w partiach śpiewanych, rewiowych i tańczonych. Andrzej Maria Marczewski, podchodząc po raz kolejny do tego klasyka gatunku, podjął próbę nie tylko zrealizowania efektownego i sprawnie zakomponowanego widowiska, ale rzetelnej rozmowy z publicznością. Stąd w poszukiwaniu prawdziwych ludzkich dramatów, aktualności i proporcji ironii, humoru, tańca i śpiewu nieco inaczej rozłożył akcenty i punkty kulminacyjne. Bo sama obyczajowość nie była dla niego szczególnie istotna. Dużo ważniejsze było budowanie samego nastroju i klimatu zagrożenia , przeczuwanego niebezpieczeństwa, które kazało ludziom kończyć zdania w pół słowa, odwracać wzrok czy budować dystans nawet wobec najbliższych.
Reżyser, odwołując się do prostoty i umiaru formy, postawił przede wszystkim na czytelne i klarowne opowiedzenie dwóch historii miłosnych, które zostają wpisane w rzeczywistość gorących wydarzeń historycznych, towarzyszących zdobywaniu władzy przez Hitlera, w mechanizmy rodzącego się faszyzmu, który ingeruje nawet w najbardziej intymne sfery ludzkiego życia, w tryby nadchodzącego terroru i uprzykrzającej codzienność koszmarnej inflacji. I choć z jednej strony oglądamy czas kryzysu Republiki Weimarskiej lat 30-tych XX wieku w dekadenckim Berlinie pełnym bojówek hitlerowskich czyli porażający obraz końca normalnego świata, Marczewskiemu doskonale udało się wyważyć dramatyczną stronę spektaklu z tym, co niesie w sensie gatunku lekka forma musicalowa. I owa konfrontacja tego, co wstrząsające, z tym co niesie świat nocnych lokali i mieszczańskiej mentalności, jest perspektywą, która zdaje się mieć zasadniczy wpływ na interpretację i wymowę poszczególnych scen słupskiego spektaklu.
Na scenie od początku oglądamy zderzenie dwóch rzeczywistości pokazywanych nie tylko dynamicznie, ale uwypuklających również obecny w „Cabarecie” komizm sytuacji. Z jednej strony mamy zatem rozpasany, szalony, obrazoburczy i niczym nie skrępowany kabaret „Kit-Kat” oraz tradycyjnie prowadzony dom Fraulein Schneider; z drugiej nad wszystkim wiszące widmo złowrogiego systemu, który niszczy każdą indywidualność, każdego człowieka, myślącego inaczej niż nakazuje rosnąca w siłę faszystowska doktryna i bzdurna ideologia. W spektaklu atmosfera od normalności do fanatyzmu zagęszcza się stopniowo, tak jak zwyczajnie i niepostrzeżenie zaglądała w niemieckie domy polityka, od której nie dało się odgrodzić.
Dzięki prostym i oszczędnym rozwiązaniom scenograficznym akcja słupskiego „Cabaretu” w sposób niemal filmowy przenika się, staje się przezroczysta. Niemalże niezauważalne pojawianie się i znikanie poszczególnych elementów czy sprzętów pozwala na błyskawiczne zmiany miejsca akcji i nastroju. Wystarczy łóżko i maszyna do pisania, by znaleźć się w pokoju Clifforda Bradshow; wystarczą dwa czarne stoliki po bokach sceny i rozbłyskujący grad świateł, by Mistrz Ceremonii mógł w towarzystwie girls rozpocząć swoje brawurowe popisy wokalno-taneczne. Występujący w tej roli Nicola Palladini czuje się jako błazeński konferansjer-komentator-gospodarz wyjątkowo swobodnie, tworzy postać niemalże makiaweliczną, a kontrolując akcję, potrafi być nie tylko śmieszny i zabawny, ale też przebiegły i przewrotny, niepokojący i groźny, zdystansowany i drwiący. Wszystkie jego sceniczne działania, nawet najmniej oczekiwane czy zaskakująco nieoczywiste wulgarne wygłupy, nieraz pointowane szalonym chichotem, są niezwykle organiczne, bo zespolone z niesamowitym temperamentem i wdziękiem Włocha; aktor niczym kameleon potrafi żonglować kolejnymi wcieleniami, które rysuje w sposób ostry i wyrazisty. Kabaret staje się jego schronieniem, daje mu szansę ucieczki przed wariującym światem, który coraz bardziej pogrąża się w chaosie.
Ciekawą parę, pełną liryzmu i bezpretensjonalności, stworzyli w słupskim „Cabarecie” Hanna Piotrowska i Jerzy Karnicki, w rolach pani Schneider i Rudolfa Schultza. Emanowała z nich ogromna doza ciepła, dobroduszności i serdeczności, choć potrafili również – szczególnie Karnicki w scenie powściągania rozpaczy człowieka odtrąconego - uczynić swój dramat przejmującym. Żydowski sklepikarz, nie potrafiący zrozumieć dlaczego odbiera mu się prawo do bycia szczęśliwym, w precyzyjnej interpretacji Karnickiego urzekł premierową publiczność wewnętrznym ciepłem, grą powściągliwą i oszczędną, co nie znaczy, że pozbawioną rodzajowo-charakterystycznej wyrazistości.
Niewątpliwie największym odkryciem aktorskim przedstawienia jest Monika Węgiel, piszę aktorskim, bo o tym, że rewelacyjnie śpiewa mogliśmy się już przekonać słuchając jej głosu choćby w spektaklach Teatru Współczesnego w Warszawie. Jej Sally Bowles nie jest typową neurasteniczką, znerwicowaną i beznamiętną. Bliżej jej zdecydowanie do pełnej uroku i czaru gwiazdy nocnego kabaretu o ogromnym ładunku emocjonalnym. Widać, że aktorka czuje scenę, świetnie sobie radzi w tańcu, a tytułowy szlagier w jej interpretacji brzmi zjawiskowo pięknie, zaś jeśli chodzi o budowanie dramatycznego napięcia oszałamiająco. Przy tak silnych indywidualnościach i osobowościach scenicznych jak Węgiel czy Palladini niełatwe zadanie miał Igor Chmielnik w roli Cliffa Bradshow. I choć można było odnaleźć w jego postaci pewien rodzaj wrażliwości i naiwnej czystości, w czym przystojnemu aktorowi pomaga niewątpliwie jego chłopięca powierzchowność, są jeszcze wciąż w jego roli momenty i miejsca brzmiące mało naturalnie, powierzchownie i papierowo.
„Cabaret” Teatru Nowego w Słupsku swój sukces zawdzięcza przede wszystkim przemyślanej w najdrobniejszym szczególe inscenizacji i reżyserii, która umiejętnie operowała symboliką, rytmem, światłem obrysującym kolejne plany, a także konsekwentnie stosowaną różnorodnością poetyk; świetnym układom choreograficznym Alexandra Azarkevitcha, opracowanym na idealnej dyscyplinie i harmonii ruchu z dźwiękiem, pomysłowej w swym minimalizmie i funkcjonalności scenografii Anny Bobrowskiej-Ekiert oraz kilku naprawdę interesującym i zapadającym w pamięć kreacjom aktorskim. Marczewski zakomponował przedstawienie mieniące się zmiennym, pulsującym rytmem o kontrastujących ze sobą nastrojach, widowisko pełne naturalnej żywiołowości i poetyckiego skupienia. A do tego wszystkiego całkiem przyzwoicie brzmiąca orkiestra, z dużym wyczuciem musicalowego stylu, kierowana przez Jarosława Barówa.
Wiesław Kowalski
Teatr dla Was
24 marca 2011