Wszyscy jesteśmy z Czarnobyla
Fakt, że polska obsługa techniczna nie przyznała rosyjskim aktorom wystarczającej ilości wody w Wołdze na scenie "Burzy" Lwa Erenburga, nie stał się przyczyną wojny polsko-ruskiej. Przeciwnie - spotkanie pod hasłem "Oprawcy i ofiary" upłynęło na pokojowych rozmowach widzów z reżyserem Dmitrijem Krymowem ("Opus 7"), wykładowcą Rosyjskiej Akademii Sztuk Teatralnych Eleną Kovalskayą oraz aktorami - niestety nieobecnego - Erenburga.Podobne przypadki nie są przecież w teatrze rzadkością – sam Krymow dodał, że przyszło mu się już mu borykać się z niedostatkiem elektryczności... Oryginalna scenografia „Burzy” była zresztą, jak mówią aktorzy, wersją na potrzeby wyjazdu okrojoną – z Wołgą jednak zajmującą centralne miejsce w spektaklu: to rzeka i życie nad wielką wodą tworzą rosyjską świadomość życia w wielkim kraju. Dla samych aktorów woda na scenie była zaś katalizatorem pomysłów, z których jedynie niewielka część znalazła się ostatecznie w sztuce.
Dmitrij Krymow uważa swoich aktorów za współreżyserów. Jako artysta istnieje poprzez nich właśnie, rezygnując w ogóle z reżyserskiego miana. To oraz podobna – szkicowa, etiudowa – metoda tworzenia teatru Erenburga czynią z obu Rosjan odmieńców. Bo, jak zauważyła Kovalskaya, główną chorobą rosyjskiej kultury i teatru jest bezwzględny paternalizm: oprawcy i ofiary to nasza najbliższa rodzina, nasze prawa bowiem oddajemy władzy, traktując ją jak ojca i matkę. Także i reżyserowi wyznacza się rolę oprawcy – sędziwego, brodatego starca dyktującego pomysły. To wskutek paternalistycznych tendencji wciąż żywa jest w Rosji dyskusja o potrzebie powrotu cenzury. Bo może strach konieczny jest, by tworzyć – jak w przypadku Szostakowicza...
Gdyby dane było nam zobaczyć oba spektakle w odwróconej kolejności, dodaje jeszcze Kovalskaya, ujrzelibyśmy kiełkowanie totalitaryzmu. Ale nie było zasadniczą ideą twórcy „Opusu 7” opowiadanie o totalitaryzmie. Z wielkiej paczki papieru zapisanego niezrealizowanymi pomysłami, jak mówi, wyciągnął Rosjanin tematy biblijne i zafascynowanie postacią kompozytora – delikatnego jak kobieta i silnego jak mężczyzna zarazem; znalazł tam i wyłażące skądś ręce i dziecięce buciki. Nie jesteśmy bowiem z Europy – jesteśmy z Czarnobyla: okaleczeni, dwugłowi, dwuręczni; zarażeni promieniowaniem. Krymow nie chce odcinać się od owej choroby. Ważne więc, bez względu na to, jak daleko od Czarnobyla się oddalimy, by wciąż o nim pamiętać i powracać – tak jak Czechow powrócił na wyspę archipelagu Gułag.
Anna Garczyńska
Gazeta Festiwalowa
17 października 2009