Zbiorowa psychoterapia śmiechem

Skoro Freud stwierdził z całkowitą powagą, że wszyscy jesteśmy nienormalni i każdy z osobna skrywa w sobie jakąś mroczną tajemnicę, natychmiast pojawiła się pokusa, by te ciemne pierwiastki ludzkiego umysłu wydłubać, zanalizować i w razie potrzeby - unicestwić

Psychoanaliza staje się dziedziną szalenie modną, metodologią drapieżnie zawłaszczaną przez coraz to inne gałęzie nauki i sztuki. Czy można nazwać dzisiaj intelektualistą osobę, która nie ma bladego pojęcia o Erosie i Tanatosie? nie szukała w sobie kompleksu Edypa? nie badała swoich snów pod kątem utajonych perwersji? Śmiem wątpić.

Popularność psychoanalizy bierze się stąd, że ta nauka jak żadna inna ma wielkie aspiracje, by odpowiedzieć na wszystkie fundamentalne pytania dotyczące człowieka i jego funkcjonowania w społeczeństwie; by wytłumaczyć wszelkie mechanizmy nawet najbardziej irracjonalnych działań. Niektórzy wpadają w tak niekontrolowany zachwyt na punkcie narzędzi psychoanalitycznych, że stosują je nawet bez uzasadnienia, co, rzecz jasna, przynosi efekty groteskowe. Trudno nie uśmiechnąć się pod nosem, czytając na przykład interpretację „Berenice” Allana Edgara Poe pióra Marii Bonaparte, gdy badaczka ze wszelkich sił stara się nagiąć treść opowiadania do freudowskiej teorii.

Aktorzy z Wrocławskiego Teatru Komedia doskonale bawią się tą konwencją. Spektakl „Psychoterapia, czyli sex w życiu człowieka” pomysłowo wykorzystuje stereotypy, jakie w potocznej świadomości łączą się z problematyką psychoanalizy. Mamy więc i problematykę libido, i zwariowanego psychologa klinicznego, i sfrustrowanego pacjenta z zaburzeniami.

Dlaczego pomysłowo...?

Trudno określić „Psychoterapię…” mianem klasycznego spektaklu. Aktorzy dość ostentacyjnie zrywają z klasycznymi zasadami rządzącymi teatrem. Zamiast udawać, że istnieje tylko świat na scenie, który z ukrycia podglądają widzowie, tworzą widowisko interaktywne – publiczność również bierze czynny udział, stając się zbiorowym aktorem. Psycholog otwarcie stwierdza, że teraz będzie wygłaszał swoją teorię zrodzoną w ciężkich bólach (i przy operowych pieśniach asystentki zaczerpniętych z kanonu polskiej muzyki rozrywkowej). Aby to uczynić, wyłapuje z tłumu „przypadkowego” pacjenta. Zaczyna demonstrować publiczności metody swojej pracy, co w konsekwencji prowadzi do całkowitego ośmieszenia psychoanalizy jako takiej. Wszystko staje się parodią, grą, żartem.

Jednak na tym polega przewrotność tego spektaklu, że mimo to seans terapeutyczny odbywa się naprawdę – z tym zastrzeżeniem, iż pacjentem jest publika. Przedstawienie Wrocławskiego Teatru Komedia to półtorej godziny zabawy, przyjemnego śmiechu, kiedy można na chwilę oderwać się od codzienności i zapomnieć o świecie zewnętrznym.

Ten, kto nie potrafi wczuć się w tę konwencje, będzie rozczarowany – w tym spektaklu nie odnajdzie odpowiedniego ładunku intelektualnego, nie dopatrzy się ukrytych sensów czy głębszego przesłania. Pytania o sens – są bez sensu, przynajmniej w tym wypadku. Jest to teatr lekki, radosny, mocno improwizowany. Z tej improwizacji czasami biorą się słabsze momenty, gdy nie do końca wiadomo, o co aktorowi chodzi. Niespecjalnie udany jest fragment, kiedy bohaterowie na scenie przerzucają się dowcipami, ponieważ w przedstawienie wkrada się jakaś ledwo uchwytna sztuczność.

Reasumując: „Psychoterapię...” powinni obejrzeć ci, którzy pragną czystej, nieskażonej rozrywki na niezłym poziomie intelektualnym. Wrocławski teatr próbuje oczyszczać widza poprzez śmiech – czy im się udaje, to już każdy oceni we własnym sumieniu.



Monika Wycykał
Dziennik Teatralny Katowice
6 lipca 2010